Jump to content

"Wielki strach"


Recommended Posts

40 minut temu, Czlowieksniegu napisał:

Balans

Dekret władz polskich z 30 października 1944 r. przewidywał karę więzienia lub karę śmierci za przechowywanie, produkcję, sprzedaż lub kupno aparatu radiowego.

I znane są dwa wykonane wyroki KŚ...

Przecież wyraźnie napisałem, że w powojennej Polsce, a nie na tyłach frontu w 1944 roku, bo tam obowiązywało prawo wojenne. Zresztą nie wiem czy te KS-y nie były czasem za radiostacje?

Link to comment
Share on other sites

Godzinę temu, balans napisał:

Nazwisk nie pamiętam, ale był w ówczesnej TV film dokumentalny z ich procesu. A w padli, bo chyba zaraz po pasterce zamordowali 2 czy 3 osoby z jakiejś rodziny i to na oczach wielu ludzi.

https://www.tvp.info/45925007/autobus-swiadkow-przysiega-krwi-i-zmowa-milczenia-zamordowali-sasiadow-i-wrocili-na-pasterke

https://pl.wikipedia.org/wiki/Zabójstwa_dokonane_przez_rodzinę_Zakrzewskich

Link to comment
Share on other sites

Godzinę temu, Sowa74 napisał:

O studni w jakiej utopiono zgwalconą kobietę, o facecie co obrabował dziewczynę i zabił, a w domu jak sortował rzeczy po zdjęciach załapał że to jego córka itp. Poszperam i wrzucę, pozdrawiam oponentów i zmykam na jarmark .

Albo czytałeś streszczenie lub ktoś ci opowiedział fragmenty książki,  "Czerwona Zaraza" Dariusza Kalińskiego, tam są opisane te zdarzenia.

Link to comment
Share on other sites

Godzinę temu, balans napisał:

I to dlatego już w 1948 roku uruchomiono seryjną produkcję doskonałego jak na tamte czasy "Pioniera".

W każdym domu była tzw. Szczekaczka lub Bojcarz , "nazwa" zależała od regionu kraju , gadało na okrągło ale można było wyłączyć .

Link to comment
Share on other sites

44 minuty temu, Czlowieksniegu napisał:

Balans- trudno wiosnę 1945 i Poznań uznać za "na tyłach frontu w 1944"..

A wyrok wykonano 1.V.1945...

Dekret, na który się powołujesz obowiązywał do 26 czerwca 1945 roku. Zastąpiła go rejestracja radioodbiorników i opłaty za ich użytkowanie. Trudno więc zgodzić się ze stwierdzeniem, że w powojennej Polsce odbiorniki radiowe były zakazane.

Link to comment
Share on other sites

59 minut temu, Czlowieksniegu napisał:

Będę złośliwy- kiedy się II WŚ w Europie, żeby nie było niedomówień, skończyła?

To zależy jak na to patrzeć, bo właśnie u nas zaczynała się wojna domowa, acz na szczęście mocno ograniczona. Dodać do tego należy walki z UPA i Werwolfem. No i na Bałkanach wojna jeszcze trwała w najlepsze [Jugosławia, Grecja].

Link to comment
Share on other sites

40 minut temu, Czlowieksniegu napisał:

Balans- błagam, ten Werwolf mogłeś już sobie podarować... Wojna domowa to też tak mocno na wyrost.

Ad.1 Wiem, że jest teoria, że Werwolf był wymysłem komunistów.

Ad.2 Przecież napisałem, że wojna domowa u nas była "na szczęście mocno ograniczona". Do czego walnie przyczyniło się zresztą Powstanie Warszawskie, a dokładniej jego skutki.

Link to comment
Share on other sites

5 godzin temu, Sowa74 napisał:

Film "Zmowa" o ile pamiętam. Przysięga na krzyżyk i obrazek z Maryją , król Siejba itd.

"Zmowa"to nie w kieleckim.To o wymordowaniu rodziny wracającej z pasterki.

Pamiętam program w TV o Zakrzewskich z kieleckiego.Oni od wojny zajmowali się bandyterką w okolicy a wpadli gdy wymordowali sąsiadów.Pamiętam wstrzasające zeznanie przed sądem jednego z tych bandytów pokazane w telewizji który powiedział "Zośkę dobiłem motyką bo nie mogłem patrzeć jak się męczyła."

Link to comment
Share on other sites

Las śmierci. Za nic ich zabijali! Za parę srebrnych łyżek, albo stare ubrania…

- Jako dziecko chodziłem przez ten las do szkoły. W rowach leżały jeszcze kości pomordowanych – wspomina na łamach dziennika "SuperNowości24" dziś już dorosły mężczyzna. Gdy pytał mamę o Dębrzynę, odpowiadała, żeby się nie interesował. – Nie wolno było nawet słuchać o tym. Wszyscy się bali. Nikt nic nie mówił. A kto się wychylił, zginął. I tyle było - czytamy w artykule Wioletty Kruk.

Las między Grzęską a Świętoniową. Tuż przy torach. Dziś pusty i budzący niepokój – kiedyś pełen życia. Przed laty należał do hrabiego Potockiego, ale przegrał go w karty z księżną Lubomirską. – Pamiętam go z czasów dzieciństwa. Był o wiele mniejszy niż dziś. Ogrodzony szerokim płotem sztachetowym. Nieraz wyciągaliśmy deski i wchodziliśmy do środka. Stała tam bażantarnia, były bażanty, króliki i norki – wspomina na łamach dziennika "SuperNowości24" 85-latka pochodząca ze Świętoniowej. – Po wojnie na wsi była straszna nędza. Nie było co jeść, a jedyna rozrywka to pójście na pastwisko albo do lasu. Któregoś razu moja siostra wybrała się z koleżankami na spacer do Dębrzyny. Wróciła do domu i oznajmiła rodzicom: "Widziałyśmy w rowie człowieka uduszonego drutem". Dużo trupów tam leżało…

Moja rozmówczyni szczególnie zapamiętała dom jednej z sąsiadek, w którym stał duży patefon z płytami - pisze autorka artykułu, Wioletta Kruk. – Odbywały się tam schadzki. Przychodzili chłopcy i dziewczęta. Bawili się, tańczyli, rozmawiali. Zawsze się zastanawiałam, skąd mają takie ładne ubrania – wyznaje po latach. – Inna koleżanka, która chodziła z nami do szkoły, spytała mnie kiedyś: "Widziałaś, w jakie piękne sweterki były ubrane te dzieci? To wszystko jest pewnie z tej Dębrzyny. Słyszy się, że nasi ludzie tam chodzą, chrześcijanie mordują ludzi, którzy wracających z pracy z Niemiec…" Gdzie ci ludzie mieli serce?! – oburza się kobieta.

Mówiono, że do Dębrzyny chodziło się na zarobek. – Pamiętam sytuację, że byłam u koleżanki, a jej ojciec, matka i jeszcze jakiś mężczyzna, który przyjechał z Gniewczyny, pojechali do lasu. Wtedy zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, po co… – urywa. Tymczasem rzeczy stamtąd trafiały na handel.

"Tadziu! Tadziu!"

– Wojna straszna rzecz, ale i po wojnie różnie się działo… Było zamieszanie, ludzie wracali z Niemiec – z robót i obozów. Jechali do Przeworska, Przemyśla, Żurawicy, w różne miejsca. Niektórzy nie dojechali – opowiada mieszkaniec Grzęski. – Koło Dębrzyny był rozjazd kolejowy. Gdy jechał pociąg towarowy, osobowy musiał tam zjechać. Kolejarze zatrzymywali pociągi, którymi jechano z robót. Pasażerów ściągano, zabierano im wszystko, a potem mordowano. Za nic ich zabijali. Za parę srebrnych łyżek, albo stare ubrania – nie ukrywa. Do niektórych strzelano, innym podcinano szyję, a czasem duszono kablem…

Dochodziło do dramatycznych wydarzeń. – Z Niemiec wracało dwóch kolegów. Jeden wysiadł w Kosinie. Drugi mieszkał na Budach i pojechał do Grzęski. Za jakiś czas ten z Kosiny chciał go odwiedzić. Pojechał. Powiedzieli mu, że go nie ma, nie dotarł. A on tutaj został zamordowany… Tak blisko domu – wzdycha kilkudziesięcioletni mężczyzna.

POSŁUCHAJ: RetroSekcja. Jak II Wojna Światowa zmieniła życie milionów młodych ludzi [PODCAST]

Miejscowi często przywołują historię innego mieszkańca Bud Łańcuckich – Tadeusza Bartnika. Bandyci mieli go zabrać z rampy na kontrolę dokumentów, a potem zabić. Po jego śmierci zrozpaczona matka postradała zmysły. Wielu słyszało jak, krzyczy w lesie, nawołując syna: "Tadziu! Tadziu!"

Podobnych opowieści jest więcej. – Poznałam kiedyś kobietę z Urzejowic, która wiedziała o Dębrzynie więcej niż ja. Zamordowali jej brata. Kiedy wsiadał w Krakowie, dostał cynk, żeby wysiąść w Rzeszowie i nie jechać do Przeworska. Na ryzyko pojechał i go dopadli. Nigdy nie wrócił do domu – relacjonuje mieszkanka Grzęski.

Jeszcze się ziemia ruszała

Ilu bezimiennych zginęło w Dębrzynie? Nikt nie wie. Niektórzy mówią, że kilkudziesięciu, inni, że nawet 200. – Ciała tylko przykrywano gałęziami. Psy albo dzikie zwierzęta je rozniosły, trawa przerosła i na tym się skończyło – opowiada kolejny rozmówca. – Mówili, że tam był gajowy, który chodził i grzebał tych biedaków, albo że zmuszano mieszkańców i nocami chodzili zakopywać trupy. Taki jeden – nie żyje już, opowiadał, że jak tam poszedł, to jeszcze się ziemia ruszała – przypomina sobie ktoś inny.

W tym lesie nikt nic nie robił. Był zarośnięty. Nikt nie chodził tam na grzyby. Rodzice powtarzali dzieciom: "Nie idźcie tam". Ale one nie słuchały. – Jeszcze zanim poszłam do szkoły, widziałam różne rzeczy. Pamiętam, że był martwy zrąb i taki duży rów, a w nim kości. Wyglądało to tak, jakby ktoś je tam rozrzucił. Gdy pytałyśmy taty, czyje one są, odpowiadał: "To z koni" – wspomina mieszkanka Grzęski. Jeszcze w latach 60. w okolicy lasu można było znaleźć ludzkie szczątki. – Do dziś mam przed oczami jak któregoś dnia poszłam z ciotką do lasu. Tuż przy torach zauważyłam pod gałęziami cały szkielet. Pytam: "Co to?", "A to sarna zdechła" – stwierdziła. Dopiero później dotarło do niej, że przecież czaszka sarny wygląda inaczej niż ludzka…

Jak przyznaje Rozmówczyni, przez długi czas to był temat tabu. – Człowiek był nieświadomy niczego. Pół życia spędziłam w tym lesie, a dziś w biały dzień bym tam nie poszła. Przytłacza mnie myśl, czy może w miejscu gdzie stoję kogoś nie zastrzelili, albo ktoś tam nie leży – zasłania ręką oczy. Groby pomordowanych porozrzucane są po całej Dębrzynie. – Za miejscem, gdzie co roku odbywają się msze, był następny zrąb. Niczego tam nie było – na raz groby powstały. Siedem, czy dziewięć, w tym trójki dzieci – chłopca i dwóch dziewczynek. Jedna miała na imię Paulinka lub Karolinka. Na ich grobach były tabliczki z imionami oraz rokiem zaginięcia, a na reszcie krzyże – wspomina mieszkanka Grzęski. – Widać, komuś sumienie nie dawało spokoju.

Czy ktokolwiek z ofiar został pochowany w swoich rodzinnych stronach? Jeden na pewno. – To był młody chłopak. Przyjechał z robót z Niemiec. Pochodził z okolic Mikulic czy Niżatyc i wysiadł w Grzęsce. Dwóch mężczyzn twierdziło, że pokaże mu drogę na Mikulice. Prowadzili go koło szkoły do tzw. Kostkowej Doliny. Tam zabili, okradli i zagrzebali – relacjonuje mieszkaniec Grzęski. – Ktoś poinformował krewnych. Ludzie mówili, że gdy wygrzebali go z ziemi, w ręce trzymał krzyżyk. Matka go zabrała i pochowała. Do dziś pozostaje tajemnicą, kim była oraz dokąd zabrała ciało.

Kierunek Dębrzyna i kula w głowę

– Zdarzało się, że brat zabił brata. Ojciec mi opowiadał historię człowieka, który wrzucił do studni kobietę. Zabrał łupy do domu i gdy zaczął przeglądać zdjęcia czy dokumenty, okazało się, że rodzoną córkę zabił. Ten las był świadkiem strasznych rzeczy… – słyszę w jednej z opowieści.

Nic dziwnego, że w ludziach rósł strach. – Tato jeździł na zmiany do pracy w Żurawicy. Kiedyś szedł nocą. Na szyi miał karbidówkę, więc z oddali było widać poruszające się światło. Doszedł do skraju lasu, gdy nagle usłyszał z ciemności: "Daj spokój, to swój!" – opowiada kobieta ze Świętoniowej. – To byli ludzie, którzy czekali na pociąg, a może było już po… – urywa.

Nikt nie ma wątpliwości, że w cały proceder musieli być zamieszani pracownicy kolei. Miejscowi powtarzają nazwisko jednego z nich. – On pracował na nastawni. Jak dostali cynk, że wracają z robót, kazali mu zatrzymywać pociąg przed semaforem. Pościągali kogo mieli ściągnąć, kierunek Dębrzyna i kula w głowę – mówi jeden z mężczyzn. Mimo, że wszyscy o tym wiedzieli, kolejarza darzono szacunkiem. – Dla otoczenia był w porządku. Nikomu nie szkodził. Cały maj grał hejnał na wieży kościelnej. Można się domyślać, że pod przymusem to robił – mówi kobieta z Grzęski. – Tylko jak na tamte czasy, jemu się bardzo dobrze powodziło – zastanawia się. Zawsze chodził elegancko ubrany, w czarny garnitur, białą koszulę, pod krawatem i z aktówką. – Jeszcze do ZBoWID-u należał, to potem pieniądze brał jako kombatant – dopowiada mężczyzna. – Zginął parę lat temu na przejściu kolejowym, potrącony przez pociąg. Roztrzaskało go w mak. Jaką śmierć zgotował innym, taką dostał…

Z człowiekiem, o którym opowiadają mieszkańcy, na zmianie pracowało 3 lub 4 innych. – O nich nikt złego słowa nie powiedział. Może tylko na jego zmianie to robili? – zastanawiają się.

– Mówią o nim dużo, ale mordowali inni. Byli wśród nich ludzie z Przeworska, Żurawicy, Gniewczyny, może Nowosielec. Takie grupy się potworzyły – przyznaje mężczyzna z Grzęski. – Wcześniej byli w Batalionach, Armii Krajowej. Jak przyszli Ruscy, pozapisywali się do partii. Różnie było. Nie jest tak, jak nam się wydaje.

– Tu był bardzo doby komendant AK, ale kiedy go zabrakło, a wojna się skończyła, niemieckiej władzy nie było, polskiej nie było. Ruscy jeszcze nie rządzili, to w Podziemiu zrobiły się bandy rabunkowe. Mieli broń, swoich ludzi i zaczęli z tego robić użytek – tłumaczy inny z rozmówców.

Na wsi znano nazwiska bandytów. Jak ich traktowano? – Normalnie. Nikt nic nie mówił. Rozmawiali z nimi, jakby nic się nie stało. Oni może nawet mieli większe poważanie, niż inni. Byli postrachem – opisuje grzęszczanka.

Bali się wtedy, boją i teraz

– Kto miał to zgłosić? Kto zgodziłby się zostać świadkiem? To nie była jedna banda, tylko więcej. Jeżeli w każdej było pięć, albo nawet dwie osoby z bronią, to kto ze wsi doniósłby, że ten czy tamten coś robi?! Zatłukliby bez niczego albo spalili dom i na tym by się skończyło – nie ma złudzeń mieszkaniec Grzęski. Jednym z zastraszonych miał być pochodzący z Nowosielec gajowy, o nazwisku Lis. Mieszkał z żoną i kilkorgiem dzieci. Wyprowadził się z Grzęski, gdy spalili mu zabudowania gospodarcze i pobili syna.

W 1945 r. bandyci mieli pozbyć się jednego ze świadków. – Budował dom w Grzęsce i przechodził przez las od Świętoniowej. Któregoś dnia zbierali na torach węgiel. Zawołali go, żeby przyszedł. Poszedł, a chwilę potem zabił go pociąg. Widział za dużo, więc go zlikwidowali – wspomina jeden z rozmówców. – To nie był przypadek. Wiem, że człowiek, który mordował w lesie przy tym był.

Sąsiada, też nie oszczędzili. – Do południa powiedział do syna, że ma już dość tego, co się dzieje w Dębrzynie i pójdzie to zgłosić. Wieczorem był napad – słyszę od innego mieszkańca. – Wszystko działo się nocą. Ją zastrzelili na miejscu, a jego ranili. Żył potem jeszcze 2 lata. Świadek zeznał, że widział żołnierza radzieckiego z wilczurem. Ja w to nie wierzę. Gdyby chcieli kogoś okraść, nie szliby na koniec wsi. Były przypadki, że ci ze Świętoniowej przebierali się w radzieckie mundury. Tylko co on miał powiedzieć? Że widział sąsiada? Spałby potem? – pyta. – W domu były dzieci. Chcieli mieć spokój, więc powiedzieli: „ruski”. Nikt w to nie wnikał. Umorzyli i koniec.

Zmowa milczenia

Po takich wydarzeniach nie upominano się o pomordowanych. Ludzie się bali. – Pewna kobieta wracała do domu. Wydarli ją z pociągu i poznała jednego ze zbrodniarzy. Powiedział: "Daruję ci życie, ale masz mnie nie zdradzić" – wspomina grzęszczanka. – Wszyscy byli ciekawi jego nazwiska. Od jej siostrzenicy wiem, że nie ujawniła jednak, kto chciał ją zabić. Zabrała tajemnicę do grobu. Bała się do końca.

– Pytałem kiedyś jednego człowieka: "Powiedz, co naprawdę działo się w tej Dębrzynie?" "Lepiej, żebyś nie wiedział". "Dlaczego?" "Powtarzam: lepiej, żebyś tego nie wiedział, bo byś źle skończył! Daj spokój, ludzie się pożenili, pomieszali rodziny…" – opowiada mieszkaniec Grzęski. Tak trwała zmowa milczenia. Nikt nie wydałby swojego.

Choć ich nazwiska były znane, żaden z morderców nie odpowiedział za to, co zrobił. – Część wyjechała na Śląsk, niektórzy uciekli za granicę, stali się walczącymi o wolność i demokrację, albo wrócili w latach 90. Nikt nie jest całe życie bohaterem, a wojna nauczyła różnych zachowań – nie ma złudzeń 60-latek z Grzęski. – Część z tych osób, bojąc się tego, co może ich spotkać, poszła na współpracę, do urzędów bezpieczeństwa, do milicji. Wszystko potraktowano jako napady rabunkowe, które nie stanowiły zagrożenia dla tamtego ustroju państwa i nic z tym nie zrobiono – zauważa. Gdyby mordy w Dębrzynie uznano za zbrodnię ludobójstwa, można by było za to ścigać, a tak sprawy uległy przedawnieniu.

– Byli tacy, co przy tym grzebali. Jeden opisał wszystko do gazety, a potem dostał wezwanie do UB i poradzili mu, żeby tego nie ruszał – podkreśla rozmówca.

Ci, którzy nadal noszą w pamięci straszne historie sprzed ponad 70 lat, chcieliby, żeby prawda w końcu wyszła na jaw. Jak przyznają: – Postronni ludzie nie wiedzą, co wydarzyło się między tymi drzewami. Miejscowi, zwłaszcza młodzi, też nie zawsze zdają sobie z tego sprawy. Niektórzy myślą, że to Niemcy albo Sowieci mordowali. A powinni być świadomi, jaki dramat rozegrał się w Dębrzynie.

– Ci biedacy przyjeżdżali po wojnie z takich ciężkich prac – mówi ze łzami w oczach 85-latka ze Świętoniowej. – Zamiast wrócić do rodzin, w ten sposób kończyli. I to Polak Polakowi robił…

 

https://www.onet.pl/informacje/onetrzeszow/las-smierci-za-nic-ich-zabijali-za-pare-srebrnych-lyzek-albo-stare-ubrania/q6k2qby,79cfc278

Link to comment
Share on other sites

To, że wojna zdemoralizowała wielu ludzi to jedno, ale były też całe wsie jeszcze przed wojną, które słynęły ze złodziejstwa i bandyterki, a ówczesna policja nie bardzo sobie z tym radziła.

Ktoś mi opowiadał o takiej wsi pod Krakowem. Wspominał, że jak się latem wyszło w niedziele z domu, to wszędzie była cisza i spokój, no może gdzieś było słychać akordeon, a z X dobiegały krzyki, awantury, ktoś kogoś gonił z siekierą... W tej X była knajpa, nazywali ją "Buciory", bo na ścianie były namalowane buty. Właścicielką knajpy była Żydówka. W środku była dość wysoka sala, a na pół pietrze był balkonik. I jak się zaczynało mordobicie na ostro, to na ten balkonik wychodziła właścicielka i z rewolweru strzelała w powietrze. Kilkanaście kilometrów dalej była kolejna wieś, która nie cieszyła się dobrą opinią sąsiadów. O niektórych miejscowościach mówiło się, że tam w średniowieczu byli osadzeni tatarscy jeńcy i stąd tacy narwani ludzie tam mieszkali. Swoją drogą, czy ktoś z naukowców badał ten temat?

Link to comment
Share on other sites

W okolicach Krakowa to były wsie, które należały do kościoła lub klasztorów, to w nich osadzano w średniowieczu tatarskich jeńców. Przez setki lat geny się wymieszały, no i wiarę zmienili, ale często tam właśnie nawet współcześnie część ludności ma ciemniejszą karnację skóry, są niscy ale krępi, czasem mają lekko skośne oczy. W okolicach, o których piszę do miejscowej legendy przeszedł "Czarny Władek", który już przed wojną zaliczył najcięższe więzienia, no i cały był pocięty nożami i nic gonie złamało. W styczniu 45, gdy przez wieś wycofywały się jakieś niedobitki dziadków z Volkssturmu, to stał na drodze, bił w pysk i odbierał karabiny...

Link to comment
Share on other sites

PRL-owski Teatr Telewizji dał sztukę o dorobkiewiczu ktory powrócił z majątkirm po latach z Ameryki.Nierozpoznany poprosił rodziców o nocleg a oni z chciwości zamorowali syna.

Urban pod pseudonimem Rem opisywał ciekawsze przypadki kryminalne.Opisał jak badylarzowi zepsuł się samochod w zapadłej wsi i poprosił o pomoc w pobliskim domu .Gospodarze udzielili gosciny i spostrzegli ze gość jest majętny.Postanowili zamordować i obrabować przybysza gdy zaśnie.Nie wiedzieli że wrócił z zabawy ich syn który przegnał z łóżka przybysza i sam w nim zaległ.Został w łożku zamordowany przez rodziców którzy nie rozpoznali w ciemnościach syna.

Link to comment
Share on other sites

  • 4 months later...

Ja mam ciekawe opowieści, dostałem od Mareckiego plik mp3, tam są takie szokujące rzeczy że to w łepetynie się nie mieści. Dwóch facetów rozmawia ponad cztery godziny, są to same prawdziwe rzeczy. Plik jest ściśle tajny specjalnego znaczenia więc nie mogę go udostępnić.

Link to comment
Share on other sites

35 minut temu, Firmanty napisał:

Ja mam ciekawe opowieści, dostałem od Mareckiego plik mp3, tam są takie szokujące rzeczy że to w łepetynie się nie mieści. Dwóch facetów rozmawia ponad cztery godziny, są to same prawdziwe rzeczy. Plik jest ściśle tajny specjalnego znaczenia więc nie mogę go udostępnić.

Mnie wysłał ten plik mp3, ale to sześć godzin rozmowy, chyba masz ocenzurowaną wersję. 

Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

 Share

×
×
  • Create New...

Important Information