Skocz do zawartości

Rekomendowane odpowiedzi

Napisano
2 minuty temu, Hornet napisał:

     Wertując płyty CD i DVD znalazłem takąfotkę ze zbiorów NAC....wiadomo już jak delikwent wspinał się na tą "procę"...jakby co to i nosze już były...

chwiejnica-B-szcz.jpg

Zdjęcie-skarb! ?

Nareszcie porządnie widać, jak były (i czy w ogóle były) wyważane przynajmniej co lepsze polskie chwiejnice.

Po 1 - balast na dziobie (widać)

Po 2 - chwiejnica jest przesuwna na drążku i trzyma ją tam zacisk imadełkowy (też widać). W razie czego można było przesuwać chwiejnicę dla indywidualnego wyważenia pod każdego ucznia.

Napisano
W dniu ‎2020‎-‎02‎-‎10 o 00:08, Hornet napisał:

   Szkic CW-8....do zagadkowego zdjęcia...

CW-8_rzuty_2.png

Komentarz na Twoją prośbę :classic_smile:

To, że szybowiec ten był nieudany, a wręcz bywał niebezpieczny, to nie rewelacja bo trafnie opisał to Andrzej Glass.

Ale ciekawe jest co innego, czego już ten nasz najwybitniejszy autor od takich spraw nie porusza. Teraz to już tylko co najwyżej żałuję, że nie omówiłem tego z moim nieodżałowanym zaprzyjaźnionym światowym guru od takich spraw - ze ś.p. panem Jurkiem Śmielkiewiczem, nawiasem mówiąc kolegą A. Glassa (i mojego ś.p. taty) ze studenckiej ławy.

A mianowicie - skąd w II RP idea tak mocno skośnego skrzydła w szybowcu i to w czasach, gdy w ogóle idea skrzydła skośnego w jakimkolwiek stałopłacie raczkowała? O tym niestety nikt nie informuje. Czy było to wynikiem czysto polskich przemyśleń? Czy temat skrzydła skośnego w szybowcach zaistniał na którymś z międzynarodowych kongresów ISTUS, gdzie II RP zawsze była bardzo aktywna, jeśli wręcz nie brylowała? Czy może do środowiska szybowcowego II RP przeniknęło coś z przemyśleń niemieckich na temat skrzydła skośnego? Licho wie, skoro nikt tego tematu nie porusza.

Bardzo różnie mogło z tym być. Nie można wykluczyć, że w CW-8 zaistniał jakiś wpływ przemyśleń niemieckich nad skrzydłem skośnym, z którymi Niemcy się nie kryli. Już od roku 1930 niemiecki naukowiec-aerodynamik Alexander Lippisch jeździł po świecie i za darmo udostępniał wyniki badań laboratorium aerodynamicznego Göttingen między innymi nad skrzydłami skośnymi.

Napisano
W dniu ‎2020‎-‎02‎-‎10 o 00:12, Hornet napisał:

   Szkic bezogonowca Naleszkiewicza z prasy niemieckiej..

zeitschrift-flugsport-1932-luftsport-luftverkehr-luftfahrt-858.png

 

W dniu ‎2020‎-‎02‎-‎10 o 00:13, Hornet napisał:

  Oba szkice z "Flugsport"-1932 roku

zeitschrift-flugsport-1932-luftsport-luftverkehr-luftfahrt-859.png

Komentarz na Twoją prośbę :classic_smile:

Tu już mamy sytuację klarowną. JN-1 „Żabuś II” to przeszczep na polski grunt idei aerodynamicznych wspomnianego powyżej niemieckiego aerodynamika Aleksandra Lippischa i dorobku laboratorium (fakt, wybitnego) Göttingen. W roku 1930 atmosfera współpracy międzynarodowej w dziedzinie szybownictwa była dobra, czy wręcz bardzo dobra, i Lippisch jeździł po świecie i za darmo udostępniał plany szybowca bezogonowego „Storch”, a do tego masę różnych obliczeń związanych ze skrzydłem skośnym i z bezogonowcami. Za friko dał to wszystko np. amerykańskiemu NACA, a ten dalej to propagował. Czy Lippisch zawitał wtedy też do Polski? Nie wiem. Andrzej Glass pisze, że „Żabuś II” to właśnie nawiązanie do dorobku Lippischa/Göttingen, ale jak do tej inspiracji doszło nie bardzo wiadomo.

Napisano
W dniu ‎2020‎-‎02‎-‎10 o 00:15, Hornet napisał:

   O nas...mam nadzieję,żeJedburgh_Ops nam to zreferuje...

12 Dec 1937-1.jpg

 

W dniu ‎2020‎-‎02‎-‎10 o 00:15, Hornet napisał:

        Cz.II artykułu...

12 Dec 1937-2.jpg

Komentarz na Twoją prośbę :classic_smile:

V Krajowe Zawody Szybowcowe były ciekawsze, niż wcześniejsze. Poza rywalizacją sportową miały wytrenować pilotów w lataniu nad terenem płaskim. A tu już trzeba dać z głowy trochę więcej, niż np. nad terenem pofałdowanym, gdzie wiadomo, że w nieckach terenowych, przy zboczach, w innych zagłębieniach terenowych ciepłe powietrze gromadzi się tak, że zawsze z tego samego miejsca co 25-30 minut odrywa się prąd wstępujący i można sobie na nim latać i zyskać nawet 1000 m wysokości, jak nie lepiej. Takiemu terenowi można zaufać w ciemno, że zawsze gdzieś w takich miejscach znajdzie się „komin” i można sobie latać aż do wygaśnięcia termiki dobowej.

A nad płaskim to już trzeba pokombinować. Kiedyś pilotów szybowcowych szkoliło się jak agronomów. Potrafili z powietrza rozpoznawać rodzaje zbóż i byli uczeni, nad jakimi zbożami najlepiej „nosi”, bo w zbożu też oczywiście gromadzą się bąble ciepłego powietrza i co jakiś czas odrywają się tworząc dobry szybowcowy „komin”, w którym również można zyskać bardzo dużo wysokości. Tak samo trzeba szukać lasów i innych kęp drzew, bo nad nimi też „nosi”. Jest to trochę inne latanie niż nad terenem górzystym lub pofałdowanym.

Uważa się, że były to pierwsze w Polsce i pierwsze na świecie zawody szybowcowe rozegrane nad terenem płaskim, więc mamy z czego być dumni.

Napisano
6 godzin temu, bodziu000000 napisał:

...tymczasem drążę temat kolejowych szybowników

72029709.jpg

Niezwykłe jest to zaangażowanie kolejnictwa w szybownictwo. Ale to tylko dobrze o tym świadczy. Kolejnictwo siłą rzeczy musi mieć bardzo profesjonalne warsztaty, a w tamtych czasach z doświadczeniem materiałoznawczym większym niż obecnie, bo nie sądzę, żeby dziś w warsztatach naprawczych taboru kolejowego ktoś się znał na drewnach, tarcicach, fornirach, sklejkach, płótnach i lakierach impregnujących płótno. Ktoś dobrze w II RP ruszył głową, żeby ukierunkować część wytwórczości szybowców właśnie na warsztaty kolejowe i w ogóle żeby narzucać w tych warsztatach lotniczą kulturę techniczną. Ciekawe, czy to było zarządzone odgórnie, czy też środowisko kolejarskie samorzutnie, spontanicznie tak się zorganizowało wokół szybownictwa?

Napisano (edytowane)

 Jedburgh Ops  masz dużo racji w tym co piszesz....w warsztatach zatrudniano fachowców wielu dziedzin.....wszak wagony wykonywane były z drewna,sklejki,tkanin.używano farb i różnych technik wykończenia...Kolej to była wówczas najszybsza sieć komunikacji i były to najbogatsze firmy.LOPP to organizacja zarządzana przez wojskowych i miała swój system zarządzania i szkolenia oraz ...propagandy...i stosowano odpowiednie socjotechniki.W hutach trudniej było zorganizować jak zauważyleś warsztaty...chociaż dużo było ochotników na latanie i otrzymywali ci adepci dofinansowanie do szkolenia z funduszy zakładu jak i LOPP.Zarazem szybownictwo wydawało się takie w zasięgu ręki...wnet dla każdego-bo taki był zamysł.Był to nowy nurt,który dowartościował społeczeństwo i je JEDNOCZYŁ !!!   To tak ogólnie...bo reszta to materiał na potężną rozprawkę jak i temat,który ciebie boli..poziom szkolenia( bo za kasę)!! to się szkoli,a co za tym bezpieczeństwo latania...!! Pzdr.

 

Edytowane przez Hornet
Napisano

        Jako uzupełnienie dodam jeszcze,że lotnictwo w tym okresie było młodą dziedziną...sukcesy Challange spowodowały częstsze podnoszenie głowy i jak na Śląsku spędzania niedziel i wolnych dni na szybowiskach i lotniskach...gdzie nie raz restaurator fundował lot dla osoby jak kupiła towar czy posiłek z losem na lot....Piękne to były dni i rosła duma z tych odważnych facetów na ich latających maszynach...

Napisano
12 minut temu, Hornet napisał:

To tak ogólnie... bo reszta to materiał na potężną rozprawkę jak i temat, który ciebie boli.. poziom szkolenia (bo za kasę)!! to się szkoli, a co za tym bezpieczeństwo latania...!!

Temu poświęcę kiedyś olbrzymi post. Mam nadzieję, że będzie to interesujące, bo napiszę coś, o czym w ogóle na świecie się nie pisze od międzywojnia, a jest to fundamentalnie ważne, bo jest to związane i z szybownictwem, i z ogólnym wykształceniem i wyszkoleniem pilota. Będzie to wprawdzie tak, jak gdybym miesięcznikowi „Odkrywca” dał wielki artykuł za friko, ale co tam..., skoro Koloman tak personalnie zaprosił mnie do tutejszej dyskusji to niech tam... :classic_smile:

Tylko potrzebuję szansy, czyli czynnika czasu, bo to grubsza sprawa. Piszę to sobie w wolnych chwilach, ale gotowe to jeszcze nie jest.

Napisano

Super zdjęcia. Nareszcie wszystko widać w tych chwiejnicach i wiadomo już co i jak. Widać już też, że polskie chwiejnice nie miały poziomnic, ale to już detal, jak bywało gdzie indziej na świecie. Bez poziomnicy, ale przy dobrym wyważeniu szybowca też można było nim prawidłowo sterować.

Ciekawe jest tylko jedno, bo biedne te szybowce były w chwiejnicach - nigdy nie hangarowane. Cztery pory roku na powietrzu, a to jest nie po lotniczemu jak na proste konstrukcje drewniane tamtych lat. Ciekawe więc, czy to, co było w chwiejnicach to np. szybowce wycofane z normalnego latania, bo uszkodzone i podreperowane tylko do chwiejnicy, czy może normalne szybowce, ale wyjątkowo dobrze (tzn. dodatkowo) zabezpieczone cellonem i/lub innymi lakierami z plastyfikatorami?

Napisano

      Z informacji,które posiadam a uzyskane od przedwojennych stolarzy lotniczych na chwiejnicę dawano szybowce po kraksach..."Sprawne szybowce były zbyt cenne panie,aby się na nich bujać..Kolejki do latania były duże"-To cytat z jedenej z relacji Remontowano je do szkolenia na chwiejnicach-sklejano bez zachowania parametrów jak do latania i łatano pokrycie...... Chwiejnice  na Śląsku zwano  też "szubienicami".Wbrem pozorom nie stały one cały sezon na otwartm powietrzu...Na jesieni demontowano je i składano w hangarach.Z informacji ,które posiadam(wywiady i spisane relacje) zimą na ogół nie szkolono się....ale były loty pokazowe.Wykonywali je instrukorzy jak i szybownicy z odpowiednimi kwalifikacjami.Pzdr

Napisano
21 minut temu, bodziu000000 napisał:

980b34d87d60417d8bac606a252b81cf-02a.jpg

„Kraksiarz” faktycznie wybitny. Żeby tak rozwalić deskę kilową to już trzeba zrobić prawie CFITa, a nie lądowanie.

Ale chcę też powiedzieć coś na usprawiedliwienie „kraksiarza”. W ostatnich kilku-kilkunastu latach zrobiła się na świecie moda na latanie na holu za samolotem replikami szybowców typu SG-38, Slingsby T.3 i innymi powiedzmy „Wrono-podobnymi” szybowcami w tym przedwojennym designie ramy kadłubowej. Ludzie montują sobie na te loty co najmniej jedną kamerkę, jak nie dwie, bo i tacy są, no i lecą i filmują wszystko, a głównie siebie, jak pilotują.

Oglądam na YT większość tych filmików i są one piękne, świetne, piloci dobrzy, wszystko okay. Ale pewnego razu byłem wstrząśnięty jednym z takich filmików (chyba z RFN, jeśli dobrze pamiętam). Nie wiem, kto temu gościowi dał papierek na latanie. Szkoda, że nie mogę teraz znaleźć tego filmiku. W życiu nie widziałem takiego „pilotażu”. Gość pilotował replikę SG-38 tak, jak by miał chorobę św. Wita. Nie wiem, jak on przeszedł badania lotniczo-lekarskie i kto mu dał uprawnienia pilotażowe. Po tym filmiku powinien być skierowany na ponowne badania i tzw. KTP (kontrola techniki pilotażu). Drążkiem sterowym on tego szybowca nie pilotował, bo tego się nie da nazwać pilotażem. On po prostu konwulsyjnie szarpał ten drążek. Podobnie z ruchami nóg na pedałach. Koszmar jakiś. To była po prostu jedna wielka konwulsyjna szarpanina urządzeń sterowniczych, a nie żaden pilotaż zarówno na holu, jak i w locie swobodnym. A przy tym na holu ten pilot nie wpadł w strumień zaśmigłowy samolotu, żeby trzeba się było z niego wyszarpać, bo tylko to by (a i tak odrobinę) usprawiedliwiało. Nie wiem, jak on mógł mieć przyjemność z tego lotu. Mnie aż zęby swędziały i brzuch bolał jak to widziałem. A przecież musiał to być pilot szybowcowy co najmniej III klasy, bo inny samodzielnie na holu by nie poleciał zgodnie z prawem.

No więc badania lotniczo-lekarskie badaniami, selekcja kandydatów do latania selekcją, ale i tak finalnie do lotnictwa przedostają się ludzie dziwni, by nie powiedzieć, że być może stanowiący pewne zagrożenie.

Napisano

        Odnalazłem w swoich zbiorach  fotkę szybowca W.Staniędy..jakość jest taka jaka jest...to odbitka ze zdjęcia,które kiedyś przekazał p.Latkowski...Wszelkie prawa zastrzeżone.

SWScan01263 modified.jpg

Napisano

To chyba fotka szybowca konstrukcji W. Krząkały (jeśli wierzyć opisowi ?) . Asystenta kolejowego z zawodu  - tak przy okazji nawiązując do poprzednich wpisów.

Napisano
2 godziny temu, Hornet napisał:

Odnalazłem w swoich zbiorach  fotkę szybowca W.Staniędy..jakość jest taka jaka jest...to odbitka ze zdjęcia

Zdjęcie to było zamieszczone w Skrzydlatej Polsce w 1969 roku, z takimi wyjaśnieniami

 

ceab8dff4a6da440cda71f828571.jpg

0bdac31c4f4f8204119c8cf69ebe.jpg

0bdac31c4f4f8204119c8cf69ebe0.jpg

0bdac31c4f4f8204119c8cf69ebe1.jpg

0bdac31c4f4f8204119c8cf69ebe2.jpg

Napisano
Godzinę temu, bodziu000000 napisał:

wycinek z czasopisma "Ilustrowany Kuryer Codzienny", wydanego w roku  1936 o wypadku szybowcowym

d403a77742d9b69171192dbeeec8.thumb.jpg.34ad58eb527df10f2308ed4df921b091.jpg

i lepszej jakości zdjęcie tego zdarzenia

3_1_0_14_3077_154915.thumb.jpg.b996c83582780a731197853277b16a59.jpg

Moim zdaniem coś tu musiało się stać albo z pilotem, albo z szybowcem zanim doszło do tego wypadku, czyli jeszcze w powietrzu, ponieważ szybowiec jest wbity prawie pionowo w dach. Znam parę zdjęć „lądowań” szybowców na dachach, ale te „lądowania” są w miarę płaskie. A tutaj szybowiec spionizował się jeszcze w powietrzu.

Skoro to się stało przy Rakowieckiej to znaczy że bezpośrednio przy Polu Mokotowskim. Mogło być np. tak, że pilot miał krucho z wysokością i ją „oszczędzał”, żeby dociągnąć do lotniska i tak ją „oszczędzał”, że leciał z prędkością ekonomiczną, czyli z prędkością najmniejszego opadania. I być może nie pilnował prędkościomierza i zrobił sobie przeciągnięcie, a po nim szybowiec oczywiście wpadł w korkociąg. Na oko tak to wygląda zważywszy, gdzie ul. Rakowiecka a gdzie Pole Mokotowskie.

Jeśli przyczyna wypadku była taka, jak przypuszczam, to chłopak musiał być bardzo zestresowany całą sytuacją, że jest nad miastem i być może nie dociągnie do lotniska, bo nic tak dobrze nie sygnalizuje nadchodzącego przeciągnięcia, jak szybowiec. Można w ogóle nie patrzeć na tablicę przyrządów i na prędkościomierz. Po prostu ciało pilota i jego zmysły są najlepszym przyrządem pokładowym, bo „objawy” u szybowca tuż przed przeciągnięciem są takie, że po prostu nikt nie przegapi ostatnich sekund przed przeciągnięciem i spokojnie można się z tego wyratować szybkim oddaniem drążka od siebie. Tutaj chłopak chyba po prostu leciał na granicy ryzyka i podjął decyzję o walce o dociągnięcie do lotniska, żeby nie musieć lądować na ulicy, bo śmierć byłaby wysoce prawdopodobna. Chyba zaryzykował lot na granicy przeciągnięcia i wyszło, co wyszło. Tak mi się wydaje.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie