Jump to content

Czlowieksniegu

Moderators
  • Content Count

    20211
  • Joined

  • Last visited

Everything posted by Czlowieksniegu

  1. Najłatwiej? Zapytać w Dziale pt Konserwacja...
  2. https://wideo.wp.pl/znalezisko-na-strychu-lubelskiej-szkoly-karabiny-byly-ukryte-przez-75-lat-6550363252467841v
  3. Na granaty z czasów II wojny światowej natknęła się podczas spaceru 64-latka z gminy Zamość – poinformowała w niedzielę policja. Kilkanaście niewybuchów znajdowało się około 200 m od zabudowań. "Saperzy z Chełma, którzy przybyli zneutralizować zagrożenie, łącznie odnaleźli i zabezpieczyli 16 grantów ręcznych" – podała na stronie internetowej Komenda Wojewódzka Policji w Lublinie. 64-letnia mieszkanka gm. Zamość podczas spaceru z psem zauważyła w polu, w niedalekiej odległości od swojej posesji, trzy granaty z czasów II wojny światowej. Zawiadomiła policję. "Granaty zostały prawdopodobnie wypłukane z ziemi przez padający na początku września deszcz. Znajdowały się około 200 metrów od zabudowań" – podano w komunikacie prasowym. Skierowani na miejsce policjanci zabezpieczyli teren odnalezienia granatów do czasu przyjazdu saperów. Kiedy na miejsce przybył wojskowy patrol saperski z Chełma, okazało się, że niewybuchów jest znacznie więcej. Łącznie saperzy odnaleźli i zabezpieczyli 16 granatów ręcznych. Policja przypomina, że niewybuchy mogą być bardzo niebezpieczne. O ich odnalezieniu należy natychmiast poinformować policję, a samo miejsce zabezpieczyć, aby osoby nieświadome zagrożenia lub zaciekawione znaleziskiem nie podchodziły zbyt blisko i nie narażały się na niebezpieczeństwo. https://www.onet.pl/informacje/onetlublin/lubelskie-granaty-z-ii-wojny-znalezione-podczas-spaceru/9xfkjcz,79cfc278 Deszcz.. deszcz jest całkiem dobrym pomysłem...
  4. Las śmierci. Za nic ich zabijali! Za parę srebrnych łyżek, albo stare ubrania… - Jako dziecko chodziłem przez ten las do szkoły. W rowach leżały jeszcze kości pomordowanych – wspomina na łamach dziennika "SuperNowości24" dziś już dorosły mężczyzna. Gdy pytał mamę o Dębrzynę, odpowiadała, żeby się nie interesował. – Nie wolno było nawet słuchać o tym. Wszyscy się bali. Nikt nic nie mówił. A kto się wychylił, zginął. I tyle było - czytamy w artykule Wioletty Kruk. Las między Grzęską a Świętoniową. Tuż przy torach. Dziś pusty i budzący niepokój – kiedyś pełen życia. Przed laty należał do hrabiego Potockiego, ale przegrał go w karty z księżną Lubomirską. – Pamiętam go z czasów dzieciństwa. Był o wiele mniejszy niż dziś. Ogrodzony szerokim płotem sztachetowym. Nieraz wyciągaliśmy deski i wchodziliśmy do środka. Stała tam bażantarnia, były bażanty, króliki i norki – wspomina na łamach dziennika "SuperNowości24" 85-latka pochodząca ze Świętoniowej. – Po wojnie na wsi była straszna nędza. Nie było co jeść, a jedyna rozrywka to pójście na pastwisko albo do lasu. Któregoś razu moja siostra wybrała się z koleżankami na spacer do Dębrzyny. Wróciła do domu i oznajmiła rodzicom: "Widziałyśmy w rowie człowieka uduszonego drutem". Dużo trupów tam leżało… Moja rozmówczyni szczególnie zapamiętała dom jednej z sąsiadek, w którym stał duży patefon z płytami - pisze autorka artykułu, Wioletta Kruk. – Odbywały się tam schadzki. Przychodzili chłopcy i dziewczęta. Bawili się, tańczyli, rozmawiali. Zawsze się zastanawiałam, skąd mają takie ładne ubrania – wyznaje po latach. – Inna koleżanka, która chodziła z nami do szkoły, spytała mnie kiedyś: "Widziałaś, w jakie piękne sweterki były ubrane te dzieci? To wszystko jest pewnie z tej Dębrzyny. Słyszy się, że nasi ludzie tam chodzą, chrześcijanie mordują ludzi, którzy wracających z pracy z Niemiec…" Gdzie ci ludzie mieli serce?! – oburza się kobieta. Mówiono, że do Dębrzyny chodziło się na zarobek. – Pamiętam sytuację, że byłam u koleżanki, a jej ojciec, matka i jeszcze jakiś mężczyzna, który przyjechał z Gniewczyny, pojechali do lasu. Wtedy zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, po co… – urywa. Tymczasem rzeczy stamtąd trafiały na handel. "Tadziu! Tadziu!" – Wojna straszna rzecz, ale i po wojnie różnie się działo… Było zamieszanie, ludzie wracali z Niemiec – z robót i obozów. Jechali do Przeworska, Przemyśla, Żurawicy, w różne miejsca. Niektórzy nie dojechali – opowiada mieszkaniec Grzęski. – Koło Dębrzyny był rozjazd kolejowy. Gdy jechał pociąg towarowy, osobowy musiał tam zjechać. Kolejarze zatrzymywali pociągi, którymi jechano z robót. Pasażerów ściągano, zabierano im wszystko, a potem mordowano. Za nic ich zabijali. Za parę srebrnych łyżek, albo stare ubrania – nie ukrywa. Do niektórych strzelano, innym podcinano szyję, a czasem duszono kablem… Dochodziło do dramatycznych wydarzeń. – Z Niemiec wracało dwóch kolegów. Jeden wysiadł w Kosinie. Drugi mieszkał na Budach i pojechał do Grzęski. Za jakiś czas ten z Kosiny chciał go odwiedzić. Pojechał. Powiedzieli mu, że go nie ma, nie dotarł. A on tutaj został zamordowany… Tak blisko domu – wzdycha kilkudziesięcioletni mężczyzna. POSŁUCHAJ: RetroSekcja. Jak II Wojna Światowa zmieniła życie milionów młodych ludzi [PODCAST] Miejscowi często przywołują historię innego mieszkańca Bud Łańcuckich – Tadeusza Bartnika. Bandyci mieli go zabrać z rampy na kontrolę dokumentów, a potem zabić. Po jego śmierci zrozpaczona matka postradała zmysły. Wielu słyszało jak, krzyczy w lesie, nawołując syna: "Tadziu! Tadziu!" Podobnych opowieści jest więcej. – Poznałam kiedyś kobietę z Urzejowic, która wiedziała o Dębrzynie więcej niż ja. Zamordowali jej brata. Kiedy wsiadał w Krakowie, dostał cynk, żeby wysiąść w Rzeszowie i nie jechać do Przeworska. Na ryzyko pojechał i go dopadli. Nigdy nie wrócił do domu – relacjonuje mieszkanka Grzęski. Jeszcze się ziemia ruszała Ilu bezimiennych zginęło w Dębrzynie? Nikt nie wie. Niektórzy mówią, że kilkudziesięciu, inni, że nawet 200. – Ciała tylko przykrywano gałęziami. Psy albo dzikie zwierzęta je rozniosły, trawa przerosła i na tym się skończyło – opowiada kolejny rozmówca. – Mówili, że tam był gajowy, który chodził i grzebał tych biedaków, albo że zmuszano mieszkańców i nocami chodzili zakopywać trupy. Taki jeden – nie żyje już, opowiadał, że jak tam poszedł, to jeszcze się ziemia ruszała – przypomina sobie ktoś inny. W tym lesie nikt nic nie robił. Był zarośnięty. Nikt nie chodził tam na grzyby. Rodzice powtarzali dzieciom: "Nie idźcie tam". Ale one nie słuchały. – Jeszcze zanim poszłam do szkoły, widziałam różne rzeczy. Pamiętam, że był martwy zrąb i taki duży rów, a w nim kości. Wyglądało to tak, jakby ktoś je tam rozrzucił. Gdy pytałyśmy taty, czyje one są, odpowiadał: "To z koni" – wspomina mieszkanka Grzęski. Jeszcze w latach 60. w okolicy lasu można było znaleźć ludzkie szczątki. – Do dziś mam przed oczami jak któregoś dnia poszłam z ciotką do lasu. Tuż przy torach zauważyłam pod gałęziami cały szkielet. Pytam: "Co to?", "A to sarna zdechła" – stwierdziła. Dopiero później dotarło do niej, że przecież czaszka sarny wygląda inaczej niż ludzka… Jak przyznaje Rozmówczyni, przez długi czas to był temat tabu. – Człowiek był nieświadomy niczego. Pół życia spędziłam w tym lesie, a dziś w biały dzień bym tam nie poszła. Przytłacza mnie myśl, czy może w miejscu gdzie stoję kogoś nie zastrzelili, albo ktoś tam nie leży – zasłania ręką oczy. Groby pomordowanych porozrzucane są po całej Dębrzynie. – Za miejscem, gdzie co roku odbywają się msze, był następny zrąb. Niczego tam nie było – na raz groby powstały. Siedem, czy dziewięć, w tym trójki dzieci – chłopca i dwóch dziewczynek. Jedna miała na imię Paulinka lub Karolinka. Na ich grobach były tabliczki z imionami oraz rokiem zaginięcia, a na reszcie krzyże – wspomina mieszkanka Grzęski. – Widać, komuś sumienie nie dawało spokoju. Czy ktokolwiek z ofiar został pochowany w swoich rodzinnych stronach? Jeden na pewno. – To był młody chłopak. Przyjechał z robót z Niemiec. Pochodził z okolic Mikulic czy Niżatyc i wysiadł w Grzęsce. Dwóch mężczyzn twierdziło, że pokaże mu drogę na Mikulice. Prowadzili go koło szkoły do tzw. Kostkowej Doliny. Tam zabili, okradli i zagrzebali – relacjonuje mieszkaniec Grzęski. – Ktoś poinformował krewnych. Ludzie mówili, że gdy wygrzebali go z ziemi, w ręce trzymał krzyżyk. Matka go zabrała i pochowała. Do dziś pozostaje tajemnicą, kim była oraz dokąd zabrała ciało. Kierunek Dębrzyna i kula w głowę – Zdarzało się, że brat zabił brata. Ojciec mi opowiadał historię człowieka, który wrzucił do studni kobietę. Zabrał łupy do domu i gdy zaczął przeglądać zdjęcia czy dokumenty, okazało się, że rodzoną córkę zabił. Ten las był świadkiem strasznych rzeczy… – słyszę w jednej z opowieści. Nic dziwnego, że w ludziach rósł strach. – Tato jeździł na zmiany do pracy w Żurawicy. Kiedyś szedł nocą. Na szyi miał karbidówkę, więc z oddali było widać poruszające się światło. Doszedł do skraju lasu, gdy nagle usłyszał z ciemności: "Daj spokój, to swój!" – opowiada kobieta ze Świętoniowej. – To byli ludzie, którzy czekali na pociąg, a może było już po… – urywa. Nikt nie ma wątpliwości, że w cały proceder musieli być zamieszani pracownicy kolei. Miejscowi powtarzają nazwisko jednego z nich. – On pracował na nastawni. Jak dostali cynk, że wracają z robót, kazali mu zatrzymywać pociąg przed semaforem. Pościągali kogo mieli ściągnąć, kierunek Dębrzyna i kula w głowę – mówi jeden z mężczyzn. Mimo, że wszyscy o tym wiedzieli, kolejarza darzono szacunkiem. – Dla otoczenia był w porządku. Nikomu nie szkodził. Cały maj grał hejnał na wieży kościelnej. Można się domyślać, że pod przymusem to robił – mówi kobieta z Grzęski. – Tylko jak na tamte czasy, jemu się bardzo dobrze powodziło – zastanawia się. Zawsze chodził elegancko ubrany, w czarny garnitur, białą koszulę, pod krawatem i z aktówką. – Jeszcze do ZBoWID-u należał, to potem pieniądze brał jako kombatant – dopowiada mężczyzna. – Zginął parę lat temu na przejściu kolejowym, potrącony przez pociąg. Roztrzaskało go w mak. Jaką śmierć zgotował innym, taką dostał… Z człowiekiem, o którym opowiadają mieszkańcy, na zmianie pracowało 3 lub 4 innych. – O nich nikt złego słowa nie powiedział. Może tylko na jego zmianie to robili? – zastanawiają się. – Mówią o nim dużo, ale mordowali inni. Byli wśród nich ludzie z Przeworska, Żurawicy, Gniewczyny, może Nowosielec. Takie grupy się potworzyły – przyznaje mężczyzna z Grzęski. – Wcześniej byli w Batalionach, Armii Krajowej. Jak przyszli Ruscy, pozapisywali się do partii. Różnie było. Nie jest tak, jak nam się wydaje. – Tu był bardzo doby komendant AK, ale kiedy go zabrakło, a wojna się skończyła, niemieckiej władzy nie było, polskiej nie było. Ruscy jeszcze nie rządzili, to w Podziemiu zrobiły się bandy rabunkowe. Mieli broń, swoich ludzi i zaczęli z tego robić użytek – tłumaczy inny z rozmówców. Na wsi znano nazwiska bandytów. Jak ich traktowano? – Normalnie. Nikt nic nie mówił. Rozmawiali z nimi, jakby nic się nie stało. Oni może nawet mieli większe poważanie, niż inni. Byli postrachem – opisuje grzęszczanka. Bali się wtedy, boją i teraz – Kto miał to zgłosić? Kto zgodziłby się zostać świadkiem? To nie była jedna banda, tylko więcej. Jeżeli w każdej było pięć, albo nawet dwie osoby z bronią, to kto ze wsi doniósłby, że ten czy tamten coś robi?! Zatłukliby bez niczego albo spalili dom i na tym by się skończyło – nie ma złudzeń mieszkaniec Grzęski. Jednym z zastraszonych miał być pochodzący z Nowosielec gajowy, o nazwisku Lis. Mieszkał z żoną i kilkorgiem dzieci. Wyprowadził się z Grzęski, gdy spalili mu zabudowania gospodarcze i pobili syna. W 1945 r. bandyci mieli pozbyć się jednego ze świadków. – Budował dom w Grzęsce i przechodził przez las od Świętoniowej. Któregoś dnia zbierali na torach węgiel. Zawołali go, żeby przyszedł. Poszedł, a chwilę potem zabił go pociąg. Widział za dużo, więc go zlikwidowali – wspomina jeden z rozmówców. – To nie był przypadek. Wiem, że człowiek, który mordował w lesie przy tym był. Sąsiada, też nie oszczędzili. – Do południa powiedział do syna, że ma już dość tego, co się dzieje w Dębrzynie i pójdzie to zgłosić. Wieczorem był napad – słyszę od innego mieszkańca. – Wszystko działo się nocą. Ją zastrzelili na miejscu, a jego ranili. Żył potem jeszcze 2 lata. Świadek zeznał, że widział żołnierza radzieckiego z wilczurem. Ja w to nie wierzę. Gdyby chcieli kogoś okraść, nie szliby na koniec wsi. Były przypadki, że ci ze Świętoniowej przebierali się w radzieckie mundury. Tylko co on miał powiedzieć? Że widział sąsiada? Spałby potem? – pyta. – W domu były dzieci. Chcieli mieć spokój, więc powiedzieli: „ruski”. Nikt w to nie wnikał. Umorzyli i koniec. Zmowa milczenia Po takich wydarzeniach nie upominano się o pomordowanych. Ludzie się bali. – Pewna kobieta wracała do domu. Wydarli ją z pociągu i poznała jednego ze zbrodniarzy. Powiedział: "Daruję ci życie, ale masz mnie nie zdradzić" – wspomina grzęszczanka. – Wszyscy byli ciekawi jego nazwiska. Od jej siostrzenicy wiem, że nie ujawniła jednak, kto chciał ją zabić. Zabrała tajemnicę do grobu. Bała się do końca. – Pytałem kiedyś jednego człowieka: "Powiedz, co naprawdę działo się w tej Dębrzynie?" "Lepiej, żebyś nie wiedział". "Dlaczego?" "Powtarzam: lepiej, żebyś tego nie wiedział, bo byś źle skończył! Daj spokój, ludzie się pożenili, pomieszali rodziny…" – opowiada mieszkaniec Grzęski. Tak trwała zmowa milczenia. Nikt nie wydałby swojego. Choć ich nazwiska były znane, żaden z morderców nie odpowiedział za to, co zrobił. – Część wyjechała na Śląsk, niektórzy uciekli za granicę, stali się walczącymi o wolność i demokrację, albo wrócili w latach 90. Nikt nie jest całe życie bohaterem, a wojna nauczyła różnych zachowań – nie ma złudzeń 60-latek z Grzęski. – Część z tych osób, bojąc się tego, co może ich spotkać, poszła na współpracę, do urzędów bezpieczeństwa, do milicji. Wszystko potraktowano jako napady rabunkowe, które nie stanowiły zagrożenia dla tamtego ustroju państwa i nic z tym nie zrobiono – zauważa. Gdyby mordy w Dębrzynie uznano za zbrodnię ludobójstwa, można by było za to ścigać, a tak sprawy uległy przedawnieniu. – Byli tacy, co przy tym grzebali. Jeden opisał wszystko do gazety, a potem dostał wezwanie do UB i poradzili mu, żeby tego nie ruszał – podkreśla rozmówca. Ci, którzy nadal noszą w pamięci straszne historie sprzed ponad 70 lat, chcieliby, żeby prawda w końcu wyszła na jaw. Jak przyznają: – Postronni ludzie nie wiedzą, co wydarzyło się między tymi drzewami. Miejscowi, zwłaszcza młodzi, też nie zawsze zdają sobie z tego sprawy. Niektórzy myślą, że to Niemcy albo Sowieci mordowali. A powinni być świadomi, jaki dramat rozegrał się w Dębrzynie. – Ci biedacy przyjeżdżali po wojnie z takich ciężkich prac – mówi ze łzami w oczach 85-latka ze Świętoniowej. – Zamiast wrócić do rodzin, w ten sposób kończyli. I to Polak Polakowi robił… https://www.onet.pl/informacje/onetrzeszow/las-smierci-za-nic-ich-zabijali-za-pare-srebrnych-lyzek-albo-stare-ubrania/q6k2qby,79cfc278
  5. https://tvn24.pl/polska/poznan-marcin-nowakowski-wzial-slub-by-na-niego-zarobic-zbieral-zlom-pomagal-tezschroniskom-dla-zwierzat-4684630
  6. Balans- błagam, ten Werwolf mogłeś już sobie podarować... Wojna domowa to też tak mocno na wyrost. Ale spoko- możesz, ale się nie chwal, przyjąć na swoje potrzeby, że II WŚ skończyła się np gdy w Grecji jesienią 1949 komuniści poprosili o rozjem... Ale możesz także, że w 2005.
  7. Będę złośliwy- kiedy się II WŚ w Europie, żeby nie było niedomówień, skończyła?
  8. Pomalowany budynek to Dom Dobroczynności i Sierot zabytek z 1699 roku... od 1967 wpisany do Rejestru...
  9. Balans- trudno wiosnę 1945 i Poznań uznać za "na tyłach frontu w 1944".. A wyrok wykonano 1.V.1945...
  10. Zaskakujesz mnie co chwilę... "Ustawa o cmentarzach mówi.Po dwudziestu latach grób jest zlikwidowany. Jeśli jest opłacony to istnieje dalej. Kościół w Polsce przejął w latach 60 ub.wieku majątek po niemieckich diecezjach. A więc jest odpowiedzialny za te straszne wg .pana Kazka profanacje grobów i nieposzanowanie umarłych" oznacza, że dowolnie wybrany XYZ może sobie taki opuszczony-zaniedbany-nieopłacony grób sprawdzić szpadlem?
  11. Balans Dekret władz polskich z 30 października 1944 r. przewidywał karę więzienia lub karę śmierci za przechowywanie, produkcję, sprzedaż lub kupno aparatu radiowego. I znane są dwa wykonane wyroki KŚ...
  12. sowa- jakiekolwiek źródła do głębokich przemyśleń z wpisu, który się zaczyna "znalazłem ciekawy komentarz, warto nad nim się zastanowić ..." Albo, choć, śnurek do tego komentarza... PS Znaczy się, na marginesie, że Akcja pociągowa także była uzgodniona z milicją, NKWD i cholera wie kim jeszcze, którzy obstawiali pociągi?
  13. Na starym poniemieckim cmentarzu w Modliszowie (województwo dolnośląskie) zachowały się nieliczne nagrobki dawnych mieszkańców okolicy. Jeden z nich, wyglądający na mogiłę dziecka, został niedawno splądrowany. Na rozkopany grób trafili twórcy serii "History Hiking". Sprawą zajmuje się policja. Odkrycia dokonano podczas nagrywania jednego z odcinków serii "History Hiking". Tematem poruszanym przez Łukasza Kazka, prowadzącego serię, był cmentarny szaber. - Niemcy opuszczając tereny Dolnego Śląska po przegranej wojnie w 1945 roku ukrywali w słoikach, kankach, kamiennych garnkach cenne pamiątki, biżuterię czy nawet złoto w charakterystycznych miejscach, niekiedy nawet w grobowcach. Nowi osadnicy wiedzieli o tym i szukając wartościowych depozytów, plądrowali takie miejsca. Proceder szabru kwitnął przede wszystkim tuż po wojnie, ale do dzisiaj możemy natknąć się na ślady nielegalnych poszukiwań - tłumaczy Kazek. "Ktoś dokładnie wiedział, w którym grobie kopać" I tak właśnie było w trakcie wizyty na poniemieckiej nekropolii w Modliszowie. To właśnie tam uwagę ekipy filmowej przyciągnął jeden z niewielkich, dziecięcych grobów. Mogiła była rozkopana, a obok znajdowała usypana ziemia. Ten, kto zniszczył pochówek sprzed kilkudziesięciu lat, prawdopodobnie uszkodził też tablicę nagrobną. Zdaniem Kazka, do dewastacji grobu mogło dojść zaledwie kilka dni przed wizytą filmowców na cmentarzu. - Ktoś z wykrywaczem albo też mający informację, może były mieszkaniec, po prostu dokładnie wiedział, w którym grobie i jak kopać i wyciągnąć to, co zostało w tym grobie schowane - mówi Kazek. Czego szukano w dziecięcym grobie? Popularyzator historii wyjaśnia: - Byli niemieccy mieszkańcy w swoich grobach składali depozyty. Najczęściej były to rzeczy wartościowe, biżuteria, srebra, porcelana. Był to znak, aby po powrocie na dany teren grób był lokalizacją. Był łatwą informacją do przekazania, gdzie znajduje się rodzinny depozyt. W tym przypadku jednak nie wiadomo, czy mogiła została rozkopana przez poszukiwawczy skarbów, czy kogoś, kto miał wiedzę na temat tego, że w jej wnętrzu może znajdować się coś cennego. - Ktoś z wykrywaczem albo też mający informację, może były mieszkaniec, po prostu dokładnie wiedział, w którym grobie i jak kopać i wyciągnąć to, co zostało w tym grobie schowane - mówi Kazek. Czego szukano w dziecięcym grobie? Popularyzator historii wyjaśnia: - Byli niemieccy mieszkańcy w swoich grobach składali depozyty. Najczęściej były to rzeczy wartościowe, biżuteria, srebra, porcelana. Był to znak, aby po powrocie na dany teren grób był lokalizacją. Był łatwą informacją do przekazania, gdzie znajduje się rodzinny depozyt. W tym przypadku jednak nie wiadomo, czy mogiła została rozkopana przez poszukiwawczy skarbów, czy kogoś, kto miał wiedzę na temat tego, że w jej wnętrzu może znajdować się coś cennego. https://tvn24.pl/wroclaw/modliszow-rozkopany-dzieciecy-grob-na-poniemieckim-cmentarzu-ktos-dokladnie-wiedzial-gdzie-kopac-4684127
  14. Sowa- kocopoły wypisujesz, nie mająca ani wiedzy, ani oparcia w źródłach. To, że wracający z robót mieli różne, mocno nieprzyjemne, przygody czy w czasie drogi na piechotę, czy pociągiem, nijak się ma do: ""Być może to manipulacja wybielająca Ukraińców i NKWD - niech mi ktoś powie jak w latach 1945 -1948 można kogoś wyciągnąć z pociągu jak w Polsce był stan wojennej okupacji wszystkim rządziło NKWD pociągi pasażerskie były bardziej obstawione jak za Niemców - w każdym był patrol NKWD i milicji"" i podobnych bzdur... Ani NKWD, ani milicja, ani żadne służby 1945/48 nie miały nawet cienia fizycznej możliwości aby obstawić tak jak gdzieś przeczytałeś. Nie pisząc o kolejnych odkryciach przez ciebie cytowanych... PS Ani milicja, ani pozostałe nie potrafiły sobie z porządkiem choćby we Wrocławiu czy Szczecinie poradzić, choć rosyjscy komendanci pomagali, nie mówiąc o masowym szabrownictwie na Ziemiach nibyOdzyskanych, a tobie się roją tysiące funkcjonariuszy, którzy nic nie robią tylko pociągami jeżdżą...
  15. Ołów znajdziesz, a na śrucie zęby połamiesz...
  16. No i wyszło szydło z worka... Linki... Przykłady... Cokolwiek a nie odwracanie kota (?) ogonem... Przytoczyłeś odkrywczy tekst, że "Być może to manipulacja wybielająca Ukraińców i NKWD - niech mi ktoś powie jak w latach 1945 -1948 można kogoś wyciągnąć z pociągu jak w Polsce był stan wojennej okupacji wszystkim rządziło NKWD pociągi pasażerskie były bardziej obstawione jak za Niemców - w każdym był patrol NKWD i milicji" a ja chętnie poznam źródła tej i kolejnych rewelacji.
  17. Sowa- podaj śnurek i jakieś merytoryczne "coś" do wcześniejszego odkrywczego wpisu skądś.
  18. Po pierwsze primo- co powyższe ma wspólnego z filmem? Po drugie primo- uzgodnijcie, czy piszecie o narodowości czy obywatelstwie? A jeśli o obywatelstwie, to wg którego roku sprawdzanym.
  19. Zarząd okręgowy Polskiego Związku Łowieckiego w Słupsku poinformował, że w tamtejszym liceum dla dorosłych powstanie klasa o profilu łowieckim. Według związku to pierwsza taka inicjatywa w Polsce. [...] https://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,26271061,w-slupsku-beda-uczyc-polowania-pierwsza-w-polsce-klasa-liceum.html#s=BoxOpImg5
  20. "Być może to manipulacja wybielająca Ukraińców i NKWD - niech mi ktoś powie jak w latach 1945 -1948 można kogoś wyciągnąć z pociągu jak w Polsce był stan wojennej okupacji wszystkim rządziło NKWD pociągi pasażerskie były bardziej obstawione jak za Niemców" Już pal licho, że nie podałeś śnurka do powyższego, może to i z litości nad autorem. Zwłaszcza, że z prawdą ma to tyle wspólnego co krzesło z krzesłem elektrycznym. Podobnie, jak i kolejne rewelacje i przemyślenia...
  21. Podczas remontu mieszkania w Bydgoszczy pracownicy znaleźli obrazy. Postanowili je zabrać i później sprzedać. Okazało się, że to cenne dzieła Leona Wyczółkowskiego. Przez dziesięciolecia uważano, że te obrazy zaginęły lub spłonęły. Teraz pracownicy ekipy remontowej odpowiedzą przed sądem. Śledczy badają jeszcze drugi wątek tej sprawy. Chodzi o to, jak te dzieła znalazły się w prywatnym mieszkaniu. Bydgoska prokuratura zakończyła właśnie śledztwo dotyczące odkrycia dzieł sztuki i pamiątek po malarzu Leonie Wyczółkowskim. Przez lata uważano, że obrazy, należące przed II wojną światową do ówczesnego Muzeum Miejskiego w Bydgoszczy, zaginęły podczas wojny, a część z nich spłonęła. Okazało się jednak, że dzieła były w prywatnym mieszkaniu w Bydgoszczy. Sprawa wyszła na jaw, kiedy rodzina postanowiła odświeżyć mieszkanie i wynajęła ekipę remontową. Jak ustalili śledczy, dwaj mężczyźni podczas prac znaleźli obrazy. Postanowili je zabrać i sprzedać. - Prokurator zarzuca mężczyznom, że wykorzystując fakt wykonywania prac remontowych w mieszkaniu ukradli kilka dzieł sztuki. Z ustaleń śledztwa wynika, że nie do końca zdawali sobie sprawę z wartości artystycznej i kulturowej tych dzieł - mówi Agnieszka Adamska-Okońska, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy. Kiedy sprawa wyszła na jaw, mężczyźni przyznali się do winy i współpracowali ze śledczymi. Wskazali również miejsca, gdzie może znajdować się więcej dzieł. Dzięki współpracy oskarżeni zostaną łagodnie potraktowani - prokuratura wniosła do sądu, aby ten skazał ich, na zasadzie dobrowolnego poddania się karze, na 11 miesięcy więzienia w zawieszeniu. Jak dzieła znalazły się w prywatnym mieszkaniu? To jednak nie koniec sprawy. Śledczy badają również drugi wątek, czyli jak te dzieła sztuki znalazły się w prywatnym mieszkaniu w Bydgoszczy. Przeszukali już kilkadziesiąt miejsc i mają kilka hipotez. Szczegółów na razie jednak nie ujawniają. Skradzione zbiory wróciły do bydgoskiego muzeum. - Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, że wracają do nas dzieła naszego patrona, czyli Leona Wyczółkowskiego, a także zbiory archeologiczne, które stanowiły podstawę do utworzenia naszej instytucji - mówi Anna Pruss-Świątek z Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy. Zgodnie z wolą artysty wdowa przekazała prace do muzeum Wśród odzyskanych prac znalazły się dzieła Leona Wyczółkowskiego, między innymi "Piwonie" (karton, akwarela), "Wiśnie kwitnące" (papier, autolitografia), "Chrystus Królowej Jadwigi" (papier, tusz, kredka litograficzna), "Pejzaż wiejski w kościołem" (papier, ołówek), "Ogólny widok Torunia" (papier, kredka, tusz), "Wyjazd króla" (papier, akwarela). Są też przedmioty należące do Franciszki i Leona Wyczółkowskich - szafa kredensowa (serwantka) z przeszkoloną zastawką z XIX w. i skrzynia - skarbczyk z XVII-XVIII w. Zabytki archeologiczne to naczynia ceramiczne (540-48 r. p.n.e), lampka oliwna (II w. n.e) i pierścień legionisty (I-III w. n.e). Leon Wyczółkowski (1852-1936) był jednym z czołowych przedstawicieli malarstwa realistycznego Młodej Polski. Przez ostatnich kilkanaście lat życia był związany z Gościeradzem k. Bydgoszczy, gdzie kupił dworek za pieniądze otrzymane za przekazanie w 1922 r. swoich zbiorów Muzeum Wielkopolskiemu w Poznaniu. Żył tam i tworzył przez większość roku, od wiosny do jesieni. Został pochowany na cmentarzu w pobliskim Wtelnie. W 1924 roku Wyczółkowski nawiązał kontakty z bydgoskim Muzeum Miejskim (obecnie Muzeum Okręgowe im. Leona Wyczółkowskiego), gdzie za życia odbyły się dwie jego wystawy. Zgodnie z wolą artysty w 1937 roku wdowa Franciszka Wyczółkowska przekazała bydgoskiemu muzeum w darze dzieła męża - 410 prac malarskich i 15 szkicowników z 496 rysunkami, a także 36 prac innych artystów. https://tvn24.pl/pomorze/bydgoszcz-podczas-remontu-zabrali-obrazy-leona-wyczolkowskiego-4683323
  22. Co prawda zdjęcie robiłeś tosterem i w dodatku jedną stronę pokazałeś, wymiary szklana kula musi podpowiedzieć, ale... guzik?
  23. https://www.dw.com/en/germany-pascha-brothel/a-54801694
  24. Że ktoś miał H na początku nazwiska i P imienia... Albo i odwrotnie...
×
×
  • Create New...

Important Information