Jump to content

Koloman

Forum members
  • Content Count

    994
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    1

Everything posted by Koloman

  1. A gdzie niby była główna baza Aerolotu ze "stocznią"? Fakt, wiele prac naprawczych i obslugowych robiono w Gdansku ale i w Warszawie również. Przez pewien czas warszawską "stocznią" kierowal Benno Fiala. Samolot na widokówce to ewidentny i kiepski fotomontaż.
  2. Ukończył. Zasłużył się dla polskiego lotnictwa. Życie zakończył tragicznie. KRASICKI WITOLD kpt.rez.pil.inż.ur.27.VI.1899 r. w Hryniowcach s.Stanisława i Katarzyny Po ukończeniu Francuskiej Szkoły Pilotów w Warszawie w 1919 r. przydzielony został do 6 eskadry wywiadowczej, a następnie do 4 eskadry wywiadowczej i brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r.Po zakończeniu działań wojennych był instruktorem w Oficerskiej Szkole Obserwatorów Lotniczych w Warszawie i Toruniu w latach 1921-1923. W 1924 r. odkomenderowany na studia do Paryża ukończył je uzyskijąc tytuł inżyniera. Po powrocie z Francji w 1927 r. przydzielony został do Departamentu Lotnictwa Cywilnego w Ministerstwie Komunikacji w Warszawie. W 1930 r. przeniesiony do rezerwy pracował w Podlaskiej Wytwórni Samolotów (PWS). Był członkiem Klubu Lotniczego PWS. Startował w III.Krajowym Konkursie Awionetek na maszynie PWS-50. Zmobilizowany został w sierpniu 1939 r. do 1.PL w Warszawie, wyznaczony został na dowódcę 2 kompanii lotniskowej, przeznaczonej dla lotnictwa armii „Karpaty”. Rozwój działań wojennych spowodował, że kompania nie odeszła do rejonu działania lotnictwa armii „Karpaty” i wraz z Bazą nr 1 ewakuowała się w kierunku Rumunii. Kpt.Krasicki 18.IX.1939 r. został wzięty do niewoli sowieckiej w rejonie Darachowa i po krótkim pobycie w obozie przejściowym w Szepietówce, osadzony został w obozie w Starobielsku. Zginął wiosną 1940 r. w Charkowie, zamordowany przez NKWD podczas likwidacji obozu. Za udział w wojnie w 1920 r. odznaczony był Srebrnym Krzyżem V kl. Orderu Virtuti Militari, dwukrotnie Krzyżem Walecznych i Polową Odznaką Pilota. P.S. specjalne podziekowanie dla Kol.formoza58 za fotografię por.pil.W.Krasickiego!
  3. Wielkie dzięki Kol.Barbapapa za link do satyrycznego artykułu - w takim ponurym okresie każda okazja do śmiechu jest cenna. A ten artykulik daje takie okazje. Na przykład: 1 - "Szachownica, która do dziś jest emblematem rozpoznawczym polskiego lotnictwa, była początkowo osobistym znakiem Stefana Steca, malowanym na jego samolotach, jeszcze w czasie służby w armii Austro-Węgier. " Przecież nie od dziś wiadomo, że godłem osobistym Steca była litera "S" ułożona poziomo z różą wiatrów w srodku i takie godło miała jego maszyna DeDrei 253.117. Fakt, czasem pożyczał D.III 253.08 z szachownicą ale zasadniczo to była maszyna Tomickiego i jego godło. 2 - "Taktyki walki szturmowej nauczyli zaś Polaków amerykańscy ochotnicy." Zsikać można się ze śmiechu czytając takie dyrdymały; nowicjusze mieli "uczyć taktyki walki szturmowej" lotników latajacych w czasie wojny w lotnictwie niemieckim na maszynach "J" IFL (InfanterieFlugzeug) w którejś z 30-tu "Schlasta -Schlachtstaffel" czyli eskadrze szturmowej lub w lotnictwie austro-węgierskim na maszynach wyposażonych w "Bombenloch-MG" (KM specjalnie do zadań szturmowych) w którymś ze specjalistycznych Flik-ów "S" (Schlachtflieger). 3 - "Zgodnie z doświadczeniami wyniesionymi z frontu zachodniego podczas I wojny światowej piloci Eskadry Kościuszkowskiej ..............." Kolejne banialuki - umiejętnościami i doswiadczeniem bojowym amerykanscy piloci (o ile w ogóle któryś z nich znalazl się na froncie tuż przed końcem wojny) do pięt nie dorastali wiekszosci polskich pilotow, weteranów wszystkich frontów Wielkiej Wojny. Amerykanie latali brawurowo - to prawda ale tylko tyle. No i czytają to ludzie w internecie i dowiadują sie jacy to Amerykanie byli wspaniali i jak tępych i nieudolnych Polaczkow wspomagali i ratowali.
  4. Fragment fotografii przedstawiający akademię ku czci Żwirki i Wigury, która odbyla się we wrześniu 1932 roku na dziedzińcu zamku królewskiego na Wawelu. Akcentem lotniczym uroczystosci był Nieuport. Cała fotografia znajduje się w zbiorach NAC i jest opisana następująco (coś dla dbajacych o szczegóły): "Opis obrazu: Uczestnicy akademii na dziedzińcu arkadowym Zamku Królewskiego na Wawelu. Po prawej stronie widoczny samolot Aeroklubu "Newport", którym kapitan Juliusz Gilewicz przyleciał z Moskwy, po odzyskaniu przez Polskę niepodległości."
  5. Na lekarstwo czy nie w każdym razie mniejsza połowa. Ale fakt, fotografia bardzo interesująca!!!!!!!!!!!
  6. Brat króla Rumunii Karola II - Mikołaj Następca tronu Rumunii - Michał
  7. Prosiński był doskonałym pilotem ale do czasu. Jak 22 maja 1930 pieprznął SPAD-em 61C1 o ziemię w centrum Krynicy to mu ochota do latania odeszła i stosunkowo szybko odszedl z armii do cywila.
  8. Niestety, całkowicie się nie zgadza; wizyta rumuńskiego następcy tronu księcia Michala w 1.PL na Okęciu miała miejsce 24-go lub 25-go maja 1937 roku. Już choćby po mundurze majora Luzińskiego widać, że to nie ta data. Natomiast rzeczona fotografia z majorem obs.Luzińskim wykonana została w czasie wizyty brata króla Rumunii księcia Mikołaja w Polsce około trzy lata wcześniej, 27 czerwca 1933. Na załączonych fotografiach łatwo odróżnić jedną wizytę od drugiej.
  9. Z tematu "Zdjęcia-naszych-samolotów-w-latach-1920--1939". Samolot swoją drogą, godło swoją ale ważna jest ta persona na pierwszym planie:
  10. Przeleciał major pilot Witold Prosiński. A czy fotografia nr.2 dotyczy tego samego przelotu? tyle, ze w drugą stronę.
  11. Uzupełnienie do nieco oszczędnej biografii generała broni Zygmunta Zielińskiego i kilka fotografii. Awanse chorąży (Fähnrich) – 18 sierpnia 1878 podporucznik (Leutnant) – 1 listopada 1878 porucznik (Oberleutnant) – 1 listopada 1883 kapitan (Hauptmann) – 1 listopada 1890 major (Major) – 1 listopada 1902 podpułkownik (Oberstleutnant) – 1 listopada 1907 pułkownik (Oberst) – 1 września 1910 generał major (Generalmajor) – 1 listopada 1917 generał porucznik – 1920 generał broni – 22 września 1922 z dniem 1 stycznia 1923 Ordery i odznaczenia Order Orła Białego (1921) Krzyż Komandorski Orderu Virtuti Militari (1922) Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari (nr 60) Krzyż Niepodległości Krzyż Walecznych – czterokrotnie (po raz pierwszy 1921) Medal Niepodległości Komandor Legii Honorowej (Francja, zezwolenie Naczelnika Państwa w 1922) Krzyż Rycerski Orderu Leopolda z dekoracją wojenną i mieczami - 26 czerwca 1917 roku „w uznaniu dzielnego i skutecznego zachowania się przed nieprzyjacielem” Krzyż Zasługi Wojskowej (Austria) brązowy Signum Laudis Medal Zasługi Wojskowej na czerwonej wstędze Odznaka za Służbę Wojskową Krzyż Jubileuszowy Wojskowy (Austro-Węgry)
  12. Kiedyś były na ebay'u. A czy w tym temacie to nie wiem - może to nie są powtórki z rozrywki.
  13. Tą ciernistą drogę ale i możliwości i szanse kariery w armii austro-wegierskiej nie tylko dla przedstawicieli elit pokazuje życiorys generała Bijaka. Tak napisano o nim w jednym z artykułów historycznych: "Juliusz Bijak, skromny syn dozorcy więziennego doszedł w cesarstwie austro-węgierskim do szczytów hierarchii wojskowej. Nie dane mu było wprawdzie zapisać się złotymi zgłoskami w historii oręża, niemniej jednak staranną służbą dochrapał się akselbantów i cenionego - nie tylko zresztą w Austrii - tytułu ekscelencji. Dochrapał się, choć jego droga zawodowa nie była bynajmniej ani błyskotliwa, ani olśniewająca." I kilka fotografii dotyczących gen.Bijaka jeszcze jako pułkownika i dowódcy 57.PP w Tarnowie a także jego portret malowany przez Jacka Malczewskiego
  14. A co to za generał obok? Kiedy miała miejsce ta uroczystość?
  15. Oryginał tej fotografii jest opisany: "kraksa sierż.pil.Solskiego"
  16. Ciekawe stwierdzenie!!!!!!! A na ile prawdziwe? Oj Kolego Ottonie1, widać, że Twoja wiedza o armii austro-wegierskiej pochodzi z książki "Przygody dobrego wojaka Szwejka" i filmu "CK dezerterzy" więc nic dziwnego, że masz zastrzeżenia do stwierdzenia z artykułu o "jednej z najlepszych ówczesnych armii w Europie". Poczytaj sobie inne, powazniejsze opracowania to zmienisz zdanie. Ja tylko krótko (bo to nie ten temat): armia austro-wegierska nie przegrała wojny. Na poczatku jesieni 1918 roku wojska austro-wegierskie wraz z wojskami niemieckimi okupowały południową część Rosji (aktualnie Ukraina) łącznie z Odessą, sporą część Rumunii. Zajmowały spore terytoria w Serbii i Albanii. Po straszliwym laniu (ponad 40 tys.zabitych i rannych, 265 tys.wzietych do niewoli, 50 tys.dezerterow!) zgotowanym armii włoskiej pod Caporetto (X-XI.1917) wojska austro-wegierskie zajmowały Nizinę Wenecką stojąc tuż pod Wenecją, Tyrol, Dolomity - vide mapka. Austro-wegierski korpus ekspedycyjny wspomagał upadających Turków w Palestynie. Dlaczego więc wyszlo tak jak wyszło? W pewnym uproszczeniu i skrócie: Otóż 14 września 1918 roku ruszyła w Macedonii ofensywa Frontu Orientu. Siły bułgarskie zostały rozbite i 29 wrzesnia Bułgarzy podpisali układ o zawieszeniu broni. Upadek Bułgarii mial ten skutek, że odsłonięta została przed wojskami Ententy nie broniona południowa granica Węgier. W tej sytuacji, w dniu 17.października sejm węgierski postanowił o natychmiastowym wycofaniu oddziałów węgierskich z frontu włoskiego dla obrony kraju. A za Węgrami ruszyły do swoich krajów (własnie proklamujących niepodległość - to też była jedna z ważnych przyczyn) i inne nacje: Czesi, Polacy, Słoweńcy, Chorwaci, Niemcy Austriaccy. I tak armia rozpłynęła się - nie przegrała wojny ale zniknęła.
  17. Popieram. A nawet jak są fotografie generałów w polskich mundurach to ciekawie byłoby porównać ich w umundurowaniu wojsk państw zaborczych. Też można, byleby nie przekroczyć jakiej sensownej ilości zamieszczanych dodatkowych fotografii. "Kilka" - można by przyjąć np.5-6 sztuk.
  18. Znakomicie Kolego formoza58 że założyłeś ten temat - zapowiada się bardzo interesująco. Przypomina oprócz powszechnie znanych generałów także i tych, którzy tworzyli Wojsko Polskie na samym początku jego istnienia a ich nazwiska nie zachowały się w ogólnej pamięci. Ciekawie o tych generałach (choć tylko z armii austro-wegierskiej) pisze Andrzej Zaręba w swoim artykule, który choć przydługi jak na forum wart jest zacytowania: Requiem dla austro-węgierskich generałów na Rakowicach Andrzej Zaręba 31 października 1918 roku Kraków przeszedł w ręce polskie w sposób prawie bezbolesny, nieco siłą rozpędu, nieco przypadkiem. Nie było strzelaniny ulicznej, nie podpalono urzędów, zdrajcy nie zawiśli na latarniach ani też bataliony asystencyjne armii austro-węgierskiej nikogo nie posłały w trybie doraźnym do piachu. Władza została uchwycona w prosty i zarazem zmyślny sposób. Oto komendant garnizonu krakowskiego Begnini został internowany przez polskich żołnierzy pod wodzą porucznika Antoniego Stawarza w magistracie miejskim. Zamknięty na klucz za wielkimi furtami dębowych drzwi miotał się bezsilnie jak złapany do saka szczupak. Po ulicach tymczasem krążyli już mówiący po polsku żołnierze c. i k. armii. Ubrani w liche, zastępcze mundury wojska, któremu głód zaglądał od roku do menażek. Z godziny na godzinę zmieniało się w ich wyglądzie jedno - mosiężne, zabarwione na ochronny kolor bączki z literą K, oznaczającą cesarza Karola, zastępowały kupowane na ulicy orzełki i kotyliony w barwach narodowych. Rosły zyski ze sprzedaży narodowych symboli - prywatna inicjatywa jak zawsze wykorzystała swoje pięć minut. Ten bezbolesny przewrót można łatwiej zrozumieć, uświadamiając sobie, że w Krakowie nie tylko Begnini był austro-węgierskim generałem. Obok niego w mieście znajdowali się też Polacy w tej samej randze, generałowie c. i k. armii, jak Franciszek Aleksandrowicz (w niedalekiej przyszłości dowódca polskiej 4. dywizji piechoty), Eugeniusz Dąbrowiecki (będzie kierował organizacją żandarmerii w wojsku polskim), przyszły szef intendentury w okręgu krakowskim, a następnie u Józefa Hallera Ludwik Fuglewicz, Jakub Gąsiecki (przyszły inspektor piechoty w okręgu krakowskim), światowej sławy epidemiolog Henryk Wierusz-Kowalski (zostanie wkrótce najstarszym wiekiem generałem w armii polskiej), Józef hr. Lasocki, dowódca 2. pułku ułanów Schwarzenberga (w nieodległej przyszłości na czele polskiej brygady jazdy zdobędzie Lidę na Litwie), syn chłopa Antoni Madziara (obejmie w imieniu Wojska Polskiego komendę miasta Krakowa), Zygmunt Zieliński (dowódca 3. armii polskiej w wojnie polsko-bolszewickiej), Paweł Cyrus Sobolewski (wkrótce inspektor artylerii w Krakowie, a następnie w armii Hallera). Ta część armii austro-węgierskiej, która posługiwała się prywatnie językiem polskim, hurmem wstąpiła do tworzącej się polskiej armii. W Krakowie austriaccy oficerowie przeciągali na służbę Polsce całe zwarte jednostki, jak choćby 1. pułk ułanów Brudermanna, który stał się zaczątkiem polskiego 8. pułku ułanów im. księcia Poniatowskigo, 13. pułk piechoty Starhemberga młodszego ("krakowskich dzieci"), 16. pułk strzelców "Krakau", 2. pułk artylerii ciężkiej (dawny 2. pułk artylerii fortecznej armii austro-węgierskiej), 20. pułk piechoty, z którego rozwinęły się następnie jednostki podhalańskie i wiele innych. Zorganizować prawdziwe wojsko I może dlatego przejęcie władzy miało tak spokojny przebieg. A nie było powodu, żeby Kraków nie miał spłynąć krwią, jak to się stało w innych miejscach w rozpadającej się monarchii. W końcu komendant mógł zawczasu zarządzić pacyfikację i próbować ewakuować wojsko do Wiednia. Równi rangą komendantowi austriackiego garnizonu Krakowa już 1 listopada 1918 r. zgłaszali się masowo do Wojska Polskiego. Zrobili to, mimo że Austro-Węgry były jeszcze uznawanym międzynarodowo państwem, a Polska wciąż jedynie koncepcją polityczną. Decyzja o przejściu na służbę polską była rozmaicie oceniana - czyniono im nawet zarzuty o karierowiczostwo i koniunkturalizm. Ale ważniejsze jest co innego: ich obecność w młodej armii polskiej była, by tak rzec, darem niebios dla odradzającego się państwa. Ktoś bowiem musiał umieć cierpliwie, dzień po dniu zbudować skomplikowaną maszynerię wojskową. Nie tylko skrzyknąć miły dla niewieścich oczu szwadron kawalerii - także kancelarię, archiwum sztabowe, szkoły oficerskie, komendy placu, kolumny taborowe, oddziały naprawcze, magazyny żywności i furażu i temu podobne instytucje. Zorganizować prawdziwe wojsko. I w dodatku nie gorsze od innych, żeby obce armie nie zdusiły niepodległości kraju w zarodku. Godzina jest krótsza niż się sądzi W kiełkującej do życia Polsce oficerowie sztabu generalnego pochodzenia austriackiego byli reprezentowani w liczbie 70, generałów przyjęto ponad 30! Wnieśli obok wiedzy i profesjonalnej rutyny także nabyte przez lata służby zwyczaje. Ich cesarska armia posiadała szczególnie bogate tradycje - niektóre regimenty, jak choćby dragonów, mogły pochwalić się nieprzerwaną ciągłością od XVII wieku... Toteż generałowie o austriackiej proweniencji wyróżniali się wieloma cechami charakterystycznymi. Były to dziwne postaci - wyprostowani, żylaści, z bagnetami na luźnych pasach, sztylpami opinającymi łydki, wyraźnie odróżniali się od reszty, szczególnie od rosyjskich Polaków, z którymi jeszcze tak niedawno toczyli z urzędu wojnę w imieniu obcej dynastii. Ich pedanteria nie miała sobie równych. Polerowanie, czyszczenie, usprawnianie i porządkowanie było drugą, a może już wtedy nawet pierwszą naturą. Jeden z najsławniejszych w międzywojennej Polsce generałów - Jan Romer - uważał, że godzina jest w rzeczywistości krótsza, niż się sądzi. Ustalił, że jego godzina liczyła jedynie 59 minut, zaś dla podwładnych była o minutę krótsza. Dawało to wygodny zapas aż 120 sekund. Romer z poruczenia Naczelnika Piłsudskiego stanął na czele komisji mającej pozyskać dla kraju materiał wojenny u aliantów. Granice były wtedy płynne, wrogowie wszechobecni, a Wojsko Polskie bez butów. Dzięki pedanterii generała, jego doświadczeniu w kontaktach z ludźmi i fachowości Polska w krytycznym momencie istnienia przejęła z Zachodu rozpaczliwie potrzebne w kraju mundury, wyposażenie, broń, paszę dla koni i sprzęt wojenny. Precyzyjnie zaostrzone, poukładane w szeregu niczym tyraliera gotowa do ataku, leżały na stole generała Stanisława Szeptyckiego kolorowe ołówki. Może to wydawać się śmieszne, ale do dzisiaj plany i schematy bitew i marszów wojennych sporządzane przez sztabowców austriackich wyróżniają się jasnością, prostotą i wielką czytelnością. Wrzask był skuteczny W trakcie przebytych kursów oficerowie nabywali też umiejętność pięknego pisania i kaligrafii. Generał Stanisław Haller zadziwiał swym wykwintnym pismem kolegów wojskowych. Był poza tym człowiekiem wielkiej uczciwości i ofiarności, znosząc przez czas długi urzędowanie w podupadłym biurze, gdzie ściany zdobiły jeszcze portrety pruskich generałów. Uważał, że rzeczą ważniejszą od jego biura jest remont gmachu sztabu generalnego. Austriackie wojsko wyróżniała niezwykle ostra dyscyplina. Dzięki niej wielonarodowa armia austro-węgierska okazała się w najwyższym stopniu odporna na nieszczęścia wojenne. Podobną spoistość prezentowała chyba jedynie armia brytyjska. Tą zwartość uzyskano w obu za pomocą drakońskiej dyscypliny i metod wychowawczych, które w dzisiejszych czasach są trudne do zaakceptowania (choć stosują je nadal z powodzeniem Brytyjczycy). Generałowie, którzy zostali do niej wdrożeni, przenieśli ją do polskiej armii. W stosunkach służbowych na pewno nie byli ludźmi przyjemnymi dla otoczenia. Choć austriaccy oficerowie mieli unikalny w Europie przywilej zwracania się do siebie wzajem na "ty", oficjalna bariera, jaką stwarzano pomiędzy rangami w armii cesarskiej, była ogromna. Wrzeszcząc na podwładnego po imieniu wymuszano pożądane zachowania. Jeśli się jednak bliżej temu zwyczajowi przyjrzeć, było to zachowanie na poły teatralne, taka behawiorystyczna metoda szkoleniowa. Generał Józef Rybak, znany w międzywojennej armii z gniewnych i nieprzyjemnych inspekcji, w rzeczywistości swój gniew udawał. Chodziło o to, aby na zasadzie kontrastu w czasie następnej wizyty zwiększyć efekt udzielonej pochwały. Była to swoista dwubiegunowość - od upadku na samo dno oceny po wywyższenie pochwałą za błyskawiczne postępy. Gdzie legioniście do austro-oficera Legioniści polscy, którzy poszli na wojnę w szeregach tworzonego ad hoc ochotniczego wojska, nie znali zwyczajów panujących w armii cesarskiej. Polacy, a szczególnie twórcza inteligencja, żyli z dala od wojska i jego problemów. Był to dla nich świat średniowiecznych stosunków, patriarchalnej zależności i brutalnej dyscypliny. Z jednej strony oficer mógł w każdym momencie służby poprosić o audiencję u cesarza, z drugiej nierzadkie były przypadki samobójstw spowodowanych pominięciem przy awansie czy z powodu biedy. W tym świecie rządził bezwzględnie egzekwowany rozkaz, dotkliwe kary za przewinienia i wrzaski. Kontakty frontowe inteligencji i paramilitarnych organizacji młodzieżowych z austriackimi sztabowcami wywołały szok. Generałowie traktowali legionistów jak gorszą część armii. Źle uzbrojoną, wyszkoloną na łące w niedzielne popołudnie i pozbawioną wojskowych przymiotów. Legioniści zaś od pierwszego dnia wojny narzekali na tępą austriacką soldateskę, ograniczonych oficerów sztabowych przystrojonych w sztuczne mózgi (szarego koloru kepi wyróżniające sztabowców), brutalność i pogardliwy stosunek do podwładnych. Zdziwienie wzbudzali szczególnie generałowie - Polacy. Okazało się, że zachowują niezrozumiałą lojalność w stosunku do tronu habsburskiego, że nie są skłonni w czasie operacji frontowych podzielać poglądów i demokratycznych nadziei Legionów, szczególnie I Brygady. Że brzydzą się polityką. Jedni i drudzy, choć mówili do siebie tym samym językiem, byli niczym dwa odpychające się bieguny. Ktoś, kto przeszedł wszystkie szczeble kariery wojskowej w jednej z najlepszych ówczesnych armii w Europie, mógł czuć się dziwnie w towarzystwie zawadiackiego kresowego szlagona, jakim jawił się Józef Piłsudski podniesiony za sprawą czysto politycznej decyzji do rangi brygadiera. Franciszek Latinik, dowódca pułku cieszyńskiego, a następnie brygady piechoty, wręcz irytował się na myśl o legionistach. W jego przekonaniu było to niedoszkolone, rozpolitykowane pseudowojsko. Bezgranicznie zaś wierzył w przymioty swoich podwładnych - Polaków z zachodniej części Beskidów i Śląska. Ufał tylko starej, sprawnej jak dobrze naoliwiona maszyna, organizacji wojskowej. Dla pocieszenia legionistom dodać trzeba, że Latinik jeszcze gorsze miał zdanie o austro-węgierskiej kawalerii. Możliwe, że z powodu ukrytej zazdrości - sam był oficerem piechoty. Na przykład Gosławski Oficerowie austro-węgierscy w zgodnej opinii obserwatorów z okresu I wojny zasługiwali na miano elity wojskowej Europy. Niejednokrotnie byli poliglotami. Mieli za sobą rozmaite studia i trudne kursy szkoleniowe. Polskiego pochodzenia oficer cesarskiej armii siłą rzeczy nabierał przekonania o własnej wyjątkowości. Na wyższy stopień i dostęp do sztabowego stolika oficerowie - Polacy czekali długo, nieraz ponad 18 lat. Prowadziła tam ciernista droga, która dla wielu rozpoczynała się od opuszczenia rodzinnego domu, wtłoczenia do głowy nielubianego języka niemieckiego, przymusowej emigracji do szkoły z internatem, gdzie prym wiedli głównie Niemcy austriaccy, Węgrzy i zniemczeni Czesi. Przykładem takiej drogi jest kariera wojskowa syna celnika Marcelego Gosławskiego z Brodów. Do wojska poszedł, mając siedemnaście lat. Mając wyraźną predylekcję do broni palnej, Gosławski trafił do 30. batalionu jegrów, potem zaś widzimy go na rozmaitych stanowiskach związanych z opieką nad bronią strzelecką. Niebawem młody oficer został komendantem strzelnicy batalionu i zbrojmistrzem jednostki. Był rok 1907, kiedy przeniósł się do Wadowic, aby służyć w 56. pułku piechoty. Pułk był bardzo "polski", jego żołnierze pochodzili głównie z okolic Beskidów, Śląska Żywieckiego, także z nizin północnej części Galicji. W końcu już jako pułkownik, choć zaledwie na czele samodzielnego batalionu piechoty, wyruszył 1 sierpnia 1914 roku na wojnę. Teraz czekała go próba ognia. 3 sierpnia 1914 roku batalion dowodzony przez Gosławskiego wszedł do bitwy. Trzeba tu przypomnieć, w jakim stylu walczyli w tym czasie austro-węgierscy dowódcy. Mimo że zewsząd padały artyleryjskie pociski, a teren zasypywany był gradem kul z broni ręcznej, absolwenci akademii wojskowych cesarstwa nie kryli się jak zające w krzakach. W dobrym tonie było wykonanie natarcia jak pod Wagram i Aspern prawie sto lat wcześniej. Obwieszony symbolami honoru i przywileju - porteepe i szablą, oficer prowadził karne tyraliery nierzadko dosiadając jeszcze wierzchowca. Stanowił wyśmienity cel dla rosyjskich strzelców, ale czasem udawało się przeżyć taką chwalebną szarżę na bagnety. Bitwa rozstrzygała o przyszłych przywilejach. Wielkiego zaszczytu dostąpił Gosławski - tytuł szlachecki von Księżomierz (przyznany w 1916 roku) od miejscowości, gdzie jego batalion stoczył bitwę. Gosławski przy swojej brawurze miał szczęście w nieszczęściu - zapewne kolejnej bitwy by nie przeżył. Jednak okazało się, że był chory na serce i po długiej rekonwalescencji trafił do służby na tyłach, inspekcjonując produkcję zbrojeniową. W Polsce został inspektorem sił zbrojnych okręgu krakowskiego. Dziś śpią na Rakowicach Po tych "cesarskich dzieciach", które do służby Rzeczypospolitej powiódł nagły poryw serca ukrytego w pancerzu rutyny i urzędowej oschłości, znikają ślady ludzkiej pamięci. W polskim wojsku byli przeważnie krótko. Zwalniani najczęściej ze służby z powodu podeszłego wieku i wyczerpania w 1921 roku. Ale padali także ofiarami politycznych intryg. Bywali ofiarami ówczesnych "teczkowych afer". Jeden po drugim, skromnie i karnie, znikali z oczu opinii publicznej. Bohaterowie tej krótkiej opowieści, poza kilkoma, śpią dziś pogodzeni ze światem i ze sobą na rakowickim cmentarzu. Obok podwładnych, którzy oddawali życie wpierw za "Najjaśniejszego Pana" a potem za "Wolną i Niepodległą". Ci sami żołnierze, ci sami dowódcy.
  19. Kiepska ta powtórka. odgrzewany kotlet nie smakuje!
  20. Niech tam będzie......pomogę. Nie na literę B ale tuż obok, na C: generał brygady Feliks Mikołaj Stanisław Cyrus-Sobolewski ur. 22.05.1855, zm.16.05.1925 Mimo przyznania mu stopnia generała brygady WP w czynnej służbie nie był.
  21. ale fotograf nie ma rogatywki tylko furażerkę wiec o co chodzi?
×
×
  • Create New...

Important Information