Jump to content

Archived

This topic is now archived and is closed to further replies.

acer

Nowa książka Grossa

Recommended Posts

W Polsce rząd kolaboracyjny ?

W kraju gdzie istniało tak zorganizowane podziemie ?

Powiedziałbym, że gdyby tak się stało, ministrowie" takiego rządu ekspresowo dostaliby wyroki śmierci od podziemia, które równie szybko by wykonano.

Tu nawet Wyższy Dowódca SS i Policji nie mógł czuć się bezpiecznie....

Znany kolaborant z Podhala skończył w 1945 z wyroku podziemia powieszony na suchej gałęzi świerkowej i to z gołą dopą - przykład wyjątkowo dający do myślenia

Share this post


Link to post
Share on other sites
Poza tym największe świństwa i draństwa na Zachodzie wyszły dopiero nie tak dawno - przełość ministra Papona czy Mitteranda

A prawdziwy kwiatek" to to jest (:

Edwin Black, autor książki IBM i Holocaust, który kilka lat poświęcił na badania działalności firmy Dehomag, stwierdził, że "Holocaust dokonałby się z firmą IBM albo bez niej, ale Holocaust, jaki znamy, zagłada ludzi na wielką skalę, to Holocaust technologii IBM. To ona umożliwiła nazistom osiągnięcie wielkiego wymiaru, szybkości i skuteczności... Nie ulega wątpliwości, że do maja 1939 r. zarejestrowano, zbadano, ponumerowano i odpowiednio zaklasyfikowano niemal każdego praktykującego Żyda[3].

W początkowym okresie II wojny światowej władze współpracowały też bezpośrednio z amerykańską centralą IBM. Oddział IBM w Nowym Jorku opracował specjalny program do zarządzania ruchem kolejowym w Generalnej Gubernii, który został wykorzystany podczas Holocaustu. Niemieckie Ministerstwo Transportu używało maszyn IBM, nad którymi pieczę sprawował warszawski oddział firmy, nadzorowany przez Nowy Jork. Niemiecki menadżer firmy Dehomag Hermann Rottke składał regularne raporty z pracy oddziału prezesowi IBM Thomasowi J. Watsonowi. W owym okresie ministerstwo to zajmowało się m.in. organizacją transportów więźniów politycznych do obozów koncentracyjnych. Ścisła współpraca pomiędzy III Rzeszą a IBM trwała do momentu przystąpienia USA do wojny w 1941."


http://pl.wikipedia.org/wiki/Dehomag

Share this post


Link to post
Share on other sites
Przychodzili chłopi i kopali, szukali skarbów, kosztowności po Żydach - mówi Samuel Willenberg, uciekinier z obozu w Treblince, komentując dyskusję wobec najnowszej książki Jana Tomasza Grossa łote żniwa". Wraz ze swoją żoną Adą mówią jednak, że ronią Polaków przez nieuzasadnionymi oskarżeniami o antysemityzm".


Najnowsza książka Jana T. Grossa - łote żniwa" - ma ukazać się w marcu nakładem wydawnictwa Znak. Zawarte w niej tezy i przytaczane historie, m.in. o masowym rabowaniu przez miejscową ludność terenów obozu w Treblince, wzbudziły już w Polsce gorącą dyskusję.

Chłopi szukali kosztowności po Żydach"

- To, o czym pisze Gross jest prawdą. Przychodzili chłopi i kopali. Szukali skarbów, kosztowności po Żydach - mówi w wywiadzie udzielonym PAP Samuel Willenberg, uciekinier z Treblinki.

- Tego nie można podważyć. Jest przecież zdjęcie, które przedstawia grupę Polaków zatrzymanych przy przekopywaniu miejsc, w których byli pochowani Żydzi zamordowani przez hitlerowców. To zdjęcie jest prawdziwe. Dlaczego Treblinka została cała zabetonowana? Bo okoliczni chłopi chodzili tam i latami szukali złota, szlachetnych kamieni - dodaje jego żona Ada.

Willenberg wspomina, że w czasie funkcjonowania obozu więźniowie dawali ukraińskim strażnikom złoto i kosztowności, a pod obóz przychodzili do nich chłopi z wódką" i prostytutki, którym płacono złotem.

Polacy pomogli Samuelowi i Adzie Willenberg

- Muszę panu powiedzieć, że nie jestem zachwycony tym, co pisze Gross - mówi jednak Willenberg - Ale nie chcę mówić o nim. Ja mogę mówić o tym, co sam przeżyłem - dodaje i przytacza własną historię, opisaną w książce Bunt w Treblince".

Willenberg podczas ucieczki z obozu został ranny. Z kulą w nodze udało mu się dobrnąć do Wólki Nadbużnej, gdzie pomogli mu miejscowi. - Mieli ukrytą łódkę, bo trudnili się przerzucaniem ludzi przez rzekę - mówi. Wspomina też jak w sklepie spożywczym został poratowany przez dziewczynkę, która dała mu 20 zł i 15 papierosów.

Byli tacy i tacy. Gross pisze tylko o jednych"

Także żona Willenberga ocalała z Holokaustu dzięki pomocy Polaków - Pani Helena Majewska, która mnie uratowała i wyciągnęła z getta kilkanaścioro dzieci, ma swoje drzewko w Yad Vashem. Posadzono je dla niej, Sprawiedliwej Wśród Narodów Świata, podobnie jak dla wielu innych Polaków, którzy podczas okupacji ratowali Żydów. A Gross pisze tylko o jednych - zaznacza Ada Willenberg.

Przypomina jednak, że wielu Polaków wydawało ukrywających się Żydów. - Pani Majewska, która narażała życie żeby mnie ratować, prosiła mnie, żebym z nikim nie rozmawiała. Nawet najbliżsi sąsiedzi nie mogli nic o mnie wiedzieć. Tak, że byli tacy i tacy - stwierdza.

Ada Willenberg otwarcie przyznaje, że gdyby miała narażać swoje życie i rodzinę dla obcej osoby, to chyba by się nie odważyła". - Z drugiej strony jestem pewna, że nie wydawałabym nikogo. (...) Nie można mieć żalu o to, że ludzie bali się ukrywać Żydów, bo groziła za to kara śmierci, ale że wydawali ich, a to już jest inna sprawa - uważa.

Świat nie jest czarno-biały

Zdaniem Willenberga Gross nie jest w swoich książkach obiektywny. - Książki nie mogą być jednostronne. Znajduje się coś nieprzyjemnego i tylko o tym się pisze - mówi. Przypomina też, że sam w swojej książce Bunt w Treblince" nie opisał tego, czego nie mógł udowodnić. - Historia powinna być prawdziwa. Nie można wyciągać tylko jednych faktów. Nie można pisać tylko w kolorze czarnym, albo białym. Nie ma tylko białego albo czarnego. Połączenie czarnego z białym daje szare i takie jest życie - uważa.

Wiele kontrowersji wzbudza podważanie przez Grossa powszechnie przyjętego twierdzenia, że za ratowanie Żydów groziła Polakom kara śmierci. - On chyba zapomniał o historyku Emanuelu Ringelblumie. Jak go Niemcy znaleźli, to cała rodzina, która go ukrywała, (na śmierć - przyp.red.) poszła. Wcześniej ich męczyli. A takich przypadków było więcej - komentuje to Willenberg.

Willenbergowie są pro-polscy"

- My jesteśmy pro-polscy. Bronimy Polaków przed nieuzasadnionymi oskarżeniami o antysemityzm, bo cały świat jest antysemicki, nikt nie lubi Żydów. Niestety tak jest - mówi Ada Willenberg - Ale co mamy powiedzieć, jak słyszymy, że po wojnie Polacy mordowali Żydów, którzy przeżyli i chcieli wrócić do swoich domów, że zabijali po to, by nie oddać im mieszkania. To jest okropne. I na to niestety nie ma jak odpowiedzieć. Ale nie można udawać, że tego nie było. Trzeba o tym także mówić - kończy.

Samuel Willenberg - więzień hitlerowskiego obozu zagłady w Treblince. Uczestnik buntu więźniów, uciekinier. Żołnierz Armii Krajowej i Polskiej Armii Ludowej w powstaniu warszawskim. Artysta rzeźbiarz. Mieszka w Izraelu. Odznaczony orderem Virtuti Militari. Autor książki Bunt w Treblince".
Samuel Willenberg pochodzi z Częstochowy (jego ojciec Perec był przed wojną uznanym malarzem i nauczycielem plastyki). Podczas wojny trafił do obozu w Treblince, skąd uciekł. Walczył w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie wyjechał do Izraela. Jest autorem wielu rzeźb poświęconych Holocaustowi. W 2003 roku miał wystawę w warszawskiej Zachęcie. Został uhonorowany Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Wziął udział w tegorocznych obchodach 65. rocznicy wybuchu powstania



Ada Lubelczyk Willenberg - żona Samuela Willenberga. Była w warszawskim getcie, uratowana przez Helenę Majewską. Po powstaniu warszawskim wywieziona przez Niemców jako Polka na roboty przymusowe. Mieszka w Izraelu. Autorka książki Skok do życia".


http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,8918936,Uciekinier_z_Treblinki__Gross_pisze_prawde__ale_ksiazki.html


Post został zmieniony ostatnio przez moderatora Czlowieksniegu 11:44 08-01-2011

Share this post


Link to post
Share on other sites
za wiki:
Klub Poszukiwaczy Sprzeczności – nieformalny klub dyskusyjny członków warszawskiej organizacji Związku Młodzieży Socjalistycznej, założony w 1962 r. przez Adama Michnika, związany z Klubem Krzywego Koła.

Pierwsze spotkania odbywały się w salach wydziału filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, jednak zbyt duża liczba osób zainteresowanych uczestnictwa w klubie, sprawiła że przeniósł się on do Staromiejskiego Domu Kultury (wcześniej nieformalna siedziba Klubu Krzywego Koła). Klub skupiał w dużej mierze uczniów pochodzących z rodzin wysoko postawionych działaczy partyjnych i państwowych. Pewna część bywalców znała się jeszcze wcześniej z okresu, kiedy należeli do kręgu drużyn walterowskich, któremu patronował Jacek Kuroń.

Nazwę wymyślił Stanisław Manturzewski. Do KPS należeli m.in. Jan Lityński, Jan Gross, Jan Kofman, Andrzej Titkow, Marek Borowski. W spotkaniach brali udział m.in. Zygmunt Bauman, Włodzimierz Brus, Bronisław Baczko, Janusz Kuczyński, Witold Dąbrowski, Karol Modzelewski, Janusz Zabłocki, ks. Bronisław Dembowski.

Poglądy reprezentowane w klubie są określane jako jednoznacznie lewicowe, dalekie od doktrynerstwa"[1].

W 1963 roku podczas XIII Plenum KC PZPR Klub został skrytykowany przez Gomułkę, a następnie rozwiązany przez władze.
.
Widać nie rozwiązano nadal działa...ale z poszukiwania przebranżowił się na tworzenia sprzeczności...

Share this post


Link to post
Share on other sites
apomniany holocaust - Polacy pod okupacją niemiecką 1939-1944"
Autor: Richard C.Lukas. Czemu to trudno kupić w Polsce? Jakby ktoś miał namiar to proszę podać...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jak Henryka Krzywonos zrobiła szopkę to zrobiono z niej na siłę superhipermega bohaterkę, na facebooku powstała grupa do której zapisywały się tysiącami lemingi aż się kurzyło, żeby tylko wpisać jaka jest cudowna, bo pojechała Kaczorowi. Teraz jak jakiś pisarzyna pisze trzeci z kolei paszkwil na Polaków (zamierzenie z dużej) to do powstałej grupy bojkotującej tegoż paszkwilanta i wydawnictwo, które ów paszkwil chce nam wydać zapisało się do tej pory raptem ~1400 osób. W związku z tym zachęcam posiadaczy konta na fb do dołączenia, bo na lemingi nie można liczyć wtedy, gdy sprawa jest naprawdę poważna.

http://www.facebook.com/pages/Bojkot-Grossa-i-wydawnictwa-ZNAK/188761864467792?ref=ts&v=wall

Share this post


Link to post
Share on other sites
Następny :

http://www.tvn24.pl/-1,1689146,0,1,szerokie-rzesze-polakow-rabowaly-zydow,wiadomosc.html

Share this post


Link to post
Share on other sites
Dla mnie wiarygodność Grossa jest równa zeru.
http://www.naszawitryna.pl/jedwabne_158.html

Share this post


Link to post
Share on other sites
Chłopi mordowali Żydów z chciwości


Muszę się z Grossem zgodzić. Społeczeństwo polskie jest w pewien sposób współodpowiedzialne za to, co się stało na tej ziemi. To nie my zdecydowaliśmy, żeby wymordować Żydów, ale do wielu mordów się przyczyniliśmy – mówi historyk Piotrowi Zychowiczowi


JAN Tomasz Gross w „Złotych żniwach” napisał, że Polacy mogli wymordować nawet 200 tysięcy Żydów. Przeholował?

Alina Skibińska: Rzeczywiście, na obecnym etapie badań trudno byłoby obronić taką liczbę. Dopiero kilka lat temu z kolegami z Centrum Badań nad Zagładą Żydów zaczęliśmy analizować akta tak zwanych sierpniówek, czyli procesów wytaczanych po wojnie między innymi za przestępstwa popełnione wobec Żydów. Materiał ten jest jednak tak ogromny, że wymaga kolejnych kilku lat badań, zanim będziemy mogli podać jakąś konkretną cyfrę.

Czyli Gross te 200 tysięcy sobie wymyślił?

Nie. To jest oparte na pewnej kalkulacji. Szacuje się bowiem, że około 10 procent polskich Żydów znajdujących się pod okupacją niemiecką uciekło przed niemieckimi deportacjami. Albo zbiegło z gett podczas pacyfikacji, albo już z samych transportów do obozów. Daje to więc co najmniej 250 tysięcy osób. Spośród tych 250 tysięcy po wojnie w Centralnym Komitecie Żydów w Polsce zarejestrowało się nie więcej niż 60 tysięcy.

Co się stało ze 190 tysiącami?

Zginęli.

Ale czy rzeczywiście zostali zamordowani przez Polaków?



Nie. Wielu zostało wyłapanych w pierwszych dniach czy nawet godzinach po ucieczce przez niemieckie obławy. Ci ludzie byli zupełnie nieprzygotowani do ucieczki, nie mieli kryjówek, zapasów, często po prostu błąkali się po okolicy. Skupieni w większych grupach byli łatwym celem dla Niemców. Dłużej przeżyli tylko ci, którzy w pierwszych dniach zdołali uciec gdzieś dalej od miejsca pacyfikacji lub ukryli się u polskich sąsiadów. To oni właśnie mogli później zginąć z rąk Polaków lub na skutek polskich denuncjacji.

Ile według pani mogło być takich przypadków?

Kilkadziesiąt tysięcy. I raczej więcej niż mniej – na pewno nie 20 tysięcy. Zresztą nawet gdy za kilka lat zakończymy analizę dokumentów, i tak nie ustalimy dokładnej liczby Żydów zabitych przez Polaków. Będzie to tylko granica minimum. Bo przecież nie po wszystkich morderstwach pozostał ślad archiwalny. Zabójstwa mogły się bowiem zdarzać w odludnych miejscach. Sprawca lub sprawcy zakopywali ciało i tajemnicę zabierali do grobu. W takich przypadkach historycy są bezradni.

W jakich latach miały miejsce te zabójstwa?

Zaczęło się w 1942 roku, gdy Niemcy zaczęli wprowadzać w życie „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. W lasach i wsiach pojawili się żydowscy uciekinierzy. Trwało to do 1945 roku. Apogeum mordów miało miejsce w roku 1943, czyli gdy Żydzi już kilkanaście miesięcy ukrywali się u Polaków. W wielu przypadkach ludzie, którzy najpierw decydowali się na pomoc Żydom, po upływie pewnego czasu od tej pomocy odstępowali. Na ogół wyrzucali Żydów z kryjówek, a w drastycznych przypadkach nawet ich zabijali.

Pomiędzy byciem Sprawiedliwym a oprawcą była cienka granica?

Ludzka psychika ma granice wytrzymałości. Ludzie brali do siebie Żydów, myśląc, że to wszystko długo nie potrwa, ale wraz z przedłużającą się wojną – a co za tym idzie, stresem związanym z możliwością denuncjacji i strachem przed niemieckimi represjami – zaczynali tego żałować. Poza tym Żydom kończyły się fundusze, stawali się coraz większym ciężarem. Najskuteczniejsza była pomoc z pobudek humanitarnych. Te pobudki bowiem na ogół się nie wyczerpywały. Tacy ludzie pomagali Żydom bezinteresownie. Ci, którzy liczyli, że przyjmując do domu Żyda, zarobią, po jakimś czasie rezygnowali.

Przebadała pani akta z powojennych procesów z terenu Kielecczyzny. Ile tam było takich spraw?

W trzech kieleckich sądach toczyło się ponad 450 spraw dotyczących mordów i denuncjacji Żydów. Zdecydowana większość, bo 70 procent, dotyczyła wydarzeń na wsi. Chodziło nawet o kilka tysięcy zamordowanych, bo często jednorazowo zabijano całe grupy ludzi. Choćby sprawa zbrodni dokonanej przez braci Siudaków z gminy Tuczępy. Jeden z nich wziął do swojej piwnicznej komórki czteroosobową rodzinę żydowską...

Od razu wiedział, że ich zamorduje?

Prawdopodobnie tak, bo do zbrodni doszło po kilku dniach. Namówił do współudziału brata, który był w partyzantce i miał broń. Jeden z nich zaczął strzelać przez drzwi komórki. Żydów nie udało się w ten sposób zabić, ale zostali ciężko poranieni. Wtedy drugi z braci wszedł do środka i dokończył dzieła siekierą. Zarąbał całą czwórkę, w tym dwoje dzieci. Ciała zostały ograbione, a bracia zasypali komórkę ziemią. Żyli potem z tymi trupami pod jednym dachem, a sąsiedzi widzieli, że rodzina Siudaków chodzi w ubraniach zabitych. Ich dzieci nosiły ubranka dzieci żydowskich.

Kim byli sprawcy mordów? Degeneraci, złodzieje, alkoholicy?

Księża parafialni zachowywali się wobec zabijania i tropienia Żydów biernie
Niestety nie. Zdarzali się ludzie z marginesu, ale na ogół byli to tak zwani zwykli, porządni obywatele. Podzieliłam polskich sprawców – dotyczy to zbrodni popełnionych na prowincji – na cztery kategorie. Pierwsza to tzw. funkcyjni: sołtysi, wójtowie, gajowi, strażacy, leśniczy. Druga to zwykli chłopi. Trzecia kategoria: granatowi policjanci. I wreszcie czwarta: partyzanci wszelkich formacji, Batalionów Chłopskich, Narodowych Sił Zbrojnych, Armii Krajowej, a nawet członkowie partyzantki komunistycznej.

Zacznijmy od kategorii pierwszej...

Zdarzało się, że na przykład sołtys – na polecenie niemieckiej żandarmerii lub z własnej inicjatywy – organizował obławy na uciekinierów w lasach. Najpierw we wsi było zebranie, na które musieli przyjść wyznaczeni do tego zadania chłopi. Jeżeli się nie zgadzali, co było częste, to sołtys szantażował ich, że doniesie na nich Niemcom. Potem uzbrojeni w kije czy widły mężczyźni tropili Żydów. Schwytanych odprowadzano na najbliższy niemiecki posterunek. Zdarzały się również przypadki, że chłopi przetrzymywali nocą złapanych w areszcie gminnym i – bywało, że pod wpływem alkoholu – sami ich mordowali. To jednak, w przeciwieństwie do przekazywania Żydów Niemcom, nie odbywało się już publicznie, w obliczu całej wsi. To były mordy skrytobójcze.

Brały w tym wszystkim udział kobiety?

W samym mordach nie. To była męska sprawa. Natomiast w donosicielstwie, denuncjacjach – jak najbardziej.

Wspomniała pani o partyzantach. Rozumiem, że zabijanie Żydów było oddolną inicjatywą zdegenerowanych mężczyzn z bronią, a nie wypełnianiem rozkazu dowódców.

Z akt procesowych można było tak wywnioskować. Na sali sądowej ci ludzie często jednak oskarżali swoich przełożonych o wydanie takich rozkazów. Dowódcy zawsze temu zaprzeczali i twierdzili, że to była inicjatywa żołnierzy. Scenariusz takich mordów był podobny. Żydzi – na ogół krawcy czy szewcy – prosili partyzantów, żeby przyjęli ich do oddziału. Gotowi byli pełnić funkcje pomocnicze: szyć, gotować. Partyzanci jednak mordowali ich i ograbiali.

Ale czy w takich przypadkach nie powinniśmy być ostrożni wobec akt powojennych procesów? Może komuniści wrabiali tych ludzi, usiłowali udowodnić, że żołnierze podziemia byli „faszystami”?

To podstawowe pytanie, jakie sobie stawiamy, gdy analizujemy każdy przypadek, każde akta procesowe. Łatwo to zweryfikować przy uważnej lekturze. W zdecydowanej większości przypadków o wrabianiu nie ma mowy. Gdyby rzeczywiście chodziło o rozprawienie się z podziemiem niepodległościowym, to wyroki byłyby surowe. A tych ludzi skazywano na niskie kary. Góra kilka lat, wielu uniewinniano. Sędziowie nie chcieli, by stała się im krzywda. Licznym procesom towarzyszyły zresztą ekshumacje. Miejsca zakopania ciał wskazywali sami oskarżeni.

Czyli wojenne zwyrodnienie nie ominęło nawet podziemia.

Niestety. Co ciekawe, często pojawiały się argumenty, że Żydzi zostali zamordowani jako „niemieccy konfidenci” lub zwykli bandyci.

Chodzi o tak zwane leśne grupy przetrwania, które napadały na polskie wsie?

Ale przecież te grupy musiały się jakoś zaopatrywać! Chłopi byli dla nich jedyną szansą. Niektórzy noce spędzali w lesie, a w dzień pracowali dla Polaków. Wykonywali rzemieślnicze zawody w zamian za żywność. Niektórzy żebrali lub handlowali. Inni, czego nie kwestionuję, rzeczywiście zdobywali zaopatrzenie siłą. Byli to jednak ludzie przyparci do muru. W sytuacji bez wyjścia. Skazani na śmierć, poza prawem. Członkowie polskiego podziemia powinni brać tę okoliczność pod uwagę.

A policja granatowa?

Wśród funkcjonariuszy tej służby niestety także znaleźli się oprawcy. I to niekoniecznie działający na polecenie Niemców. Sołtys czy wójt, gdy otrzymywał donos, że na jego terenie ukrywa się Żyd, mógł wezwać granatowego policjanta albo niemieckiego żandarma. Często wybierał to pierwsze. Wówczas załatwiano sprawę we własnym gronie. Taki policjant przybywał na miejsce i sam, gdzieś na uboczu, dokonywał egzekucji. Po śmierci ofiary rozbierano. Ubrania i buty dawano jako zapłatę osobom, które zakopywały ciała. O takich sprawach nie informowano Niemców i Polakom, którzy ukrywali Żydów, nic się nie działo.

Ale to jeszcze nie dowód, że ukrywanie Żydów było bezpieczne. Przyjmując Żyda, Polak nie mógł przewidzieć, czy wójt wezwie policjanta czy żandarma.

Zgoda, ale ludzie ukrywający Żydów tak naprawdę bali się nie tyle Niemców, ile swoich sąsiadów. Żandarmeria przybywała do wsi, tylko gdy otrzymywała donos. Niemcy przyjeżdżali z odległego miasteczka na pół godziny, godzinę. Wyciągali ukrywających się Żydów, dokonywali krótkiego przesłuchania, potem egzekucji i wracali na posterunek. Nie byłoby tego, gdyby nie denuncjacja Polaka.

Ale nie byłoby tej denuncjacji, gdyby nie niemiecki plan wymordowania Żydów i wprowadzone przez Niemców okupacyjne przepisy!

Oczywiście, Polacy nie zaczęli nagle rabować Żydów, bo coś im odbiło. Przed wojną tego nie robiono, mało tego, nie robiono tego nawet przed rokiem 1942. To niemiecka polityka okupacyjna doprowadziła do takiej sytuacji. Zagłada działa się przecież na oczach polskich chłopów. Widzieli pacyfikacje, mordy, obławy, często kazano im dostarczać podwody, które były niezbędne do deportacji. Otrzymali jasny sygnał: Żydów można bezkarnie mordować.

Ale dlaczego to robili?

Są dwa główne motywy. Po pierwsze, strach – przed Niemcami oraz ten wtórny, wynikający z zarządzeń okupacyjnych – przed sąsiadami. Po drugie, i to chyba klucz do zrozumienia tego strasznego zjawiska – mordercami kierowała chciwość. Zabicie czy zadenuncjowanie Żyda było po prostu sposobem na szybkie wzbogacenie się, poprawienie sytuacji materialnej. Udział w obławach, wyłapywanie Żydów były przez Niemców wynagradzane. Niewielkie kwoty pieniędzy, alkohol, cukier, papierosy. Liczono jednak przede wszystkim na przejęcie tego, co Żydzi mieli przy sobie. Gotówkę czy biżuterię. Nawet ubrania czy buty stanowiły wówczas cenną zdobycz.

Po kryzysie lat 30. bieda na wsi aż piszczała.

Tak, to byli biedni, niewykształceni ludzie. Proszę nie zapominać, że pewien procent Żydów mieszkał na wsi. Wtedy w polskie ręce przechodziły całe ich domy ze wszystkim, co było w środku. Odpowiedzią na pytanie dlaczego jest też ten złowieszczy splot. Niemieckie przyzwolenie na mordowanie pewnej kategorii ludzi plus zwykła ludzka chciwości. To była pokusa, której wielu ludzi nie było się w stanie oprzeć.

Czyli gdyby to Indianie, Murzyni, Hindusi czy ktokolwiek inny ukrywał się w tych lasach, część polskich chłopów zachowałaby się tak samo?

Gdyby władze postawiły tych ludzi poza prawem – nie mam wątpliwości, że tak. W określonych, skrajnych sytuacjach ludźmi rządzą prymitywne, pierwotne uczucia. Na wsi, gdzie poziom wykształcenia był znacznie niższy, a ludzie na co dzień obcowali z okrucieństwem (choćby wobec zwierząt), występowanie takich zjawisk jest szczególnie prawdopodobne.

Czyli to nie kościelny antyjudaizm i wpływy endecji, jak twierdzi część historyków, były przyczyną tych zabójstw?

Te argumenty trzeba rozważyć. Z dostępnych obecnie źródeł wiadomo, że księża parafialni zachowywali się wobec zabijania i tropienia Żydów biernie. Ale trudno tu wyciągać jakieś wnioski, dopóki Kościół nie otworzy swoich archiwów. Uważam jednak, że podstawową przyczyną zabójstw, jakie miały miejsce na polskich wsiach, był właśnie prymitywizm i chciwość morderców. To byli często analfabeci. Ludzie, którzy zabijali Żydów czy przekopywali okolice Treblinki w poszukiwaniu złotych zębów – o czym pisze Gross – zapewne nie czytali endeckich książek czy broszur. Nie byli motywowani ideologicznie, chcieli się po prostu wzbogacić.

Czy więcej Polaków pomagało Żydom, czy ich mordowało?

Obawiam się, że ten bilans nie jest dla nas dodatni.

Bo łatwiej być świnią niż bohaterem?

Zapewne tak. Za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci, a za ich zabijanie żadnej kary nie było. Mało tego, morderca mógł się spodziewać nagrody. Polacy, którzy decydowali się na ratowanie Żydów, musieli więc liczyć się z tym, że podzielą ich los. Co więcej, w małych wioskach istniało społeczne przyzwolenie na denuncjowanie czy zabijanie Żydów, a na ratowanie takiego przyzwolenia nie było. Po przyjściu Armii Czerwonej Polacy prosili Żydów, by opuścili ich domy dyskretnie, tak aby sąsiedzi nie zorientowali się, że się u nich ukrywali. Wielu ludzi jeszcze przez wiele lat bało się przyznać, że pomagało.

A mimo to wśród tych prostych polskich chłopów byli ludzie, którzy w imię chrześcijańskiej miłości bliźniego podejmowali ryzyko ratowania.

I jak wynika z relacji, niektórzy angażowali się w tę pomoc w sposób wręcz nieprawdopodobny. Robili to z wielką determinacją i poświęceniem, całkowicie bezinteresownie, ratując coraz więcej i więcej ludzi. Znam przykłady osób, które podczas okupacji pomogły kilkudziesięciu Żydom! Maria Szczecińska ze Staszowa, wdowa mieszkająca z dziećmi, w piwnicy swojego domu przez ponad dwa lata przechowała 14 osób! Jedyne pieniądze, jakie przyjmowała, były przeznaczone na żywność dla nich...

Takie przypadki na tle tych wszystkich okropności pozwalają chyba zachować wiarę w człowieka.

O tak. To dowód na to, że można mieć kręgosłup moralny, którego nic nie jest w stanie skruszyć. Inny przypadek: pewien polski staruszek spod Chęcin, Karol Kiciński, był zupełnie pozbawiony środków do życia. A mimo to uratował dwie osoby... chodząc na żebry. Błąkał się także po polach, wykopując buraki i kartofle. Sytuacja była tak dramatyczna, że gdy kiedyś żandarmi zastrzelili psa tego człowieka, to ten pies został przez niego i ukrywających się u niego Żydów zjedzony. Pewnego razu przyszli do niego nawet „chłopcy z lasu” i próbowali zmusić biciem do wydania Żydów. On jednak się nie ugiął.

Chyba właśnie o to mam największą pretensję do Grossa, że w swojej książce przedstawił relacje między Polakami a Żydami na wsi całkowicie jednostronnie. Tylko przez pryzmat mordów. Jego książka przedstawia Polaków jak dzikie plemię antysemitów, które jest współodpowiedzialne za Holokaust...

Obawiam się, że muszę się z Grossem zgodzić. Społeczeństwo polskie rzeczywiście jest bowiem w pewien sposób współodpowiedzialne za to, co stało się na tej ziemi. Oczywiście nie za fazę decyzyjną. Bez Niemców i ich planów, bez okupacji i wprowadzonych przez nich praw tego całego koszmaru by nie było. To nie my zdecydowaliśmy o tym, żeby wymordować Żydów, ale niestety do wielu mordów się przyczyniliśmy. Nie możemy dziś, z pobudek patriotycznych, zamykać na to oczu.

Takie podejście stoi w całkowitej sprzeczności z obowiązującą od lat wizją okupacji...

Muszę powiedzieć, że sama byłam tym wszystkim zaskoczona. Z materiałami dotyczącymi przestępstw Polaków na Żydach dokonanych na prowincji zetknęłam się po raz pierwszy w 2002 roku. Wcześniej dokumenty na ten temat znajdowały się w archiwum Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu i nie były udostępniane. Dopiero gdy powstał IPN, dostałam te teczki do ręki. Gdy czytałam akta pierwszej sprawy, myślałam, że mam do czynienia z czymś zupełnie wyjątkowym. Że trafiłam na wydarzenie, o którym nikt nie wie, że to wielka sensacja. Potem jednak otwierałam kolejną teczkę i kolejną... Muszę przyznać, że byłam i jestem ich zawartością przerażona. Ludzkie bagno... Te papiery całkowicie zmieniły moje wcześniejsze spojrzenie na okupację niemiecką.

Ale przecież mordercy byli i są w każdym narodzie. Nawet teraz w Polsce dochodzi do zabójstw na tle rabunkowym.

Zgoda, ale proszę pamiętać, że przestępstwa, o których mówimy, miały jednak charakter masowy. Zaangażowanych w nie było wiele osób. Obawiam się więc, że musimy zrezygnować z naszego dobrego samopoczucia i zweryfikować ocenę własnego narodu i jego postaw w czasie wojny. Musimy przyjąć do wiadomości, że Polacy podlegali dokładnie takim samym procesom psychologii społecznej jak inne narody. Że wojenna demoralizacja wielu z nich nie ominęła. Reakcje człowieka w pewnych sytuacjach są dokładnie takie same, niezależnie od tego, jakim językiem mówi. Wśród Polaków byli bohaterowie, ale byli także i bandyci. W narodzie polskim niestety nie ma nic szczególnego, co by nas odróżniało od innych narodów.

Czy to, co pani mówi, dotyczy także narodu żydowskiego?

Przypuszczam, że gdyby zamienili się rolami, pewnie zachowywaliby się tak samo jak Polacy. Ale chcę przypomnieć za Stanleyem Milgramem, że to, co się wydarzyło w latach 1933 – 1945, może zostać w pełni zrozumiane jedynie jako wyraz jedynego w swoim rodzaju procesu historycznego, który nigdy nie zostanie z dokładnością powtórzony.

Dlaczego Jan Tomasz Gross nie może o tych sprawach opowiadać tak jak pani? Czy nie uważa pani, że robi on poważnym historykom niedźwiedzią przysługę? Wykorzystuje wasze badania do wyciągania wyolbrzymionych wniosków, co wywołuje w Polakach tylko mechanizm obronny.

Nie, wprost przeciwnie. Bardzo cenię Grossa. Przecież to dzięki niemu o tych bolesnych problemach dyskutuje całe społeczeństwo, piszą o nich wysokonakładowe gazety, w telewizji są robione programy. To dzięki Grossowi książki dotyczące stosunków polsko-żydowskich nie są drukowane w 500 egzemplarzach i nie są przedmiotem dyskusji tylko wąskiego grona specjalistów. Siła przebicia Grossa jest znacznie większa niż siła przebicia ślęczących latami w archiwach i piszących wyważone prace historyków.

Nie mam pretensji do Grossa, że on w ogóle pisze. Chodzi mi o to, jak pisze. Jego radykalne tezy i uogólnienia nie prowokują raczej Polaków do refleksji. Wywołują tylko oburzenie.

To jest pewna metoda, do której on ma pełne prawo. Niestety w dzisiejszych czasach tylko jeżeli jest się kontrowersyjnym, tylko jeżeli wywołuje się emocje, można sprowokować szeroką dyskusję. Jeżeli zaś wszystko się niuansuje, wszędzie stawia znaki zapytania, to jest się skazanym na niszę.

I to mówi zawodowy historyk? Przecież najważniejsza powinna być prawda!

Ale to, co robi Gross, jest zupełnie innym typem pisarstwa. Gross sam nazwał swoją książkę esejem, a nie pracą naukową. I napisał ten esej w sposób, który nas wszystkich – niezależnie od poglądów – porusza. Tego mu chyba pan nie odmówi.

http://www.rp.pl/artykul/592972_Skibinska--Chlopi-mordowali-Zydow-z-chciwosci.html

Share this post


Link to post
Share on other sites
Hmm no cóz, dziwi mnie fakt ze ta Pani tak sie uwziela na chlopów, tak jakby w miastach wszyscy byli cacy. A szmalcownicy to tez pewnie ze wsi dojezdzali ???

Share this post


Link to post
Share on other sites
A wiecie co mnie dziwi? Chociaż może dziwi" to niezbyt trafne określenie. Czego mi w tym wszystkim brakuje.

Brakuje mi w tym wszystkim głosu tych którzy mieliby najwięcej do powiedzenia - Żydów, którzy przeżyli wojnę w okupowanej Polsce

Share this post


Link to post
Share on other sites
Bywają i takie jak w filmie Dziedzictwo Jedwabnego"..- dość sprzeczne i to nawet w samej dyskusji między sobą tych co przeżyli...
Mnie natomiast dziwi kreatywna księgowość"! Tereny wschodnie; (tam w.g w.w fórców historii" miały miejsce największe pogromy) Polacy to tylko w owym czasie również prześladowana mniejszość... Rachunek musi się zgadzać w stosunku do założonej tezy i za Ukraińców i Litwinów odium winy spada na Polaków...
Na podstawie takich metod badawczych można udowodnić, że ziemia jest płaska...
Ps
Banera też Polak????

Share this post


Link to post
Share on other sites
Wszyscy jesteście złodziejami

Nie ma dokumentu, decyzji władz podziemnych czy zachowań oraz mechanizmów społecznych, których Jan Tomasz Gross nie byłby w stanie przedstawić jako fragmentu powszechnego planu Polaków zmierzającego do obrabowania Żydów


Jan Tomasz Gross znalazł fotografię. Ma ona przedstawiać grupę Polaków, którzy tuż po wojnie w miejscu pochówku spalonych szczątków ofiar obozu zagłady w Treblince mieli dokonywać wykopków, poszukując drogocennych przedmiotów, przede wszystkim złota. Sprawa fotografii stała się punktem wyjścia do szerszych rozważań na temat generalnej postawy Polaków wobec Holokaustu: „pozornie łagodny w nastroju widoczek dotyczy dwóch centralnych tematów Zagłady – masowego mordu popełnionego na Żydach i towarzyszącej tej zbrodni grabieży żydowskiego mienia”.]

Krok za krokiem Gross przedstawia kolejne dramatyczne wydarzenia i incydenty ze stosunków polsko-żydowskich czasów wojny, by na ich podstawie dochodzić do generalnych konstatacji: „normą zachowania w polskim społeczeństwie – oczywiście pamiętając, że większość ludzi była niezainteresowana niczym, co ich bezpośrednio nie dotyczyło, i pozostawała na los Żydów obojętna – było tropienie i wynajdowanie ukrywających się Żydów, nie zaś niesienie prześladowanym Żydom pomocy. Że własność żydowska stała się z dnia na dzień łatwo osiągalnym obiektem pożądania i tylko niedołęga z nadarzającej się okazji nie skorzystał”.

Swoje przemyślenia w tej materii J. T. Gross wkrótce przedstawi – tym razem z żoną Ireną – w eseju pod tytułem „Złote żniwa”, opisującym tak powojenne wydarzenia w Treblince, jak i postawę Polaków podczas Holokaustu.

Oczywiście daleki jestem od twierdzenia, że Polacy zachowali się wobec Żydów wyłącznie przyzwoicie i w miarę postępów badań nad Zagładą muszę weryfikować swoje wcześniejsze, często zbyt optymistyczne, poglądy. Ale czynię to tylko w sytuacji, kiedy czytane przeze mnie teksty naukowe są solidnie udokumentowane i powstawały zgodnie z kanonami naukowego rzemiosła. Zanim więc przyjmę ustalenia Grossa za prawdziwe, spróbuję przeanalizować, co upoważniło go do tak jednoznacznych sądów.


Wątpliwa interpretacja fotografii

Punktem wyjścia kolejnego eseju Jana Tomasza Grossa jest fotografia przedstawiająca grupę ludzi stojących – w cywilu i mundurach – obok masowego grobu w Treblince. „Zrobione tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, czyli w połowie XX wieku, zdjęcie przedstawia scenę zbiorową gdzieś w środku Europy. Na fotografii obok grupy podlaskich chłopów uwieczniono wzgórze usypane z popiołu 800 000 Żydów zagazowanych w Treblince od lipca 1942 r. do października 1943 roku. Europejczycy, których oglądamy na zdjęciu, najprawdopodobniej zajmowali się rozkopywaniem spopielonych szczątków ludzkich w poszukiwaniu złota i kosztowności przeoczonych przez nazistowskich morderców”.

Rzeczywiście, tuż po wojnie miał miejsce godny pożałowania proceder rozkopywania przez okoliczną ludność cmentarzyska w poszukiwaniu złota, kamieni szlachetnych i innych kosztowności. Ale nie wiadomo, czy mieli z tym procederem związek ludzie na fotografii. Z dokumentów wynika, że władze partyjne i państwowe uważały ten proceder za absolutnie naganny i usiłowały mu przeciwdziałać, m.in. przepędzając kopaczy, ogradzając teren albo porządkując rozkopane cmentarzysko.

Nie wiadomo też, kto i kiedy zrobił omówioną fotografię ani w jakich okolicznościach powstała. Nie ma nawet jednoznacznych dowodów – choć pewnie tak było – że zdjęcie zostało wykonane w Treblince. Kim wreszcie są sfotografowani ludzie i co robią na cmentarzysku? Są kopaczami? A może ekipą porządkującą cmentarzysko, na co, moim zdaniem, wyraźnie wskazuje mieszany, mundurowo-cywilny skład grupy, a przede wszystkim fakt działania w biały dzień. Czy hieny cmentarne rzeczywiście chciałyby dokumentować swoje działania za pomocą fotografii? A po co byłoby takie zdjęcie łapiącej ich milicji? Czy w MO w ogóle była wówczas procedura dokumentowania podobnych przestępstw? A jeśli tak, to jak fotografia trafiła w prywatne ręce? A może była w nich od zawsze, bo zachował ją sobie ktoś, kto nie widział w niej niczego zdrożnego, bo porządkował cmentarz i nigdy nie przyszło mu do głowy, że ktoś na jej podstawie może posądzić go o wykopki?

Brak krytycznej analizy fotografii miewa czasem poważne konsekwencje. Kilka lat temu grupa niemieckich naukowców, idąc jak Gross po linii najmniejszego oporu, przedstawiła serię zdjęć, na których byli Niemcy, a obok stosy trupów, na wystawie „Zbrodnie Wehrmachtu”. Ekspozycji przyjrzał się polski historyk Bogdan Musiał, który udowodnił, że Niemcy nie fotografowali swoich zbrodni, tylko ofiary NKWD, jakie znaleźli latem 1941 r. we Lwowie, Złoczowie, Borysławiu i innych kresowych miasteczkach. Dla autorów wystawy skończyła się ta sprawa skandalem i kompletną kompromitacją.

Dla Jana Tomasza Grossa takie kwestie jak poważna analiza zdjęcia nie istnieją. Nie ma on większych wątpliwości, że fotografia przedstawia grupę polskich hien cmentarnych, jakby współuczestników Holokaustu: „sygnał, że jest to fotografia z gatunku trophy pictures, to ułożone na kupkę z przodu piszczele i czaszki. Podobnie jak myśliwi obok upolowanej zwierzyny fotografowali się mordercy Żydów na miejscach egzekucji albo prześladowcy zebrani wokół torturowanej ofiary, którą zmuszano publicznie do upokarzających czynności albo której, ku uciesze zebranej publiczności, obcinano brodę”.

Autor stawia już znak równości między hitlerowcami mordującymi Żydów a osobami na zdjęciu, udowadniając, że i one przecież, rozkopując cmentarzysko, wykonywały „czynność ściśle związaną z Holokaustem – grabienie żydowskiego mienia”.

Ale ja żadnego konkretu w tej całej opowieści nie widzę. W przeciwieństwie do ewidentnej skłonności autorów do konfabulacji.

Ważnym odkryciem naukowym Grossa jest tu sprawa ustalenia prawowitych właścicieli aparatu, z którego ywkonano sporną fotografię. Dla nieco zaskoczonych cytuję: „w sąsiedztwie Treblinki w czasie wojny i po wojnie można było znaleźć dosłownie wszystko, w tym również aparaty fotograficzne”. W szerszym wywodzie Gross przekonuje, że aparat trafił w ręce Polaka w związku z eksterminacją Żydów w Treblince.

Rozumie się samo przez się – wynika to także z innych fragmentów omawianego eseju – że jeżeli Polak posiadał po wojnie ładne ubranie, nowe buty, zegarek czy aparat fotograficzny, to musiały one pochodzić z rabunku żydowskiego mienia.

Najbardziej adekwatny komentarz, jaki tu można dodać, to uwaga, że nie chodzi o podlaskich chłopów, jak utrzymuje Gross. Bo obóz w Treblince leżał na Mazowszu, a nie na terenie Podlasia.


Jak używać źródeł

Nie ma sensu opisywać tu podobnych rzeczowych błędów czy spłaszczeń historii, które jak najgorzej świadczą o kompetencjach autora. Jego wyznawcy takie uwagi kwitować będą jako czepianie się drobiazgów. Rzeczywiście, nie takie kuriozalne potknięcia są najważniejszym mankamentem eseistyki Grossa. Istotniejszą rolę odgrywa tu sposób, w jaki ów autor posługuje się cudzymi tekstami naukowymi lub wskazanymi przez innych źródłami. Jednym nadaje fałszywe znaczenie, inne wypacza, robiąc z nich wycinanki, jeszcze innym, opisującym wydarzenia skrajnie patologiczne, ale incydentalne – nadaje walor opisów uniwersalnych. Nie mniej chętnie sięga po informacje nieprawdziwe, jak w wypadku tzw. granatowej policji: „na terenie Generalnej Guberni tzw. policja granatowa, składająca się w przeważającej części z przedwojennych policjantów, odpowiedzialna jest w ocenie Emanuela Ringelbluma za wymordowanie „dziesiątek tysięcy” Żydów”.

Książka Ringelbluma powstawała w czasie okupacji w Warszawie. Ten znany żydowski historyk ukrywał się wówczas i nie miał możliwości prowadzenia badań naukowych. Opierał się na docierających doń ustnych informacjach ludzi, często dotkniętych osobistą krzywdą lub czysto ludzkim nieumiarkowaniem w przesadzie i stronniczością w osądzie. Jego książka na temat stosunków polsko-żydowskich – z całym szacunkiem dla innych dokonań autora – jest niewiele warta. W ogromnej mierze składa się bowiem z niezweryfikowanych i nieprawdziwych informacji. Jedna z nich to „dziesiątki tysięcy” Żydów zamordowanych przez granatową policję – taka liczba nie znajduje potwierdzenia w żadnych współczesnych badaniach. Gross dobrze to wie, ale celowo sięga w tej materii po książkę – a raczej relację – żydowskiego historyka zamordowanego w 1944 r. Bo przynosi ona najwyższe liczby, jakie w tej materii znalazł. Kto zarzuci mu kłamstwo, skoro informacja nie pochodzi od niego, tylko jest „naukową oceną” wielkiego uczonego Ringelbluma?

Nie jest to odosobniony przypadek, lecz konsekwentnie stosowana przez Grossa metoda. Autor świadomie, tak jak posługuje się fałszywymi informacjami, przemilcza niewygodne źródła albo dokonuje ich kuriozalnych interpretacji.

W innym miejscu wspomina na przykład o ustaleniach dr. Dariusza Libionki, wedle których „wczesne podziemne raporty z kraju przesyłane do rządu londyńskiego mówią o tym, że Żydzi pod okupacją niechętnie reagują na propozycje katolickich sąsiadów, którzy są gotowi przejąć jakieś dobra, pomimo że w przeciwnym wypadku wszystko zostanie przecież zawłaszczone przez Niemców”.

A więc wydaje się, że sprawa dotyczy –zauważalnego także u Żydów – braku należytej solidarności wobec polityki okupanta. A jak ów dokument zrozumiał Gross? „Autor podziemnego meldunku sugeruje w ten sposób, że nie godząc się na ogołocenie przez sąsiadów, uparty Żyd, który nie chce oddać butów znajomemu Polakowi, jawi się nam nie tylko jako ktoś niesympatyczny, ale wręcz jako osoba pozbawiona uczuć patriotycznych”.

Zatem według autora omawianego eseju chodziło o to, że Polacy byli niezadowoleni, iż Żydzi nie pozwalają im ukraść swoich butów. Tę interpretację Gross uzupełnia opisami Żydów, którzy zaufali Polakom w sprawach majątkowych i zostali przez nich oszukani, a nawet zadenuncjowani Niemcom. Zapewne były i takie przypadki, choć problem wydaje się pozostawać poza możliwością opisu za pomocą statystyki. Zastrzeżenie to nie dotyczy jednak eseju Grossa, który dobrze wie, ilu tych oszustów i denuncjatorów było – 95 procent. A skąd takie dane? Co za pytanie? Z książki Emanuela Ringelbluma.


Współuczestnicy zbrodni

Nie ma dokumentu, zachowania, decyzji władz podziemnych czy mechanizmów społecznych, których Jan Tomasz Gross nie byłby w stanie przedstawić jako fragmentu powszechnego planu Polaków zmierzającego do kradzieży żydowskiego złota. Nawet tak ogólnie znane zjawiska, jak popyt, podaż, rynek czy spekulacja, mogą uzyskać – przy odpowiednich zabiegach opisowych – wiele zupełnie nowych znaczeń. Mogą na przykład uzyskać moralno-polityczną barwę: złodziejskie, mordercze, antysemickie.

Wojna zawsze zmieniała wartość dóbr, a co za tym idzie – ceny i relacje społeczne. Rynkowe braki, zakazy i reglamentacje natychmiast uzupełnia czarny rynek.

Po wybuchu wojny wielu polskich inteligentów wobec utraty pracy z powodu zamknięcia szkół, urzędów i placówek naukowych, próbując przeżyć, wyprzedawało handlarzom i rolnikom majątek gromadzony niekiedy przez pokolenia. Po jakich cenach? Tak to już w ekonomii jest, że coś może być warte nie tyle, ile jest, tylko tyle, ile ktoś jest skłonny zapłacić.

Skutki wojny i polityki hitlerowców dotknęły także Żydów. Ale temu zjawisku Gross nadaje zupełnie wyjątkowe znaczenie: „biedni Żydzi wyprzedający za grosze pościel, meble, sprzęty użytku domowego czy zimowe ubrania sąsiadom Aryjczykom (...) zostali ograbieni (…) bowiem spowodowana w ten sposób pauperyzacja spychała ich w otchłań nędzy. Wszyscy, którzy korzystali z okazji pozyskania żydowskiej własności za cenę mniejszą niż jej rzeczywista wartość – niezależnie od tego, jak (bez)wartościowe obiekty były przedmiotem wymuszonych okolicznościami transakcji – brali udział w łupieży europejskiego żydostwa”.

A więc, kto handlował z Żydem w czasie wojny, mógł się stać „łupieżcą europejskiego żydostwa” albo wręcz „uczestnikiem Holokaustu”. Nic też dziwnego, że w takim ujęciu do grona współuczestników tej zbrodni autor omawianego eseju generalnie zalicza w Europie: „setki tysięcy (kilka milionów?) zwykłych ludzi, którzy w ten sposób przyłożyli rękę do oskubania swoich żydowskich sąsiadów”.

Kłopot w tym, że termin „rzeczywista wartość” jest w takich warunkach jak wojna trudny do zdefiniowania. Podobnie jak „wymuszona okolicznościami transakcja”. A sprawa jest ważna, chociażby gdy myślimy o armii szmuglerów, którzy – po cenach rynkowych albo czarnorynkowych, zwykle dla zysku, ale jednak – dostarczali żywność do warszawskiego getta. Obawiam się, że i oni zostaną opisani jako złodzieje i – jak wachmani z Treblinki – zaliczeni przez autora eseju do kategorii „uczestników Holokaustu”.

Jeśli zastosować nauki Grossa do konkretnych przypadków, to zaczynają się problemy. Bo jeżeli polski chłop skorzystał na biedzie polskiego mieszkańca miasta i przez całą wojnę brał ceny wyśrubowane, to cóż – powiedziałby Gross – przecież była wojna. Jeżeli żydowski handlarz kupił w zimie 1939 r. za bezcen rodzinną pamiątkę od pozbawionego środków do życia nauczyciela – Polaka, to pewnie też nie stanowiłoby dla Grossa czegoś nadzwyczajnego. Ale jak Polak kupił coś od Żyda poniżej wartości ustalonej przez Grossa, to sprawa zaczyna pachnieć Holokaustem.

Jak w tak definiowanym świecie Polacy mogliby w najprostszy sposób uniknąć narażenia się na zarzut „oskubywania żydowskich sąsiadów”? Chyba tylko tak, jak wtedy nakazywali hitlerowcy. Czyli zaprzestać jakichkolwiek kontaktów handlowych z Żydami. No bo po co było się narażać i okupantom, i Janowi Tomaszowi Grossowi?


Katalog przestępców

Ważnym zagadnieniem eseju Grossa jest sprawa „liczby Polaków mordujących w czasie wojny Żydów”. Metoda ich mnożenia jest prosta: skoro mamy obwinionego o taki mord strażaka lub kilku strażaków, to śmiało możemy dopisać do katalogu morderców Żydów całą ochotniczą straż pożarną. I tak dalej. Poza policją oczywiście, którą Gross zaliczył in gremio do morderców Żydów, naturalnie za Emanuelem Ringelblumem.

Do niemych świadków zbrodni – jeżeli nie do jej uczestników – autor zaliczył karkołomnymi wygibasami polski Kościół i duchowieństwo. Nieistotny jest tu fakt, że w rzeczywistości udzieliły one ściganym Żydom ogromnej pomocy, przechowując tysiące i – to jest opisane w publikacjach – w wielu przypadkach płacąc za to męczeńską śmiercią. Kogo się da – jak to się nie da? – trzeba zaliczyć do grupy polskich morderców.

Żeby dla wszystkich potencjalnych chętnych starczyło ofiar, Gross stwierdził, że Polacy wymordowali w czasie wojny pomiędzy 100 a 200 tys. Żydów. Kilka dni temu w telewizji mówił już tylko o kilkudziesięciu tysiącach, ale nie ma co „czepiać się drobiazgów”. 200 tysięcy, 50 tysięcy, 5 tysięcy czy 500 tysięcy. A jakie to ma znaczenie? Przecież i tak podawane przez Grossa dane liczbowe są z reguły wyssane z palca, czasem ozdabiane magicznym słowem „przypuszczam”.

Dzięki takim metodom prowadzenia badań wizja stosunków polsko-żydowskich powoli staje się mniej skomplikowana, wieloznaczna, pełna sprzeczności i odcieni. Znika konieczność badania polityki okupanta, próby analizy procesów społecznych i gospodarczych.

„I zaczynamy rozumieć – pisze Gross – że normą zachowania się w polskim społeczeństwie – oczywiście pamiętając, że większość ludzi była niezainteresowana niczym, co ich bezpośrednio nie dotyczyło, i pozostawała na los Żydów obojętna – było tropienie i wynajdowanie ukrywających się Żydów, nie zaś niesienie prześladowanym Żydom pomocy. Że własność żydowska stała się z dnia na dzień łatwo osiągalnym obiektem pożądania i tylko niedołęga z nadarzającej się okazji nie skorzystał”.

Kto nie jest w stanie udokumentować, że jego przodkowie nie byli w czasie wojny ewidentnymi „niedołęgami”, ma kłopot. Jeśli chce się znaleźć w ekskluzywnej grupie potomków „niemorderców” i „niezłodziei”, sugeruję szybkie przejrzenie rodzinnych skarbów. Żeby się potem nie okazało, że ktoś miał w rodzinie katolickiego duchownego, strażaka czy nawet handlarza szmuglującego żywność do getta. Może się okazać, że trzeba będzie oddać medal Yad Vashem i zacząć się biczować z tytułu wzięcia udziału w „łupieży europejskiego żydostwa”.


O ratowaniu Żydów

W przedstawianej przez Grossa wizji stosunków polsko-żydowskich przeoczono opis tej grupki Polaków, którzy z obywatelskiego lub chrześcijańskiego obowiązku Żydom pomagali. Rozumiem, że problem pasował mu jak krowa pod siodło. Ale czy nie warto było obok takich rozdziałów jak „szmalcowanie” czy „polowanie na Żydów” umieścić czegoś takiego jak:„pomoc Żydom”? Nie dlatego, żeby Gross mnie przekonał do swojego obiektywizmu, ale, jak celnie zauważył, w społeczeństwie polskim obok biernej masy i wąskiego kręgu aktywnych jest także grupa „niedołęgów”.

Przecież okazji nie brakowało, chociażby w związku z postacią Emanuela Ringelbluma. O nim Gross napisał tylko, że jego książka o stosunkach polsko-żydowskich była „opracowywana na krótko przed śmiercią, kiedy ukrywał się w Warszawie w 1944 r.”. „Się” ukrywając, Ringelblum zbyt długo by się nie przechował.

Jakieś 20 lat temu, jeszcze w schyłkowym PRL, przeczytałem w książce Jerzego Ślaskiego, że Ringelblum w 1942 r., po deportacji z warszawskiego getta, trafił do obozu w Trawnikach, z którego został wyciągnięty przez polskich konspiratorów z Rady Pomocy Żydom (Żegoty). Przez następne dwa lata był ukrywany w dużej grupie Żydów na posesji przy ulicy Grójeckiej, po opieką rodzin Mieczysława Wolskiego i Władysława Marczaka. 7 marca 1944 r. schron odkryli Niemcy. Ringelblum trafił na Pawiak i wkrótce został zamordowany, a wraz z nim schwytani w czasie niemieckiej akcji dwaj Polacy (reszta uciekła), w tym i sam Marczak.

W „Złotych żniwach” nie ma takich opisów ratowania Żydów przez Polaków. Za to nazwami miejscowości i nazwiskami polskich morderców i złodziei autor sypie jak z rękawa. Ale nie ma w jego eseju ani jednego nazwiska wielopokoleniowych rodzin, które, od starców do niemowląt, jak rodzina Ulmów z Makowej na Podkarpaciu, zostały po znalezieniu ukrywanych przez nich Żydów w całości wymordowane. Nie ma nazw wsi i klasztorów, których z narażeniem życia ich ukrywali. Są w tej materii dwa zdania o grekokatolikach. Nie ma informacji o tym, że kara śmierci groziła nie tylko tym, którzy Żydów ukrywali, ale też ich sąsiadom, tym, którzy chcieliby ich podwieźć chłopskim wozem albo podać im kromkę chleba, a nawet o tych, którzy do takich czynów – w języku hitlerowców – „podżegali”.

Jego uwagę przykuło wyłącznie to, że część osób, które pomagały Żydom, robiła to dla pieniędzy. Naturalnie nie ma Gross taryfy ulgowej dla tych, którzy brali od Żydów środki finansowe, bo sami byli biedni, na żywność, koszty utrzymania kryjówki czy na łapówki. Nie ma miejsca i dla tych, którzy nie widzieli nic zdrożnego, skoro sami są w biedzie i ryzykują, we wzięciu za to pieniędzy. Dla nich definicja jest jedna, bez odcieni i wieloznaczności: „brano do siebie Żydów, ponieważ ukrywanie ich za opłatą przynosiło ogromne dochody”.

A jakie były proporcje między tymi, którzy działali ze szlachetnych pobudek, a tymi, którzy byli chciwi? „O tym, że za przechowywanie Żydów zazwyczaj kazano sobie słono płacić – pisze Gross – świadczy najwymowniej konsensus opinii w polskim społeczeństwie – że ludzie przechowujący Żydów musieli się na tym wzbogacić”. Logika, według której, coś „było” dlatego, że „o tym mówiono”, wydaje się dość wątpliwa. Przypomnijmy sobie rozpowszechnione w różnych epokach zgodne opinie, że Żydzi używali krwi chrześcijańskich dzieci do robienia macy.

Co ciekawe, Gross przekonuje, że Polakom za ukrywanie Żydów nie groziło bezwarunkowo zamordowanie, bo zdarzało się, że kiedy znaleziono Żydów, chłopów, którzy ich ukrywali, nie mordowano. Ale czy fakt, że czasem rzeczywiście nie zamordowano, oznacza, że zagrożenie nie istniało? Zamiast odpowiedzi na to pytanie autor napisał, że w chwili wpadki za przechowywanie Żydów wieśniakom groziła co najwyżej utrata nieuczciwie zarobionych pieniędzy: „chłopu przyłapanemu na ukrywaniu Żydów w czasie okupacji plądrowano gospodarstwo, odbierając domniemane zyski”. Bo ukrywanie Żydów przy braniu od nich pieniędzy było – jak pisze autor – nie tyle pomocą, ile często „rozłożonym w czasie procesem szantażu”.

W taki to sposób relacje pomiędzy polskimi chłopami ukrywającymi Żydów a szantażystami, „granatową policją” i hitlerowcami zostały zdefiniowane jako finansowe porachunki pomiędzy złodziejami i mordercami.


W oparach absurdu

Komentując sprawę powojennego rozkopywania cmentarzyska w Treblince, autor pisze: „Zagłada była wynikiem »ogrodniczej« wizji społeczeństwa, to jest takiej, w której niektórzy ludzie są chwastami, wtedy ich usunięcie lub pełna eliminacja jawią się jako działalność w swym zamiarze racjonalna, celowa. Uporczywie trwające dziesiątki lat odgrzebywanie, przebieranie i porządkowanie terenów poobozowych jest takim działaniem »ogrodniczym«.

Jaki związek ma – godne potępienia – okradanie grobów w Treblince z hitlerowskim planem wymordowania europejskich Żydów? Przecież plądrowanie miejsc pochówku zmarłych, odzieranie i profanacja zwłok w celach zdobycia kosztowności miało miejsce i w czasach starożytnych, i w całkiem nieodległej przeszłości. Mieszkańcy wsi spod Treblinki kopali w okolicach obozu zapewne z tych samych względów, z jakich odzierano zwłoki w czasie obu wojen światowych, a wcześniej kampanii napoleońskiej i wojny secesyjnej. Co rozkopywanie grobów w okolicach Treblinki ma wspólnego z chęcią wyeliminowania Żydów jako chwastów z ogółu społeczeństwa?

Na południu Polski w 1944 r. rozbił się amerykański samolot wracający z misji do okupowanej Polski. Kiedy na miejsce katastrofy przybył ksiądz i miejscowi obywatele, okazało się, że amerykańscy lotnicy są rozebrani do bielizny. Mundury, buty, lotnicze ciepłe kurtki i jedwab ze spadochronów zmieniły już właściciela. Wstyd i hańba taka, że nazwy tej miejscowości nie ma co i dzisiaj wymieniać. Ale czy z tej sprawy wynika, że polscy chłopi mieli „odchwaszczające” plany eksterminacyjne wobec Amerykanów?

W pewnej chwili Gross dokonuje w swoim nowym eseju, za jakimś językoznawcą, przejmującej reinterpretacji wydarzeń, jakie rozegrały się w 1941 r. w Jedwabnem: „oto wyciąganie z domów, przepędzanie ulicami miasteczka, lżenie, obrzucanie kamieniami, a także upokarzające zmuszenie do przetransportowania pomnika [Lenina], wreszcie zaś doprowadzenie do stodoły ułożyły się w odruchowo przez Polaków zaaranżowaną drogę krzyżową. Dorosła społeczność jedwabieńska dzięki automatyzmowi zachowań procesyjnych, a także za sprawą poszukiwania wzorca »przemarszu ostatecznego«, odtworzyła mękę Chrystusa. Na ironię zakrawa fakt, że Żydzi, których prześladowania zawsze usprawiedliwiano niegdysiejszym zabójstwem Chrystusa, tym razem wystąpili właśnie w roli Zbawiciela, Polacy zaś obsadzili wszystkie role zwyczajowo przypisane postaciom Żydów. Byli tego dnia judaszami, którzy wydali na mękę, strażnikami, którzy wkładali na barki Chrystusa krzyż (tutaj: pomnik Lenina), wreszcie egzekutorami, którzy doprowadzili Jezusa na miejsce kaźni. Dzięki uruchomieniu scenariusza drogi krzyżowej mieszkańcy Jedwabnego mocą antysemickiej interpretacji chrześcijaństwa nie tylko wiedzieli, jak mają postępować, lecz także byli święcie (!) przekonani, że ich postępowanie jest uprawomocnione”.

Do tej pory wiedzieliśmy, że Żydów spędzono na rynek, bo było tam dużo miejsca. Potem popędzono ich do stodoły na obrzeżach, bo budynki w mieście były za małe i murowane, no i próba podpalenia czegoś w gęstej zabudowie mogła się zakończyć pożarem miasteczka. Żydzi musieli odbyć drogę na peryferie piechotą, bo komunikacji miejskiej nie było. Nieśli pomnik Lenina, bo powszechnie oskarżano ich o kolaborację z sowieckim okupantem. Jak widać „co i dlaczego” w naukach historycznych zawsze jest dobrą formułą do analizy wydarzeń z przeszłości.

Dziś ta metoda została przez Grossa zanegowana. Wedle jego propozycji w eseju muszą – w charakterze symboli – wirować czaszki, piszczele i kościotrupy. Potem w Jedwabnem, „dzięki automatyzmowi zachowań procesyjnych”, chłopi „mocą antysemickiej interpretacji chrześcijaństwa” odtworzyli „mękę Chrystusa”.

Rzeczywiście, lektura dzieł Jana Tomasza Grossa to trudna do przecenienia lekcja historii z początków chrześcijaństwa. Nie tylko w warstwie symbolicznej zresztą. To „dobrze zaaranżowana droga krzyżowa”; Golgota ucząca siły i pokory na miarę prawdziwego Mesjasza.


Im gorzej, tym lepiej

O swoich doświadczeniach z Grossem wspomniała kiedyś dr Bożena Szaynok. Przyłapała tegoż autora na tym, że pociął jedno ze źródeł, zmieniając jego prawdziwą wymowę. „To wydawało mi się manipulacją – powiedziała potem „Gazecie Wyborczej” – wykorzystaniem materiałów historycznych w taki sposób, aby przekazać jasną informację, że antysemityzm był w Polsce zjawiskiem normalnym, akceptowalnym i powszechnym, bez analizy ważnych przyczyn tego zjawiska” (25.01.2008 r.). Co na takie dictum autor? „Gross nie wziął pod uwagę moich sugestii” – zdradziła dr Szaynok. Pewnie, że nie, bo jego nie obowiązują żadne kanony naukowego obiektywizmu. Jest tylko jedna warsztatowa reguła: im gorzej można Polaków opisać, tym lepiej.

W sprawie książki Grossa o tragedii w Jedwabnem zarzuciłem autorowi między innymi to, że stworzony przez niego – podtrzymuję: nieprawdziwy – scenariusz tragicznych wydarzeń został sporządzony, przy odrzuceniu bez porównania ważniejszych dokumentów, głównie w oparciu o zeznania trzech mało wiarygodnych świadków. Jeden z nich na przykład kłamał, że był w 1941 r. Jedwabnem, bo rok wcześniej został wywieziony na Syberię za kradzież patefonu. W odpowiedzi autor „Sąsiadów” stwierdził, że nie definiował tego człowieka w książce jako „świadka naocznego”. Sęk w tym, że przed Grossem w nauce nie istniał „świadek nienaoczny”. Ta sprawa ilustruje efekt prób podejmowania rzeczowej rozmowy z tym autorem. Bezcelowa gra słów tylko, przelewanie pustego w próżne.

W swoim obszernym eseju o poprzedniej książki Grossa – „Strachu”, który opublikowałem w „Rzeczpospolitej” dwa lata temu, postawiłem mu wiele niezwykle ciężkich w cechu historyków, merytorycznych zarzutów. Z jakim efektem? Jeden z najbardziej kuriozalnych akapitów „Strachu” został w całości przepisany do książki „Złote żniwa”.

Na ewidentnych oszustwach i manipulacjach złapał tegoż autora nie tylko niżej podpisany, ale także dr Bogdan Musiał i ostatnio dr Ryszard Śmietanka-Kruszelnicki („Zeszyty Historyczne WIN” nr 32/33 z 2010 r). Wcześniej krytycznie warsztatowi Grossa przyglądali się prof. Tomasz Strzembosz, dr Jacek Walicki, dr Paweł Machcewicz, dr August Grabski oraz wielu innych naukowców. Na ogół krytykowany nie odnosi się merytorycznie do stawianych mu zarzutów pojawiając się publicznie głównie z klakierami. A opinie krytyków zdarzało mu się tłumaczyć polskim antysemityzmem.

Jak widać, w świecie Jana Tomasza Grossa nikt nie może się czuć bezpieczny, nawet historycy. A jutro może się okazać, że mordercami Żydów lub tylko uczestnikami „łupienia europejskiego żydostwa” – co w myśl eseju w zasadzie na jedno wychodzi – są wszyscy, którzy na Mazowszu i Podlasiu mieli po wojnie aparaty fotograficzne. Przed nimi także ci, którzy dostarczali żywność do getta – bo przecież ceny czarnorynkowe były wyższe od jej wartości rzeczywistej, czyż nie? – staną się współuczestnikami Holokaustu. Dla dumnych posiadaczy medalu Sprawiedliwy wśród Narodów Świata też nie mam dobrych wiadomości. Mogli co prawda wynajmować z narażeniem życia mieszkanie jakimś Żydom, ale brać za to 100 złotych więcej niż „wartość rzeczywista” tej usługi ustalona przez Grossa.

Nie mam wątpliwości, że wiele konkretnych informacji podanych w „Złotych żniwach” jest z pewnością prawdziwych, bo Gross przepisuje jej z cudzych artykułów i książek, dodając sobie wiarygodności. Ale dopiero tu zaczynają się badania naukowe: jakie były okoliczności tak dramatycznych zdarzeń, jaka geneza, znaczenie i skala? Chodzi też o ważne w przypadku eseistyki Grossa czy publicystyki Leszka Bubla tak zwane pytania brzegowe. Kak dalece dopuszczalne jest wyjęcie z przedwojennej gazety kilku informacji z rubryki „wypadki drogowe” i na ich podstawie napisanie eseju pod tytułem „O żydowskich kierowcach mordercach bezkarnie rozjeżdżających na ulicach polskich miast tysiące chrześcijańskich dzieci”?


O co chodzi?

Jan Tomasz Gross nie ma większych szans na napisanie rzeczy nowych i ciekawych, dokonanie jakiegoś przełomu w dziejącym się gdzieś obok niego postępie badań naukowych. Bo cóż, nie prowadząc żadnych badań od dziesiątków lat, może zaoferować? Czy byłby w stanie podjąć konkurencję z kimkolwiek, kto poważnie zajmuje się badaniami nad Holokaustem?

Autor ten stosuje więc metody żywcem przeniesione z kultury masowej: zaszokować, naubliżać, uprawiać obrazoburstwo. Jeśli chce się brylować w mediach, dobrze sprzedać książkę i pojeździć po świecie z wykładami jako ekspert od Holokaustu, trzeba jakoś zwrócić na siebie uwagę.

Można spytać, jakie Gross ma prawo – wobec takiego poziomu swoich prac – opowiadać o swoich badaniach nad tym, jak to „my, Polacy, mordowaliśmy Żydów w czasie Holokaustu”. Czy to uczciwe brać pieniądze za rozpowszechnianie kłamstw i wzmacnianie stereotypów, za co potem dostają rachunek inni?

Naturalnie można protestować, że taka działalność jest niemądra, szkodliwa, że Gross sam zlekceważył sobie lekcję XX wieku o tym jak groźne moralnie skutki może za sobą przynieść zbyt gorliwe tropienie „żydowskiego złota”. Taka książka jak „Złote żniwa” może utrudnić poważny dialog naukowy i refleksję historyczną nad problemami nadto różowo, jak sądzę, postrzeganymi przez wielu Polaków. Ale w imię czego mieliby zmieniać swoją świadomość nie na rzetelną wiedzę, tylko na spektakl z wirującymi czaszkami i piszczelami oraz mądrościami w stylu: „dorosła społeczność jedwabieńska dzięki automatyzmowi zachowań procesyjnych, a także za sprawa poszukiwania wzorca »przemarszu ostatecznego«, odtworzyła mękę Chrystusa”? Toż to w badaniach naukowych powrót do średniowiecza.

Zastanawiam się, czy działalność tegoż autora w jakiejś mierze nie pomniejsza i nie ośmiesza sensu tragedii europejskiego żydostwa. Ale co tam powaga tego cmentarzyska, skoro właśnie na nim można urządzić sobie własne złote żniwa?

Artykuł będący wyrazem osobistych poglądów autora powstał na podstawie tekstu książki Jana Tomasza I Ireny Gross „Złote żniwa” (wyda ją Znak), udostępnionego przez TVP uczestnikom dyskusji w programie „Tomasz Lis na żywo”

http://www.rp.pl/artykul/590390_Wszyscy-jestescie-zlodziejami.html

Share this post


Link to post
Share on other sites
Choroba, przecież ci historiotfórcy mogą się zabrać za kres powstań kozackich i pogromach żydowskich w tym czasie... Wszak wszem wiadomo, że ci w Rzeczypospolitej żyli... Co gorsza przypiszą Polakom mordy na Żydach w czasie I wś i w wojnie polsko- bolszewickiej...
Mordy na ziemiach polskich dokonane przez armię czerwoną przecież też można nam przypisać bo w Polsce...
Czyżby ci histerycy nie zdawali sobie sprawy, o spisach powszechnych i zmianach nazwisk po wojnie, że im się rachunki nie zgadzają...

Share this post


Link to post
Share on other sites
I stąd już niezbyt daleko do wniosku, że ..."

...że Polacy to naród który w latach 1939-45 (a i później) zajmował się głównie mordowaniem i grabieniem Żydów, Niemców, Rosjan, Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, Czechów, Słowaków a przede wszystkim siebie nawzajem... I do tej pory za to wszystko nie przeprosili i nie oddali co nakradli...

@Martian, Ziemia jest płaska i opiera się na czterech słoniach stojących na skorupie wielkiego żółwia :)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Się śmiejesz... gross to udowodniłby w parę minut w nowej książce a zausznicy i lemingi podchwycą a co gorsza uwierzą...
Doraźne cele takiej historiografii można zobaczyć na przykładzie raportu Morgenthaua:
1 listopada 1918 utworzono w dzielnicy żydowskiej Milicję Żydowską pod patronatem Ukraińskiej Rady Narodowej. Na jej czele stał oficer armii austriackiej Zisler. Liczyła ona 300 ludzi, 200 z nich było uzbrojonych. Po odbiciu przez Polaków dzielnicy Żydzi ostrzeliwali żołnierzy polskich a ci im nie pozostali dłużni… no i mamy kolejny pogrom ludności żydowskiej dokonany przez Polaków… Nawet opisany przez Morgenthaua jako polska zbrodnia i użyty na konferencji pokojowej w Paryżu przeciw Polsce.

Share this post


Link to post
Share on other sites
To zupelnie inna sprawa a z dziesiątków świadectw, w tym m.in. z raportów Armii Krajowej, wynika, że denuncjowanie Żydów było istną plagą, tak powszechną, że zaczęła zagrażać polskiej konspiracji (zdarzało się bowiem, że szmalcownicy wydawali Niemcom Żydów, którzy okazywali się żołnierzami AK). Co więcej, proceder ten nie spotykał się z jednoznacznym potępieniem społecznym.

http://www.odkrywca.pl/ich-pamiec-nasz-wstyd,682433.html#682433

Mi zas wystarczy swiadectwo moich dziadków pochodzacych z pewnej miejscowosci na Kresach (mieszanej) gdzie sasiad sasiadowi nie ufal, gdzie Ukraincy przechowywali Zydow, a inni Ukraincy ich wydawali, gdzie Polacy przechowywali Zydow w dzien, a w nocy sami byli przechowywani przez zaprzyjaznionych Ukraincow przed banderowcami, gdzie niektorzy Polacy i Ukraincy do spolki szabrowali tzw. mienie pozydowskie. Postawy byly rozne, od bardzo ludzkich do skrajnie barbarzynskich i hanbiacych, a to wszystko niezaleznie od pochodzenia, wyznania lub narodowosci.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Co więcej, proceder ten nie spotykał się z jednoznacznym potępieniem społecznym" mowa trawa... masz jakieś dowody na to i na raporty AK???
Polacy przechowywali Zydow w dzien, a w nocy sami byli przechowywani przez zaprzyjaznionych Ukraincow"
Kto w takim razie przechowywał Ukraińców???;)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest
This topic is now closed to further replies.



×
×
  • Create New...

Important Information