Jump to content
Sign in to follow this  
bodziu000000

Powstanie Warszawskie 1944

Recommended Posts

http://www.fakt.pl/historia-11-letniego-bohatera-powstania-warszawskiego-wojtek-zalewski-zginal-w-powstaniu,artykuly,171269,1.html

Wojtuś zginął za Polskę. Miał tylko 11 lat!

Miał zaledwie 11 lat. Ale w sierpniu 1944 r. nie wahał się ani chwili. Na ochotnika przystąpił do walk w powstaniu warszawskim. Po bohaterskiej akcji miał zostać odznaczony Krzyżem Walecznych. Armia Krajowa nie zdążyła uhonorować małego bohatera. W 21. dniu powstania Wojtek Zalewski ps. Orzeł Biały zginął w Śródmieściu. Został pochowany na podwórzu domu przy ul. Ceglanej
Wojtek Zalewski bez wahania zgłosił się do walki, gdy tylko dowiedział się o podjęciu decyzji o wybuchu powstania.
Trafił do I Obwodu Radwan w Śródmieściu. Został przydzielony do grupy szturmowej kapitana Lecha Grzybowskiego „Grzesia”. W oddziale wyznaczono mu funkcję łącznika. Właśnie tacy najmłodsi powstańcy podczas walk świetnie spisywali się w tej roli. Pod ostrzałem wroga znanymi tylko sobie zaułkami stolicy utrzymywali łączność między oddziałami powstańców i przenosili meldunki. Ale nie tylko.
„Orzeł Biały” w drugim dniu walk oddał polskim żołnierzom nieocenione usługi. Udało mu się przedrzeć przez linie niemieckie na teren silnie obsadzonego przez nich Dworca Głównego. Po trzech godzinach obserwacji powrócił z meldunkiem zawierającym pełną informację o sile oddziału hitlerowców, uzbrojeniu, jakie posiadają, i innych szczegółach. A 15 sierpnia Wojtek – najmłodszy łącznik w oddziale – uratował swój pluton! Sobie tylko znanymi przejściami wyprowadził z okrążenia cały oddział kapitana Grzybowskiego. O młodym bohaterze zrobiło się głośno w powstańczych szeregach, a przełożeni zgłosili „Orła Białego” do odznaczenia Krzyżem Walecznych.
Niestety, tydzień później, gdy w rejonie ulic Grzybowskiej i Ciepłej toczyły się zacięte walki, Wojtek biegł z meldunkiem od swojego dowódcy. Został trafiony kulą niemieckiego snajpera. Pod ogniem Niemców jego ciało wynosił na rękach jeden ze starszych kolegów.
Najmłodszy łącznik powstania warszawskiego został pochowany w mogile na podwórku przy ul. Ceglanej 3. Powstańczy pogrzeb młodego bohatera odbył się z wszelkimi honorami. Ceremonię poprowadził ksiądz major Władysław Zbłowski „Struś”, a żołnierze i oficerowie z powstańczych szeregów oddali młodemu bohaterowi hołd."

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,54420,16409730,Zupka_plujka_z_wkladka_z_psa__Co_jeszcze_jedli_powstancy_.html

upka plujka z wkładką z psa. Co jeszcze jedli powstańcy?

W połowie powstania zapasy jedzenia były na wyczerpaniu. W stolicy zapanował głód. Życie warszawiakom ratowały ziarna jęczmienia z browaru Haberbuscha i Schielego. Wygłodzeni ludzie polowali na gołębie, koty i psy.

Powstańcza gazeta "Z Pierwszej Linii Frontu w numerze z 14 sierpnia 1944 r. zamieściła reportaż Janiny Wierzyńskiej-Krusche o jadłodajni w Śródmieściu Północnym. Z artykułu bije optymizm.

"Jesteśmy w kuchni, jednej z tych kuchni, które powstały w ogniu powstania, które żywią całą Warszawę walczącą. Na małej przestrzeni uwijają się liczne postacie. Ta kraje, ta sieka, ta obiera ziemniaki. Ta znów miesza warząchwią w dużym kotle. Za pół godziny będzie zupa. Może tymczasem pani kierowniczka udzieli nam informacji.

- Punkt odżywczy powstał 1 sierpnia. Pierwszy posiłek podałyśmy o 17. Kilka pań, odciętych od swych posterunków, zorganizowało tę placówkę w prywatnym mieszkaniu. Obecnie pracuje nas 8, a ponadto z 7 dalszych domów przynoszą gotowe jedzenie. Produkty dostarczyły nam PCK, oddziały AK, od których otrzymaliśmy niedawno ćwierć krowy. Lecz przede wszystkim zapasy ofiarowali mieszkańcy tego domu i sąsiednich kamienic. Ofiarowują ochotnie wszystko, od pęczaku począwszy, a na winie skończywszy. (...)

Na posterunku przy kotle stoją dwie panie z chochlami w rękach. Zaczyna się przewijać korowód. A więc przede wszystkim ludność cywilna. Mieszkańcy domów spalonych i wysiedlonych przez Niemców, bezdomni, odcięci od swych ognisk. Wydawanie idzie sprawnie. Każdy dostaje miskę zupy, lokuje się z nią gdzie może, w klatce schodowej, przy improwizowanych stołach, na schodach. (...) Punkt ten żywi 3 oddziały wojskowe, 2 szpitale i 1 wydział administracji cywilnej. Ilość obiadów wydanych codziennie wynosi przeciętnie około 400.

Miesiąc później taki reportaż nie mógłby już powstać.

Grządki na pl. Zbawiciela

W chwili wybuchu powstania zamieszkane przez prawie milion ludzi miasto zostało odcięte od zaopatrzenia z zewnątrz. Dowództwo AK zakładało, że walki skończą się po kilku dniach. Z przeznaczeniem dla powstańców zgromadzono żywność, którą około 40 tys. żołnierzy mogło skonsumować w trzy dni. Prowiant na następny tydzień mieli zdobyć na Niemcach. Własne zapasy posiadały organizacje charytatywne, klasztory i zapobiegliwi mieszkańcy, których lata okupacji nauczyły gromadzić żywność.

W trakcie walk powstańcy zajęli wielkie składy prowiantu. Najważniejsze zdobycze wymienia historyk Katarzyna Utracka z Muzeum Powstania Warszawskiego w artykule "Aprowizacja powstańczej Warszawy: * niemieckie magazyny przy ul. Stawki (były w nich m.in. konserwy mięsne, cukier w kostkach i mąka), * składy Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych przy ul. Sanguszki (susz ziemniaczany, konserwy mięsne, owoce, kasze), * magazyny fabryki Fuchsa przy ul. Miodowej (70 ton jęczmienia, kilka ton cukru), * magazyny firmy Pluton przy ul. Grzybowskiej (cukier, mąka, kasza, marmolada), * Stołeczny Młyn Parowy Gransberga przy ul. Prostej (kilkaset ton zbóż), * Spółdzielnia Mleczarsko-Jajczarska przy ul. Hożej (spory zapas masła, margaryny, serów, mleka w proszku, jaj, miodu), * Społem przy ul. Czerniakowskiej (cukier i cukierki), * olejarnia przy ul. Gdańskiej (60 ton oleju). Największym spichlerzem walczącej Warszawy były magazyny browaru Haberbuscha i Schielego przy ul. Ceglanej, w których składowano jęczmień, ale też cukier, mąkę, soki, kawę zbożową, suszone warzywa, ocet i alkohol.

Żywność pozyskiwano także z alianckich zrzutów, z rekwirowanych zasobów sklepów, restauracji i mieszkań np. volksdeutschów, wreszcie - z ogródków działkowych i grządek. Te drugie powstawały w czasie okupacji nawet na miejskich skwerach i placach, np. na pl. Zbawiciela, gdzie warszawiacy uprawiali pomidory. Gdy dodamy do tego duże zapasy w magazynach Rady Głównej Opiekuńczej (RGO) i Komitetu Opieki nad Uchodźcami, może się wydawać, że jedzenia w powstańczej Warszawie były nieskończone ilości. Rezerwy topniały jednak błyskawicznie.

Zakazane słodycze i ciasta

Problemem bardzo szybko stało się wyżywienie uchodźców uciekających do Śródmieścia z zajmowanych przez Niemców dzielnic: Woli, Starówki i Powiśla. "Ogólna liczba ludności Śródmieścia łącznie z mieszkańcami Powiśla wynosiła ok. 260 tys. osób, z czego 125 tys. stanowili uchodźcy, bez dachu nad głową pozostawało 55 tys. osób. Wielu bezdomnych koczowało w bramach, na klatkach schodowych, zajmowało schrony - pisze Katarzyna Utracka.

Nad sytuacją starała się zapanować cywilna administracja miasta, na której czele stanął okręgowy delegat rządu RP na Warszawę Marceli Porowski „Sowa”, a funkcję komisarza żywnościowego objął Franciszek Dederka „Pieniążek”. W rejonach uwalnianych od Niemców właścicielom sklepów nakazywano je otwierać. Podstawowe produkty nadal były sprzedawane na kartki (tak jak przed powstaniem), w ściśle określonych ilościach, zaś sklepikarze dostali zakaz ich magazynowania. „Na podwórku przy ul. Hożej stoją ludzie w szeregu. Znany nam dobrze z czasów okupacji »ogonek” dochodzi do otwartego okna na parterze, skąd pani w białym kitlu podaje torby. ( ) Tajemnicze okno to nie żadna placówka opieki społecznej, tylko sklep zwyczajny, który otrzymał przed wybuchem powstania przydział produktów na sierpień i teraz sprzedaje mąkę i kaszę zarejestrowanym” - informowało 19 sierpnia pismo „Z Pierwszej Linii Frontu”.

Władze cywilne próbowały zwalczać czarny rynek, a prasa krytykowała podwyższających ceny sklepikarzy. "Napiętnować należy samowolną akcję niektórych właścicieli sklepów kształtujących ceny sprzedawanych przez siebie towarów według swojej fantazji. Tego rodzaju postępowanie skazuje mniej zamożną ludność stolicy na konieczność rezygnowania z kupna artykułów pierwszej potrzeby, m.in. kartofli, których istnieją jeszcze spore zapasy - donosiła 15 sierpnia gazetka "Warszawa Walczy.

Jadłodajniom władze miasta nakazały wydawanie prostych posiłków, zabraniały wyrobu ciast i słodyczy. Obowiązywał zakaz produkcji, wyszynku i sprzedaży alkoholu.

30 tys. porcji zupy ze Złotej

Fenomenem powstańczej Warszawy były kuchnie wydające posiłki żołnierzom i ludności cywilnej. Nieznana jest ich liczba, ale historycy piszą o setkach. Wiele z nich spontanicznie zakładali mieszkańcy domu lub bloku, którzy od 1 sierpnia organizowali się w komitety samopomocy. Warszawiacy pokazali, że w najtrudniejszych czasach potrafią zdobyć się na ogromną solidarność. Na zdjęciach sprzed 70 lat widać podwórka kamienic ze zbudowanymi z cegieł prowizorycznymi paleniskami i stojącymi na nich garnkami z jedzeniem. "Każda kamienica żywiła po kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu bezdomnych. Dla przykładu budynek przy ul. Kruczej 8 zamieszkiwało 100 stałych mieszkańców i 77 uciekinierów i pogorzelców. (...) Na początku września skończyły się jednak zapasy żywności, a mieszkańcy kamienicy zdani byli jedynie na pomoc społeczną - pisze Katarzyna Utracka.

Przytacza liczby: w Śródmieściu Południowym zorganizowano 178 społecznych kuchni serwujących do 26,5 tys. posiłków, ale we wrześniu połowa z nich już nie działała z powodu braku wody i produktów. W Śródmieściu Północnym na wschód od Marszałkowskiej zarejestrowanych było 21 kuchni społecznych wydających 6,7 tys. obiadów, na zachód od tej ulicy - 19 kuchni żywiących 10 tys. uchodźców i pogorzelców.

Publiczne kuchnie organizowane też były przez administrację miasta i Radę Główną Opiekuńczą. Jedna z największych działała przy ul. Hożej 28. Dziennie wydawała 2 tys. obiadów, w tym 900 dla żołnierzy. Inna - przy Złotej 50 - wydawała 30 tys. porcji zupy tygodniowo i znaczne ilości kaszy manny dla dzieci. "W drugiej połowie sierpnia na Powiślu pracowało 12 kuchni RGO wydających posiłki dla 12 460 osób, w tym 2,5 tys. dzieci. Na Starówce pięć dużych kuchni publicznych wydawało w sumie 9 tys. posiłków dziennie. Około 20 sierpnia dwie z nich zostały rozbite - czytamy w artykule Katarzyny Utrackiej.

Z myślą o najmłodszych warszawiakach tworzono specjalne kuchnie mleczne. Dożywianiem powstańców i cywili zajmowały się także zakony, np. siostry urszulanki z ul. Dobrej. Prowadziły kuchnię, wypiekały chleb, leczyły rannych. Żołnierze mieli kuchnie wojskowe. W pierwszych tygodniach walk mogła z nich korzystać ludność cywilna. Hanna Regulska "Ofka z organizacji Pomoc Żołnierzowi pracowała w powstańczej gospodzie przy ul. Siennej. Po wojnie napisała w książce "Tamte lata, tamte czasy: "Przez pierwsze dwa tygodnie zupa była wspaniała i zaspokajała w pełni młode apetyty. W kuchni na stolnicy leżały góry mąki, z której skubałyśmy ręcznie zacierki. Zwały końskiego mięsa krajałyśmy w kawałki i wrzucały do zupy. W kotłach gotowała się fasola, do tego dochodziło mięso, a na końcu dodawałyśmy zacierki. Zupa była smaczna, gęsta, pożywna.

Słodkie kulki z marmoladą

Nie lada wyzwaniem było dostarczenie produktów do kuchni. Specjalizowały się w tym krążące po mieście grupy objuczonych workami tragarzy, nazywane „karawanami”. Anastazja Brodziakowa „Lina” z powstańczej gospody w podziemiach gmachu Związku Nauczycielstwa Polskiego przy ul. Smulikowskiego tak wspominała swoje wyprawy po chleb do sióstr urszulanek przy ul. Dobrej: „Na trasie było jedno bardzo niebezpieczne przejście pod ostrzałem z Uniwersytetu. Był tu wykopany długi, ale za to niezbyt głęboki rów, którym trzeba było iść na czworakach albo w kuckach aż do ruin jakiegoś domu stanowiącego osłonę przed ostrzałem. Pamiętam, że pewnego razu musiałam dość długo czekać na wolne przejście, ponieważ z przeciwnej strony przeprawiała się długa kolumna mężczyzn i kobiet niosących worki z ziarnem na chleb dla głodującej Warszawy ( ). Kiedyś w sąsiedztwie odkryłyśmy z »Inezką” dziurę w parkanie okalającym ogromny ogród Sióstr Szarytek, tych z Tamki. Weszłyśmy do ogrodu i znalazłyśmy skarb: prawdziwe dojrzałe pomidory! I by szczęście nasze było pełniejsze, natrafiłyśmy także na winogrona. Zielone, bo zielone i do tego dość kwaśne, ale prawdziwe! Nie przypominam sobie, by wówczas któraś z nas miała choć przez chwilę cień wątpliwości, czy to wypada, by uczciwe dziewczęta zaopatrywały się w warzywa i owoce w cudzym ogrodzie. ( ) Tak więc ze zdobytych w ten sposób produktów sporządzałyśmy kanapki, a do tego z kuchni Zgrupowania otrzymałyśmy kawę, raz nawet trafiło się i kakao” (cytat za: Agnieszka Cubała „W gospodzie u peżetek”, „Kombatant” 6-7/2011).

Przy Smulikowskiego "Lina szykowała dla żołnierzy nie tylko kanapki. Specjalnością gospody były słodkie kulki. Po latach zdradziła przepis, który w tym samym artykule przytacza Agnieszka Cubała: "Przyrządzało się zasmażkę z mąki i tłuszczu, po przestudzeniu ugniatało się ją z marmoladą na jednolitą masę, z której następnie formowało się kulki, które po obtoczeniu w kakao i cukrze były gotowe do spożycia. Kanapki i kulki skończyły się 4 września, gdy Niemcy zbombardowali gmach PKO u zbiegu ul. Świętokrzyskiej i Jasnej, mieszczący wtedy Komendę Główną AK, a w podziemiach szpital i magazyn żywności, z którego korzystała gospoda ze Smulikowskiego.

Zupa plujka z pszenicy

Pierwsze braki żywności - jak pisze Halina Regulska - kuchnie odczuły już w połowie sierpnia: "Konie były już zjedzone, zupa robiła się coraz rzadsza i była już bez mięsa. Fasola, mąka kończyły się, pozostała nam jedynie kasza. Ludność cywilna żyła ze swoich zapasów. Ci, którzy posiadali je i byli w swoich mieszkaniach, nie odczuwali tak dotkliwych braków, ale większość już głodowała. W najgorszej sytuacji byli ludzie, którzy znajdowali się poza swoimi mieszkaniami, zdani wyłącznie na łaskę innych.

We wrześniu sytuacja żywnościowa Warszawy ze złej zmieniła się w dramatyczną. Zbombardowanie 4 września elektrowni na Powiślu unieruchomiło pompy tłoczące wodę. Wodociągi wprawdzie jeszcze pracowały na pompach parowych, ale woda i tak w wiele miejsc nie docierała z powodu zniszczonej sieci. Bez niej kuchnie nie mogły działać. Ratowano się budową zastępczych studni i instalowaniem motopomp dostarczających wodę do niedużych enklaw miasta. Powstańczy dokumentaliści zarejestrowali na zdjęciach i filmach tworzące się przed studniami gigantyczne kolejki ludzi, którzy wyszli ze swoich kryjówek w piwnicach i z wiadrami, miskami, garnkami czekają na kilka litrów wody.

Na wyczerpaniu były zapasy żywności. Kwatermistrz Okręgu Warszawa AK major Tadeusz Dołęga-Kamieński meldował 30 sierpnia, że prowiantu dla wojska i cywili pozostało na pięć dni. Głównym posiłkiem stała się zupa "plujka. Gotowano ją z pszenicy lub jęczmienia pochodzącego z browaru Haberbuscha i Schielego. A gdy tego zabrakło - z kasztanów. Zboże mielono w młynkach do kawy lub mięsa. "Szczęśliwy, kto taki młynek posiadał! Był to w oczach ludzkich wówczas najcenniejszy skarb. Młynka podobnie jak siekiery nie pożyczyłby nikt nikomu. Długo i cierpliwie trzeba było kręcić pszenicę, aby uzyskać z niej dostateczną ilość mąki, zwłaszcza gdy rodzina była liczna. Ludzie całymi dniami kręcili maszynki. Od rana do wieczora, często jeszcze i w nocy rozlegał się w całym domu monotonny chrobot - zapamiętała Halina Regulska. W ugotowanej ze zboża zupie pływały jednak łupiny i podczas posiłku trzeba je było wypluwać, stąd nazwa potrawy.

„Już po paru dniach zupa jęczmienna, tak zwana zupa pluj, placek z jęczmienia i wszystko, co było z jęczmienia, nie mogło nam przejść przez gardło. Wtedy postanowiłem przerzucić się na menu mięsne z psa” - przyznał po wojnie Józef Gradowski, oficer pożarnictwa (cytat z: „Ludność cywilna w Powstaniu Warszawskim”). „Psów po Warszawie błąkało się sporo. Kiedy przyprowadziłem psa, zapytałem, kto z obecnych jest rzeźnikiem. Zgłosił się »Dolar « ze straży Philipsa. Zobaczywszy psa, wycofał swoją zgodę. Ale w końcu zdecydował się oprawić zabitego przez kogo innego psa. Więc spytałem: a jak ja go zabiję? Mięso było wyśmienite. Początkowo psiego mięsa nie chciało jeść sześć osób, ale później jedli wszyscy prócz łączniczki »Kropki «, żony inż. Zaburdy. Zmiana menu okazała się zbawienna. Przywróciła zdrowie i siły”."

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,54420,16409600,_Dostalismy_rozkaz__zdobyc_lewy_brzeg____wspomina.html

\"Dostaliśmy rozkaz: zdobyć lewy brzeg - wspomina berlingowiec

- Idę na kolanach i strzelam. Taka walka, na kolanach, była jak modlitwa - opowiada Felix Osiński z Kanady, berlingowiec, który w czasie Powstania Warszawskiego brał udział w desancie z praskiego brzegu na pomoc walczącemu miastu.

- We wrześniu 1944 r. przepłynęliśmy z kolegami Wisłę dwoma pontonami. Wylądowaliśmy między mostem średnicowym a Poniatowskiego. Było nas około 50, przeżyła garstka - wspomina Felix Osiński.

Dziś mieszka w Calgary, ma 89 lat. Tryska energią. Do Warszawy przyjechał na obchody 70. rocznicy Powstania. Zwiedzając Warszawę, często powtarza: - Jakie piękne miasto!

Kiedy z angielskiego przechodzi na polski, słychać wschodni akcent. Trochę zaciąga, niczym bohaterowie filmu "Sami swoi. Jego historia wystarczyłaby na kilka życiorysów: urodził się w okolicach Żytomierza (dziś Ukraina), rodzice uznani za kułaków, bo mieli trochę własnej ziemi, lądują z dziećmi na Syberii. Felix jako 18- latek dostaje wezwanie do wojska, trafia do polskich oddziałów pod dowództwem gen. Zygmunta Berlinga. - Byliśmy słabo przeszkoleni. Biegaliśmy z drewnianymi karabinami. Pierwszy raz w życiu strzelałem z prawdziwej broni, kiedy weszliśmy do Polski, w lesie - wspomina.

Chrzest bojowy przechodzi między 18 a 22 września 1944 r. w Warszawie. - "Płyń ty, bo dobrze strzelasz - powiedział mi dowódca plutonu Antoni Nagalewski. Obsługiwałem z kolegą rusznicę przeciwpancerną. Dostaliśmy rozkaz: zdobyć lewy brzeg rzeki, przebić się do walczących powstańców. Zapytałem: "A gdzie oni są?, bo nigdy wcześniej nie byłem w Warszawie. "Gdzieś w centrum - usłyszałem - opowiada Felix Osiński.

W filmie Ewy Ewart "Zdobyć miasto nakręconym dla TVN24 powie coś jeszcze: że on i koledzy nie byli przeszkoleni do walk w mieście. - Wyszedłem na brzeg Wisły na kolanach. I strzelałem. Taka walka, na kolanach, była jak modlitwa - mówi.

Szlak pod historię rodziny

Na pomysł, by całą rodziną wybrać się z Kanady do Warszawy na 70. rocznicę Powstania, wpadł syn Felixa Osińskiego, Joe. - Ojciec bardzo często o tym opowiada. Byliśmy już kiedyś w Warszawie w 1976 r., ale krótko. To był inny kraj, inne miasto i ludzie - wspomina. I zaraz dodaje: - Wolę tę Polskę. Ludzie są bardziej zrelaksowani, nie boją się mówić tego, co myślą.

Tym razem Joe w podróż zabrał też synów, Paula (20 lat) i Andrew (18). - Co innego czytać o historii w książkach czy uczyć się w szkole, a co innego zobaczyć te miejsca naprawdę. Wszystko staje się dużo bardziej realne - mówi Paul.

W grupie krzepkiego berlingowca są jeszcze: Judy Osiński (mama Paula i Andrew, żona Joego), Rose Halase (córka Feliksa) z mężem Billem Halasem, wszyscy z Kanady. Przybyli też reprezentanci rodziny, która pozostała w Rosji: Feliks Osinskij z Woroneża i Leonida Hojaksowa z Jekaterynburga. - Dołączy jeszcze kilka osób z rodziny - mówi Joe Osiński. - Potem mamy w programie kilka miast, w tym Kraków i Auschwitz. Ojciec spędził kilka tygodni w Oświęcimiu, potem przewieźli go na roboty do Wolfsbergu w Austrii. Po wyzwoleniu przez aliantów, choć to był już koniec wojny, trafił do armii Andersa. Znalazł się we Włoszech. Pod Monte Cassino pracował jako saper przy rozminowywaniu - opowiada Joe.

Rodzina Osińskich zamieszkała w apartamentach u zbiegu Chmielnej i Nowego Światu. Zamówili wycieczkę minibusikiem z przewodniczką. - Dopiero co wróciłam z wakacji. Kiedy zadzwonili z mojej firmy, że jest taka grupa, nie wahałam się ani chwili. Miasto i Powstanie Warszawskie to moja pasja - mówi Katarzyna Kacprzak.

Ustala trasę pod historię rodziny: najpierw pomnik Poległym i Pomordowanych na Wschodzie przy Muranowskiej, czyli platforma sowieckiego wagonu deportacyjnego z dziesiątkami krzyży, potem teren getta z pomnikiem - ławeczką Jana Karskiego przed Muzeum Historii Żydów Polskich, czyli pierwsze powstanie i Holocaust. Kolejny monument obowiązkowy na trasie zwiedzania - pomnik Powstania Warszawskiego na placu Krasińskich. Felix Osiński dopytuje, jaki dystans musieli pokonać powstańcy, ewakuując się ze Starego Miasta do centrum. - Kilka kilometrów. W kanałach ścieki sięgały nawet do wysokości szyi. W Muzeum Powstania Warszawskiego można przejść repliką takiego kanału. Jest sucho, nie śmierdzi, ale panują ciemności. Można choć trochę poczuć tę grozę - tłumaczy Katarzyna Kasprzyk.

Młodzi członkowie rodziny robią zdjęcia. Główny bohater - dziadek i ojciec - wzrusza się: - Mieliśmy iść na pomoc, a sami znaleźliśmy się pod mostem Poniatowskiego w pułapce.

Na baczność pod pomnikiem

Jedziemy busikiem na praski brzeg Wisły. Dostęp do pomnika Kościuszkowców u zbiegu Okrzei i Wybrzeża Helskiego jest utrudniony. Główne dojście ze schodami i napisem "Lenino - Warszawa - Berlin zagradza metalowy płot. Trwają przygotowania do budowy kompleksu Port Praski - pierwszy budynek już majaczy za plecami ogromnej, 12-metrowej figury biegnącego kościuszkowca w pałatce-pelerynie z pepeszą w prawej dłoni, a lewą wyciągniętą do przodu i grymasem na twarzy. Niemal słychać okrzyk: - Do ataku!

Na boku mówię Joemu Osińskiemu, że z powodu tych rozcapierzonych palców warszawiacy przezwali pomnik "Pięć piw, proszę. Zaczyna się śmiać. - Może lepiej nie mów tego ojcu - proszę.

- Ale dlaczego nie, to przecież zabawne? - oponuje Joe.

I powtarza anegdotę całej rodzinie. Śmiech rozładowuje emocje, ciągłe wspomnienia o wojnie i zagładzie miasta.

Dochodzimy pod pomnik. I Felix Osiński zmienia się nie do poznania. Ściąga czapkę z daszkiem, która chroni go przed upalnym słońcem. Staje przed pomnikiem na baczność. Przez moment ma łzy w oczach. On, twardziel, Sybirak, berlingowiec, więzień Oświęcimia, żołnierz generała Andersa. - Czy to tu byłem w 1976 r.? - zastanawia się.

- Wtedy tego pomnika jeszcze nie było. Został odsłonięty 17 stycznia 1985 r. - przypomina Katarzyna Kacprzak. I proponuje: - Jedziemy na praską plażę. Stamtąd będziemy widzieć dwa mosty, między którymi wylądował desant berlingowców.

Busik zatrzymuje się na wysokości Stadionu Narodowego przy pawilonie Plażowa. Schodzimy na brzeg. Upał, tłum opala się na plaży. - Ale fajnie, co za widok - komentują Kanadyjczycy.

- Chyba z tego miejsca spychaliśmy łódki do wody. Tu brzeg jest niski, a nurt rzeki dużo spokojniejszy. - Alex Osiński wskazuje miejsce po prawej stronie.

Wsiadamy na pokład niewielkiego promu Pliszka, który kursuje między brzegami Wisły ze spacerowiczami i rowerzystami. Dodatkowa atrakcja i przeżycie. Prom zatrzymuje się przy schodkowym bulwarze blisko mostu Poniatowskiego. - Brzeg wyglądał wtedy zupełnie inaczej - stwierdza Felix Osiński. - Nasyp ziemny był umocniony kamieniami.

Trzy dni w bunkrze pod mostem

Co się stało we wrześniu 1944 r., dowiadujemy się z kilkustronicowych wspomnień Felixa Osińskiego, które zredagował Joe. W skrócie było tak: z praskiego brzegu płyną dwie łodzie desantowe, po 24 żołnierzy w każdej. Nad Wisłą ciemno od dymu. Niemcy zaczynają strzelać. Z łodzi odpowiadają ogniem. Trup ściele się gęsto. Niemcy mają stanowiska karabinów maszynowych przy jednym i drugim moście. Dowódca mówi, że nie ma łączności z praskim brzegiem, bo radiotelegrafista został trafiony, a radiostacja nie działa. Ci, którzy przeżyli, siedzą w okopach na lewym brzegu i strzelają. Zaczyna brakować amunicji. Pod osłoną nocy część polskich żołnierzy wycofuje się i próbuje płynąć wpław Wisłą. W okopach zostaje kilkunastu berlingowców. Niemcy wystrzeliwują rakiety (flary), by oświetlić teren. Strzelają z karabinów maszynowych. Wisła "robi się czarna od ciał zabitych i rannych. - Też chciałem uciekać rzeką, ale było już za późno. Zostałem w okopach - wspomina Felix Osiński.

Wali z rusznicy przeciwpancernej w czołg strzelający znad bulwarów na praski brzeg. I w stronę okopanych Niemców. A ci rzucają granat. Osiński zostaje ranny w kolano. - Wtedy zauważyłem coś, co wyglądało jak mały bunkier pod mostem Poniatowskiego. Biegnę tam i nagle słyszę: "Stój! Stój!. To nasi! Wpuszczają mnie.

W środku ukrywa się sześciu berlingowców. Bunkier okazuje się murowanym pomieszczeniem na instalacje, zapewne elektryczne. Z rana Niemcy zabierają swoich zabitych żołnierzy, ośmiu zajmuje pobliski okop. Berlingowcy ukryci w "bunkrze słyszą ich rozmowy. - Czekaliśmy w ukryciu dwa dni i trzy noce na wsparcie, na atak naszych z drugiego brzegu. Nie mieliśmy wody, jedzenia, apteczki, amunicji. Nie mieliśmy wyboru. Musieliśmy się poddać - mówi Felix Osiński.

Wychodzą spod mostu z rękami w górze. Niemcy trzech poważnie rannych berlingowców zabierają ze sobą. Co się z nimi stało, nie wiadomo. Pozostali kopią dół głęboki na mniej więcej sześć stóp. Osiński: - Zebraliśmy ok. 10 zabitych kolegów z okolicy ślimaka prowadzącego na wiadukt mostu Poniatowskiego. Wiele ciał zostało. Może szczątki naszych żołnierzy trafiły w końcu na prawdziwy cmentarz? Baliśmy się, że ten grób przykryją nami na samym końcu.

Jeńcy trafiają jednak na Wolę (Osiński pisze o kościele św. Józefa, chodzi zapewne o kościół św. Stanisława na Woli, gdzie mieścił się obóz przejściowy dla ewakuowanych mieszkańców Warszawy). Potem transport kolejowy do obozu w Oświęcimiu, po kilku tygodniach - obóz w Wolfsbergu i w 1945 r. wyzwolenie. Felix Osiński zostaje wcielony do Armii Andersa i trafia do Włoch. W Neapolu doczekuje się operacji rannego kolana. Potem jest Wielka Brytania, gdzie żeni się, i wyjazd do Kanady.

- Od lat staramy się, by ojciec dostał medal. Przecież próbował pomóc walczącym powstańcom. Uważam, że zasłużył na uznanie - mówi Joe Osiński. - Próbowaliśmy przez Ambasadę Polski w Kanadzie, teraz znów próbujemy tu, w Warszawie. Może ojciec w końcu doczeka? W przyszłym roku kończy 90 lat."

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,54420,16411564,Mialem_13_lat__kiedy_Monter_zarzadzil_Godzine__W_.html

Miałem 13 lat, kiedy Monter zarządził Godzinę "W

- Niedługo przed Godziną "W nad Ochotą przeszła burza. Zaraz po niej z naszego domu zaczęli wychodzić młodzi ludzie. Jeden z nich niósł długi przedmiot owinięty w gazetę. Od razu widać było, że to karabin - opowiada Bogdan Bartnikowski.

Dziś rano przyszedł pod kamienicę przy Filtrowej 68, gdzie rozpoczęły się uroczystości 70. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. O godz. 9 zebrało się tu blisko 200 osób. W uroczystości uczestniczyli m.in. przedstawicie władz miasta, dzielnicy Ochota i Kancelarii Prezydenta RP. Nie zabrakło mieszkańców dzielnicy. To przy Filtrowej 68 - 31 lipca około godz. 19 - pułkownik Antoni Chruściel "Monter, dowódca okręgu AK, podpisał rozkaz rozpoczęcia Powstania i skierował go do podległych sobie dowódców. Godzinę "W naznaczył na 17 następnego dnia.

- Doskonale pamiętam Godzinę "W. Miałem wtedy prawie 13 lat. Mieszkałem kilkadziesiąt metrów od tego miejsca, przy Kaliskiej 17. Niedługo przed Godziną "W nad Ochotą przeszła burza. Krótka, ale intensywna. Zaraz po niej jeden z moich kolegów zwrócił uwagę na młodych ludzi w wieku około 20 lat, wychodzących z naszego domu. Jeden z nich niósł długi przedmiot owinięty w gazetę. Od razu widać było, że to karabin. Minęło dziesięć minut i wybuchła strzelanina od strony placu Narutowicza - wspomina Bogdan Bartnikowski, który uczestniczył w uroczystości.

"Ranni i smarkacze zostają

1 sierpnia 1944 r. Plac Narutowicza stał się polem niczyim. Tymczasem w rejonie Kaliskiej, Sękocińskiej, Barskiej powstała enklawa zdobyta przez powstańców, jedna z dwóch na Ochocie. Nazwano ją Redutą Kaliską, broniona była pod dowództwem podporucznika Andrzeja Chyczewskiego "Gustawa. - Mój ojciec poszedł walczyć do "Gustawa. Ja z chłopakami biegałem po okolicznych piwnicach i mieszkaniach i szukaliśmy tam wszystkiego, co może się nadać do szpitala powstańczego w domu u zbiegu Kaliskiej i Jotejki - opowiada Bogdan Bartnikowski.

Obrona Ochoty trwała do 9 sierpnia. Nocą z 9 na 10 "Gustaw przedarł się wraz z 90 żołnierzami do Lasów Chojnowskich. - Ojciec poszedł z nimi. "Gustaw miał powiedzieć, że ranni i smarkacze zostają. Zostałem z mamą - relacjonuje Bogdan Bartnikowski. - Wtedy weszli żołdacy RONA [Russkaja Oswoboditielnaja Narodnaja Armja], Białobrzeską i Opaczewską popędzili nas na Zieleniak w rejonie obecnej Hali Banacha. Po drodze kilkakrotnie symulowali, że nas rozstrzelają.

Stamtąd wraz z innymi mieszkańcami domu wywiezieni zostaliśmy do Oświęcimia."

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://www.zw.com.pl/artykul/363168,666094-Warszawskie-dzieci-w-boju.html

Warszawskie dzieci w boju

W sierpniu 1944 roku na ulicach stolicy walczyło ponad tysiąc małych powstańców. Niemcy nie mieli dla nich litości.

Teoretycznie w Powstaniu Warszawskim mogli walczyć ci, którzy ukończyli 16 lat. W praktyce było inaczej. Na stołecznych barykadach pojawiały się już nawet dziewięcioletnie dzieci.
– Trudno podać dokładną liczbę najmłodszych powstańców. Problem jest bowiem nawet z dokładnymi obliczeniami dotyczącymi całości regularnych sił powstańczych – mówi „Rz" Mariusz Olczak, historyk Polskiego Państwa Podziemnego. Dodaje jednak, że zwykle tę grupę powstańców szacuje się na 1100–1200 osób. – W nielicznych przypadkach prowadzono w oddziałach ich ewidencję, część młodych ludzi przystępowała jednak do oddziałów powstańczych na bieżąco w czasie walk – wyjaśnia historyk.

Wkręcić się do walki

Jerzy Turzewski ps. Karwowski, najmłodszy powstaniec ze Starówki (104. kompania AK), działalność konspiracyjną rozpoczął od przenoszenia bibuły.
– Byłem wychowywany w duchu patriotycznym. Sam się do tego rwałem – opowiada Turzewski, który w godzinie W miał 13 lat. – Psychicznie i duchowo czułem się dorosły. Przeżyłem przecież prawie pięć lat okupacji – wspomina.
Na udział w walkach miał zgodę matki, ale wymusił ją szantażem. – Powiedziałem jej, że jeśli się zgodzi, to będzie wiedziała, gdzie jestem, jeśli nie, to ucieknę i nie będzie wiedziała. Nie miała wyjścia – opowiada.
Ale trzeba było jeszcze przekonać dowódców. Turzewski zgłosił się do oddziału stacjonującego przy ul. Świętojerskiej 16 w fabryce firanek Feinkinda. – Dowódca pyta, ile mam lat? A ja pewnie odpowiadam, że wchodzę w 16. rok życia. On tylko się uśmiecha i stwierdza, że będę noszowym i łącznikiem – wspomina powstaniec.
Nie był z tego zadowolony. – Chciałem pójść do oddziału szturmowego – dodaje. – Powiedziałem więc dowódcy, że spełniam warunki. – Jakie warunki? – zapytał. – Jestem kawalerem. Nie mam żony i dzieci. Jeśli będę ranny czy zginę, to straty będą mniejsze. Dowódcy to jednak nie przekonało.
Spryt pomógł także Waldemarowi Nowakowskiemu ps. Gacek (zgrupowanie „Waligóra), który 1 sierpnia 1944 r. miał ukończone zaledwie 12 lat. Powstanie zastało go na ul. Obozowej. Gdy usłyszał pierwsze strzały, pobiegł do pobliskiego szpitala polowego. Tam trwała zbiórka powstańczego oddziału.
– Stanąłem w ostatnim rzędzie i powiedziałem „strzelec Waldemar melduje się posłusznie do służby" – wspomina. Meldować nauczył się w domu, bo jego ojciec był wojskowym. – Od zawsze otaczali mnie żołnierze. Meldować nauczyłem się wcześniej niż pacierza – opowiada pan Waldemar.
Uwierzyli mu i dostał powstańczą opaskę.
Do służby ojczyźnie od najmłodszych lat był też przygotowywany Jerzy Grzelak ps. Pilot. W chwili wybuchu powstania miał dziewięć lat, ale już od czwartego roku życia uczestniczył w spotkaniach osób związanych z konspiracją.
– O konieczności walki z okupantem znajomi rodziców rozmawiali w naszym domu już w grudniu 1939 r. Byłem małym dzieckiem, ale te rozmowy przez całe lata toczyły się przy mnie – opowiada.
Był więc pewien, że należy zaangażować się w walkę. Ostatecznie się utwierdził, kiedy na jego oczach Niemcy rozstrzelali dużą grupę cywilów. – To był odwet za zabicie jakiegoś Niemca. Stałem z matką tak blisko, że dokładnie widziałem rozlewającą się na boki krew. Dziecko, które coś takiego widzi, nie ma wątpliwości, czy należy walczyć z okupantem – opowiada.
W działalność konspiracyjną wciągnęli go znajomi ojca – wcześniej żołnierza 26. Pułku Ułanów Wielkopolskich. Jego pierwszym zadaniem było obserwowanie Ukraińca, który regularnie odwiedzał mieszkającą w tej samej kamienicy co on prostytutkę. W jej mieszkaniu regularnie odbywały się orgie z udziałem Niemców. Ten Ukrainiec wszedł w struktury podziemne i donosił okupantom na kolegów. Dzięki pracy „Pilota konfidenta usunięto.

Dzieci nie strzelały

– Najwięcej młodych powstańców było w Śródmieściu Północnym i Południowym, czyli w dzielnicach, w których walki były mniej intensywne, a ich służba mogła być bardziej użyteczna. Z kolei ich procent był mniejszy tam, gdzie dochodziło do gwałtownych walk, jak na Woli, na Starym Mieście czy też na Czerniakowie – tłumaczy Olczak. Dodaje, że wbrew propagandzie młodzi nie strzelali, a jedynie pełnili służbę pomocniczą – byli sanitariuszami, łącznikami, przenosili amunicję, lekarstwa i pocztę.
Ale nie było im łatwo. Dzieci często dostawały trudne zadania, bo było im łatwiej przemykać przez ogarnięte walkami miasto. Wiedzieli o tym także niemieccy snajperzy, którzy bez skrupułów strzelali do nich.
Grzelaka po wyśledzeniu Ukraińca coraz częściej angażowano w konspirację. Obserwował np. kino Olimp, gdzie koledzy wpuszczali gaz.
– Wiadomo, że „tylko świnie siedzą w kinie", a dochód ze sprzedaży biletów szedł na zbrojenia – wyjaśnia. Szykował też żarówki z atramentem w środku, które potem rzucał na wielką sięgającą ziemi flagę ze swastyką. – Niemcy rozwieszali ją na rogu Madalińskiego i Puławskiej w przejętym domu Wedla. Kiedy taka żarówka rozbijała się przy uderzeniu, zalewała atramentem flagę. Satysfakcja, gdy się trafiło, była ogromna – opowiada.
To było jednak przed powstaniem. W godzinie W mały chłopiec stanął z opaską na ramieniu przy ulicy Konduktorskiej i kierował innych powstańców na Belgijską 5, gdzie był sztab szwoleżerów. Później zlecano mu głównie przenoszenie amunicji i lekarstw, obserwowanie za pomocą lornetki terenu. Pod koniec powstania przekazywał dobre wiadomości cywilom ukrytym w piwnicach.
– O złych rzeczach nie mówiłem, choć coraz bardziej zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że o wygranej nie możemy marzyć – dodaje.
Z kolei Nowakowski był jednym z najsprawniejszych łączników na Woli. Jako pierwsze zadanie dostał przedarcie się z meldunkami do Szpitala Wolskiego. – Znałem te okolice. Każdy kamień – wspomina powstaniec.
Potem jeszcze wielokrotnie przenosił meldunki, amunicję i leki. Czterokrotnie przechodził linię kolejową.
– Mówili, że się nie da przejść, ale mi się udało. Strzelali z lewej, strzelali z prawej, ale można było się przedostać – opowiada powstaniec.
Życiowa trauma

– Dla dzieci-powstańców miesiące spędzone w walczącej Warszawie były największym życiowym przeżyciem, które odcisnęło trwałe piętno na ich dalszym losie – uważa Mariusz Olczak.
Dodaje, że po zakończeniu II wojny światowej nie obejmowano opieką psychologiczną żołnierzy AK i Szarych Szeregów. – Nikt nie diagnozował stresu pola walki, jak to się dzieje obecnie w przypadku żołnierzy wracających z misji wojennych – zauważa historyk. – Przeciwnie, groziły im represje ze strony ludowej władzy.
„Karwowski najgorzej wspomina dzień wybuchu ciągnika na Starówce. Zginęło niemal 300 Polaków. A on razem z grupą harcerzy był tuż obok. – Zebraliśmy puste butelki, w które wkładaliśmy dowód ofiary, legitymację powstańczą czy łańcuszki i te butelki chowaliśmy razem z zabitymi w zbiorowym grobie – wspomina. – Widok tych ciał był okropny. Wiele osób miało pourywane kończyny, rozerwane ciało, wielu było nagich, bo eksplozja rozerwała ubrania – mówi powstaniec.
Wspomina też, jak to innym razem nie miał kto przenieść rannych. Powstańcy prosili o pomoc ludzi chowających się w piwnicy, ale nikt nie chciał,
– Dowódca dał nam wtedy broń. Wymierzyłem w ludzi i wtedy nam pomogli. To była jedna z najgorszych sytuacji. Celowałem do swoich – wspomina.
Los nie oszczędzał także Grzelaka.
– Nigdy nie zapomnę lufy karabinu wymierzonego m.in. we mnie, w moją mamę. Niemcy chcieli nas rozstrzelać za to, że wbrew rozkazowi nie opuściliśmy naszego domu i z grupą sąsiadów zostaliśmy w piwnicy – opowiada.
Niemiecki generał obiecał darować im życie, jeśli sąsiadka, która zabawiała się z Niemcami, spędzi z nim noc. Kobieta się zgodziła. – Sąsiedzi wyjechali. My zostaliśmy, bo się baliśmy, że nas wyda. Ja byłem w powstaniu, mój ojciec też. A mama nieraz zwracała jej uwagę na niestosowne zachowanie – mówi Grzelak.
Po ok. sześciu tygodniach ponownie znalazło ich gestapo. – Myśleliśmy, że tym razem nie przeżyjemy. Zabrano nas na gestapo. Jeden z oficerów powiedział, żebyśmy pojechali do obozu w Pruszkowie. Miał syna w moim wieku – wspomina Grzelak. Dodaje, że dziś z niepokojem obserwuje to, co dzieje się na Ukrainie. – Boję się, że to doprowadzi do czegoś bardzo złego – podsumowuje."

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://wyborcza.pl/alehistoria/1,140902,16671652,Dowodca_do_ostatniego_strzalu.html

Dowódca do ostatniego strzału

Otoczyła nas zwarta ciżba rozpromienionych postaci. Posypały się błogosławieństwa, ktoś usiłował ucałować mi rękę, co wprawiło mnie w zakłopotanie - tak moment uwolnienia Żydów z obozu Gęsiówka na Muranowie wspominał dowódca batalionu "Zośka Ryszard Białous, pseudonim "Jerzy.

Dlaczego powojenny przybysz z Polski zainteresował się indiańskim plemieniem Mapuczów zamieszkującym Chile i Argentynę? Hiszpańscy konkwistadorzy przezwali ich Araukanami, co najpewniej pochodzi od słowa "awqa, a w języku keczua oznacza "buntownik lub "powstaniec. Mapucze i dziś awanturują się o swoje ziemie, a ich sporami z rządami Argentyny i Chile zajmuje się Organizacja Narodów Zjednoczonych i zwykle przyznaje im rację.

To właśnie prawdopodobnie ich buntowniczy charakter sprawił, że Ryszard Białous nie tylko się nimi zainteresował, ale nawet został ich znawcą. Nigdy nie dali się podbić mieszkającym w sąsiedztwie potężnym Inkom ani też hiszpańskim konkwistadorom, których marsz po pokonaniu Inków zatrzymał się na granicy terytorium Mapuczów. Choć słabsi, rzucali się z motyką na słońce, a że bili się, nie bacząc na ofiary, często wygrywali w beznadziejnych sytuacjach. I nigdy nie utracili niezależności. Białousowi musiało to imponować. Być może w ich zaciekłej walce o wolność dostrzegał odbicie własnej historii oraz dziejów swojej ojczyzny.

Na czele "Zośki

U schyłku lata 1943 r. harcerze z Grup Szturmowych Szarych Szeregów, stanowiących część Kierownictwa Dywersji (Kedywu) Armii Krajowej, zaatakowali niemiecki posterunek na granicy Generalnego Gubernatorstwa, w Sieczychach. Akcja przyniosła więcej goryczy niż radości ze zwycięstwa. Od przypadkowej kuli zginął bowiem Tadeusz Zawadzki, ps. "Zośka, legenda Szarych Szeregów, bohater akcji "Wawer i małego sabotażu, pomysłodawca i uczestnik odbicia Jana Bytnara, "Rudego, pod warszawskim Arsenałem.

Kilka dni po śmierci Zawadzkiego harcerskie Grupy Szturmowe w hołdzie poległemu dostały kryptonim "Zośka. Ich dowódca, porucznik Ryszard Białous, ps. "Jerzy, był o kilka lat starszy od podwładnych. Miał za sobą wiele lat spędzonych w harcerstwie i doświadczenie bojowe wyniesione z kampanii wrześniowej.

Harcerz indiańsko-słowiański

Przyszły dowódca "Zośki urodził się w Warszawie w kwietniu 1914 r. Ukończył Gimnazjum im. św. Stanisława Kostki, po maturze studiował matematykę na Uniwersytecie Warszawskim i architekturę na Politechnice. Krótko przed wojną ukończył też kurs saperów w podchorążówce w Modlinie, a także ożenił się z koleżanką ze studiów, Krystyną Błońską

Od 1924 r. piął się w harcerskiej hierarchii, ale tylko do czasu. W 1938 r. współtworzył zrzeszenie "Wigierczycy, nawiązujące do zyskujących popularność w międzynarodowym ruchu skautowym idei tzw. puszczaństwa. Tak jak ówcześni radykalni ekolodzy, wigierczycy uważali, że człowiek powinien żyć zgodnie z naturą, a las jest jego naturalnym środowiskiem. Wpatrzeni w prasłowiańską i indiańską mitologię, używali "słowiańsko-indiańskich imion, np. "Czarny Wilk lub "Lotny Orzeł. Mieli własną strukturę i przywódców. Część harcerzy uważała ich za niegroźnych wariatów ganiających po lasach Suwalszczyzny i rozstawiających na polanach prasłowiańskie totemy. Wielu we władzach ZHP uznało, że są zagrożeniem, bo tworzą konkurencyjne drużyny i kręgi, na dodatek pogańskie. Akces do "Wigierczyków zahamował harcerską karierę Białousa.

Gdy wybuchła wojna, w stopniu sierżanta dowodził plutonem saperów podczas obrony Warszawy. Został ciężko ranny w nogi i pewnie trafiłby do niemieckiej niewoli, gdyby nie żona. Kurującego się w szpitalu w podziemiach kościoła św. Krzyża męża wraz z przyjaciółmi wykradła i przewiozła do domu.

Zimą 1940 r. należał już do konspiracyjnej Służby Zwycięstwu Polski, a także do podziemnego harcerstwa, natomiast żołnierzem Kedywu został pod koniec 1942 r. Ta elitarna formacja Armii Krajowej formalnie, rozkazem komendanta AK, została powołana w styczniu 1943 r., ale jej pierwsze struktury istniały już w poprzednim roku.

Białous brał udział w akcji pod Arsenałem, dowodził wieloma akcjami dywersyjnymi, w końcu stanął na czele Grup Szturmowych. Na zdjęciach z tamtego czasu wśród "zośkowców wygląda jak dorosły między dziećmi. Jest chyba jedynym, który od czasu do czasu nosi wąsy.

Wola, Starówka, Śródmieście, Czerniaków

"Zośkowcy walczyli od pierwszego dnia powstania w rejonie cmentarzy na Woli. 5 sierpnia po ciężkich walkach wyzwolili Konzentrationslager Warschau, obóz przy ul. Gęsiej, tzw. Gęsiówkę. Uwolnili z niego 348 Żydów z różnych krajów Europy.

Natychmiast otoczyła nas zwarta ciżba rozpromienionych postaci - opisywał ten moment Białous we wspomnieniach. - Posypały się błogosławieństwa, ktoś usiłował ucałować mi rękę, co wprawiło mnie w najwyższe zakłopotanie. Zaraz też rozpoczęły się chóralne niemal prośby: "Dajcie nam broń! Dajcie mundury! Chcemy walczyć z wami. Ponad innymi górowały głosy polskie. Ten i ów podawał swoje nazwisko. Wielu okazało się obrońcami getta. Patrzyłem na ich twarze rozradowane, a myśl moja wybiegała do tych strasznych chwil, kiedy w obliczu tragedii, jaką przeżyli nasi współobywatele w oblężonym getcie, czuliśmy całą swą bezsilność.

Potem brali udział w nieudanym szturmie na Dworzec Gdański, ale też w rozbiciu niemieckiego garnizonu w magazynach przy ulicy Stawki. Żołnierze Białousa bili się na Starym Mieście, próbowali się połączyć z oddziałami AK walczącymi na Żoliborzu, a w końcu z wyjątkiem jednej grupy przeszli kanałami do Śródmieścia. Kolejnym polem bitwy straszliwie zdziesiątkowanego batalionu "Zośka stał się Czerniaków, gdzie razem z resztkami batalionu "Parasol utrzymywali przyczółek, na którym miały lądować przeprawiające się przez Wisłę oddziały armii Berlinga. Najtrudniejsze momenty przeżyli na Czerniakowie i wcześniej na Starówce.

Dramat nad Wisłą

Gdy przyszedł rozkaz ewakuacji ze Starego Miasta, przy nadzorowanych przez akowską żandarmerię wejściach do kanałów dochodziło do dantejskich scen. Przerażeni niemieckim bestialstwem ludzie chcieli za wszelką cenę uciekać. Większość wiedziała, że bandyci z SS i RONA (kolaborującej z Niemcami Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Ludowej) kilka tygodni wcześniej dokonali rzezi cywilnej ludności na Woli. Akowcy musieli używać broni, by opanować panikę.

Do najtragiczniejszych wydarzeń doszło jednak na Czerniakowie, w pobliżu zatopionego statku "Bajka zamienionego na przystań. Gdy zaczęły do niego dobijać wysłane z drugiego brzegu Wisły łodzie, żeby ewakuować powstańców i cywili, tłum rzucił się na nie, tratując się nawzajem. Żeby zapanować nad chaosem, akowcy najpierw strzelali w powietrze, ale gdy to nie pomogło, strzelali wprost w zatapiających łodzie i walczących między sobą cywilów. Zabili kilkadziesiąt osób, inaczej zginęłoby o wiele więcej.

"Bohaterowie powstania: Anoda

To właśnie wtedy Białous powiedział dowódcy desantu z armii Berlinga, że nie ewakuuje się na Pragę, lecz spróbuje się przebijać ku centrum Warszawy.

Z Czerniakowa cudem dotarł do swoich podwładnych. Walczył z nimi na Mokotowie, a później znów w Śródmieściu. Z jego batalionu zginęło 360 żołnierzy, ponad 70 proc. stanu. On przeżył. Awansowany do stopnia kapitana złożył broń ostatniego dnia powstania. Ze zrujnowanej Warszawy wyszedł do niemieckiej niewoli.

Bohater na obczyźnie

W obozie jenieckim w Bergen-Belsen miał prawo do noszenia trzech baretek Krzyża Walecznych i jednej Virtuti Militari. Stamtąd wraz z innymi jeńcami został przewieziony do obozu Gross Born (Borne Sulinowo) na Pomorzu, a potem, po morderczym kilkusetkilometrowym marszu trafił do oflagu Sandbostel w Dolnej Saksonii. Tam doczekał wyzwolenia przez aliantów.

Zaraz po uwolnieniu, jeszcze w Niemczech, zaangażował się w ruch harcerski. Przewodził polskim skautom w emigracyjnych organizacjach. W 1948 r. wyjechał do Argentyny i osiadł blisko chilijskiej granicy. Zarządzał uzdrowiskiem, był dyrektorem do spraw dróg i energii elektrycznej w Patagonii, a nawet ministrem do spraw planowania i rozwoju w rządzie prowincji Neuquén. Założył klub sportowy, jeździł na nartach, zbierał zabytkowe przedmioty i w końcu zainteresował się Mapuczami, którzy wolność cenili ponad wszystko.

Prawie nikt w Argentynie nie wiedział, że ten szanowany obywatel jest polskim bohaterem wojennym. Tylko raz przyjechał do kraju, w 30. rocznicę powstania warszawskiego. Zmarł w 1992 r. w Argentynie, gdzie został pochowany.

Epitafium autorstwa Ryszarda Białousa umieszczone w kwaterze żołnierzy baonu "Zośka na wojskowych Powązkach"

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://wyborcza.pl/alehistoria/1,140606,16592520,Pseudonim__Zakurzona_.html

Pseudonim "Zakurzona

- Ratujcie tamtych, ja jestem tylko zakurzona! - usłyszeli sanitariusze, gdy po jednym z nalotów na Śródmieście uwijali się z noszami wśród gruzów. Krzyczała do nich Krysia Niżyńska, najmłodsza sanitariuszka batalionu "Zośka. Pseudonim "Zakurzona przyjął się od razu.

Ostatni raz widziano ją pod kościołem św. Wojciecha na Woli, gdy Niemcy oddzielili kobiety od mężczyzn i ustawili je pod ścianą. Nie ma naocznego świadka jej śmierci, więc nie wiadomo, czy została rozstrzelana, czy może - jak wielu mieszkańców Woli i powstańców - spalona żywcem. Wiadomo tylko, że działo się to 24 września 1944 r. Miała 16 lat.

Sanitariuszka w "Zośce

Urodziła się 9 czerwca 1928 r. we Lwowie, a wychowywała w Grodnie, póki rodzice (ojciec - oficer Wojska Polskiego), już w czasie okupacji, nie przenieśli się na warszawski Żoliborz. Uczyła się w tajnym gimnazjum i wzorem brata wstąpiła do konspiracyjnego harcerstwa.

Do "Zośki trafiła tuż przed wyruszeniem batalionu na Czerniaków po kilku dobach odpoczynku w Śródmieściu. Do Śródmieścia przedostała się zaraz na początku powstania z Żoliborza, gdzie - mówiła najbliższym - z pewnością nic się nie będzie działo. Na przydział musiała jednak poczekać kilka tygodni. Miała za sobą akcje małego sabotażu, batalion harcerski wydawał się więc naturalnym przydziałem, ale też bardzo niebezpiecznym, bo ten oddział obsadzał najtrudniejsze odcinki.

Reduta przy Wilanowskiej 1

Desant przez Wisłę żołnierzy 1. Armii Wojska Polskiego dowodzonych jeszcze przez generała Zygmunta Berlinga nie mógł odmienić losów powstania. Czerniaków ginął - pisze Aleksander Kamiński w "Zośce i Parasolu. - Ścieśniony został już tylko do ulicy Wilanowskiej i jej zaplecza w kierunku Zagórnej oraz skrawka ulicy Solec przy brzegu Wisły. 19 września pułkownik "Radosław [Jan Mazurkiewicz] przystąpił do ewakuacji niezdolnych do walki żołnierzy swego zgrupowania kanałami na Mokotów. Na Czerniakowie pozostawało nieco ponad 200 ludzi. Istniała jeszcze nikła nadzieja dalszych desantów.

Obrońcy Czerniakowa opuszczali ostatnie reduty, w których Niemcy mordowali rannych, i został im w zasadzie tylko jeden zrujnowany dom przy ulicy Wilanowskiej 1 będący punktem oporu i szpitalem w jednym. Bronili go wspólnie powstańcy i berlingowcy. Głodowali - jedli surowy groch i zupę ugotowaną z padłego, cuchnącego już konia, a kiedy zapadały ciemności, nosili z Wisły wodę, ale tylko wtedy, gdy Niemcy przestawali strzelać.

Kamiński: Ludzie są tak przemęczeni i zobojętniali, że każdy ruch, każda czynność wymaga ogromnego napięcia woli, mobilizowania wszystkich zasobów niknącej energii. Mnożą się dezercje. Dobrzy do niedawna żołnierze przebierają się po cywilnemu i stapiają z tłumem piwnicznym. Najtwardsze jest życie dotąd nieranionych i niezłamanych psychicznie. Ci wykonują prace najcięższe fizycznie i najbardziej odpowiedzialne bojowo Zdaje się, że spośród sanitariuszek jedynie Krysia Zakurzona zachowała stosunkowo dobrą formę: nie mówi nigdy, że jest wykończona, i zdobywa się na zainteresowanie nieszczęściem cudzym, nie swoim.

Natomiast Zofia Stefanowska, współautorka „Pamiętników żołnierzy baonu » Zośka «”, opisuje, że gdy pod koniec powstania sanitariuszki były już bezsilne, załamane i wykończone, jedna Krysia trzymała się dzielnie: <i.w cudowny sposób rozmnaża opatrunki w swej torbie i ma siłę woli, by zmusić się do działania.

Mimo beznadziejnej sytuacji reduta przy Wilanowskiej 1 broniła się jeszcze trzy doby. Dopiero 22 września dowódca "Zośki kapitan Ryszard Białous ps. "Jerzy oraz major Łotyszonok, Rosjanin w armii Berlinga, zdecydowali o porzuceniu ostatniego bastionu na Czerniakowie. Skontaktowali się przez radiostację z prawym brzegiem Wisły, skąd miały przypłynąć po nich łodzie.

Horror na "Bajce

Przeprawa na Saską Kępę zaplanowana na ósmą wieczorem się opóźniała. Na czerwonym od łun niebie co chwila rozbłyskiwały rakiety oświetlające Czerniaków i rzekę. Do brzegu Wisły powstańcy szli w ciszy między ciałami poległych. Na pokładzie statku-przystani "Bajka leżało mnóstwo rozkładających się ciał. W blasku rakiet widzieli łodzie płynące od praskiego brzegu. Niemcy znów rozpoczęli kanonadę.

Powoli "Bajka zapełniała się również cywilami. Kamiński pisze, że gdy z trzech łodzi, które wyruszyły z Saskiej Kępy, na Czerniaków dopłynęła pierwsza, ludzie przestali panować nad instynktami: Przepychają się, jakby ogarnęło ich szaleństwo, odpychają brutalnie rannych i kobiety, walczą pięściami, tułowiem, nogami. Pierwsza łódź została zatopiona przez stłoczonych na niej ludzi. Gdy po pewnym czasie przybiły dwie następne, powtórzyła się scena ohydnego ich zdobywania przez najsilniejszych Mijała godzina 23. Na brzegu tłoczy się wystraszona, niekarna masa na wpół obłąkanych ludzi. Niebaczni na ogień granatników stoją wpatrzeni w przeciwległy brzeg, skąd nikłymi dawkami nadchodzą łodzie. Niektórzy zrzucają ubranie, wchodzą do wody i płyną. Inni usiłują klecić prowizoryczne tratwy.

Na pokładzie "Bajki zośkowcy musieli kilkakrotnie użyć broni, by uspokoić histeryczny, oszalały tłum. Niektóre źródła mówią o śmierci kilkudziesięciu osób. Pistolety niewiele pomogły. Wszystko to musiała oglądać 16-letnia Krysia.

W potrzasku

Głęboką nocą do brzegu Czerniakowa dobiła łódź z oficerem i straszną informacją - ewakuacja zostaje rozłożona na kilka nocy. Kapitan Białous i major Łotyszonok zrozumieli, że skuteczna przeprawa powstańców przez Wisłę to sprawa kompletnie beznadziejna. Zośkowcy i berlingowcy załadowali więc na łodzie rannych, a sami postanowili przebijać się do Śródmieścia. Zebrali oddział przy płonącym domu na ulicy Solec 53 i poszli przez ogrody Frascati. Krysia razem z nimi.

Szli luźną grupą, w kompletnej ciszy, zatrzymując się tylko wtedy, gdy rakiety rozświetlały niebo. I nagle natknęli się na Niemców. Pod silnym ogniem część oddziału pobiegła do przodu, a reszta wycofała się w kierunku opuszczonej reduty przy Wilanowskiej 1.

Białous z trzema powstańcami i plutonem berlingowców pobiegli w kierunku Czerniakowskiej, ale po drodze znów wpadli na Niemców. Zaatakowali ich granatami. W zamieszaniu dowódca "Zośki stracił z oczu większość przebijających się, którzy jakimś cudem zdołali dobiec do skarpy. Zaplątali się tam w drut kolczasty, ale minęli niemiecki posterunek, który zaczął strzelać dopiero wtedy, gdy dopadli gmachu YMCA przy Konopnickiej. Kiedy za murem usłyszeli głosy Polaków, wiedzieli, że im się udało.

W niemieckich łapach

Z kolei berlingowcy nie chcieli znów próbować przebicia się z Czerniakowa, uważali, że większe nadzieje na ocalenie daje przebycie Wisły wpław. Podobnie sądziła część powstańców. Kilkorgu się powiodło.

Inni zgromadzili się wokół ojca Pawła, czyli Józefa Warszawskiego, kapelana zgrupowania "Radosław, i znów postanowili się przedrzeć do Śródmieścia. Szli, kryjąc się w piwnicach płonących domów, coraz to natykając się na Niemców. Dziewczyny walczyły ramię w ramię z chłopakami i niektórym udało się dotrzeć do trzymanego przez Polaków Śródmieścia. Jednak większość kompletnie wyczerpanych i otępiałych powstańców zdała się na decyzję ojca Pawła, który postanowił, że muszą się poddać.

Już po kilku minutach podeszli do większej grupy nieprzyjacielskiej - pisze Kamiński. - Była to jakaś kompania karna. Obstąpili powstańców i - poruszeni sensacją - pokrzykiwali coś brutalnie, na wesoło. Oddzielono "bandytów od ludności i dopiero teraz zaczęła się zabawa. Dziewczętom pomalowano szminką twarze w koła i krzyże, oficera berlingowca pobito do nieprzytomności, powstańców rewidowano, złośliwie urażając rany.

Musiała być między nimi Krysia.

Dziewczęta pod mur

Niemcy poprowadzili ich w głąb miasta, w kierunku alei Szucha. Kamiński: W oknach ukazywać poczęli się gestapowcy; było ich coraz więcej, wykrzykiwali coś do powstańców. Któryś rzucił w ich gromadę suchara i jeden z chłopców, nie panując nad instynktem głodu, podniósł suchar i zaczął gryźć. Stało się to początkiem nowej zabawy: hitlerowcy ciskali sucharami, nadpsutymi owocami, niedojedzonymi kawałkami chleba. Chłopcy i dziewczęta schylali się po to i jedli, nie mogli się opanować, nie chcieli się opanować. Ale niektórzy zaczęli pragnąć śmierci.

Potem ciężarówkami zawieziono powstańców na Wolę i rano esesmani oddzielili chłopców od dziewcząt. Chłopców pognano Wolską w kierunku Pruszkowa, dziewczęta ustawiono pod murem. Reszty się domyślamy.

24 września 2006 r. warszawski szpital położniczy przy Inflanckiej otrzymał imię Krysi Niżyńskiej, "Zakurzonej, ale - jak zapewniono - w hołdzie wszystkim dziewczynom powstania."

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://wyborcza.pl/alehistoria/1,121681,16381879,Dlaczego_musielismy_sie_bic.html

Dlaczego musieliśmy się bić

- Kiedyś, jeszcze za komuny, rozmawiałem z Janem Patoeką, czechosłowackim opozycjonistą i wybitnym filozofem. On nie uważał, że Powstanie Warszawskie było obłędem, choć było tragedią. Mówił mi, że czeska uległość przetrąciła kręgosłup jego narodowi. I bardzo zazdrościł nam Powstania - mówi prof. Jerzy Kłoczowski*.

I

Jeśli ktoś zastanawia się nad sensem Powstania, powinien pomyśleć również o ówczesnym nastroju Warszawy, a nie tylko o myśleniu polityków, decyzjach dowódców i rozgrywce między aliantami. Nade mną i moją generacją, a chyba i nad całym miastem wisiała jak fatum pamięć o tym, co zdarzyło się w getcie. Wywózki, powstanie i zniszczenie dzielnicy żydowskiej miały miejsce rok, półtora roku wcześniej, ale od tego, co się wówczas stało, nikt nie mógł abstrahować.

W maju lub w czerwcu 1944 r. z małym AK-owskim oddziałem uczestniczyłem w ćwiczeniach w lasach pod Wyszkowem i spotkaliśmy tam oddział Żydowskiej Organizacji Bojowej, niedobitków z getta. Ich opowiadanie było niezwykle ciekawe, zwłaszcza fragmenty, gdy mówili, jak przebijali się przez większościową opinię mieszkańców getta, że jednak trzeba walczyć; w cywilach tliła się bardzo wątła nadzieja, że Niemcy getto wywiozą, ale wszystkich nie wymordują. Jeden z tych chłopaków powiedział: - Wy macie pewnie podobną sytuację. Gdy przyjdzie czas, marzymy, by do was dołączyć, bo jedynym pewnym wyjściem jest walka.

Rozmawialiśmy więc z nimi w przekonaniu, że Niemcy rychło zafundują nam drugie getto albo wywiozą całą Warszawę, a to oznacza eksterminację i zniszczenie. Nie mogliśmy sobie wyobrazić, że postąpią inaczej.

To miasto od kilkunastu miesięcy było poddane niebywałemu terrorowi: po powstaniu w getcie każdego dnia dochodziły informacje, że tu i tu w Warszawie Niemcy urządzili publiczne rozstrzeliwanie, każdego dnia ktoś z nas widział krew na bruku. Tak wyglądała całkowicie świadoma polityka okupantów, i dlatego byliśmy pewni, że czekają na właściwy moment, by się rozprawić z Warszawą. O takim nastroju, nie tylko nas, młodych chłopaków z konspiracji, ale powszechnym między mieszkańcami Warszawy, trzeba bardzo pamiętać, gdy mówi się o przyczynach Powstania.

II

Poza tym, tuż przed wybuchem Powstania to nie było już tylko miasto sterroryzowane, ale też zbuntowane, czekające na rewanż. 27 lipca Niemcy kazali ludności stawić się do budowy umocnień i nikt tego polecenia nie wykonał. Nieco wcześniej przez Warszawę ciągnęły kolumny pobitych niemieckich żołnierzy i każdy mógł to oglądać. To nie był zorganizowany odwrót, tylko ucieczka, aczkolwiek byliśmy pewni, że choć Niemcy nie panują nad miastem i oglądamy ich klęskę, to na pewno zemszczą się na Warszawie, więc trzeba ich uprzedzić. Ze wschodu dochodziły wiadomości o zbrojnych wystąpieniach AK. Wiedzieliśmy mniej więcej, jak traktują nas Sowieci, ale liczyła się przede wszystkim walka z Niemcami.

I mieliśmy poczucie, że Warszawa jest odrębnym bytem: wielkie miasto, prawdziwa stolica Polski Podziemnej ze wszystkimi jej instytucjami, od rządu i namiastki parlamentu po szkoły. W Warszawie jesteśmy liczniejsi, silniejsi, musimy coś zrobić. Polskie Państwo Podziemne powstało po to, żeby walczyć o wolność i odzyskać niepodległość. Mieliśmy zakodowane, że jeśli Warszawa nie chwyci za broń, nasz opór od września '39 i nasze ofiary nie miały sensu.

Bo też nie było zbytniego wyboru. Mieliśmy czekać, aż Sowieci przepędzą Niemców i poddać się im? Niewyobrażalne. Nikomu też nie mieściło się w głowie, że możemy porozumieć się z Wehrmachtem i wyjść z Warszawy na zachód tak jak to w styczniu 1945 r. zrobiła Brygada Świętokrzyska Narodowych Sił Zbrojnych. Niemcy to był jednak główny wróg, z którym mieliśmy niewyrównane rachunki. Gdyby przyszedł taki rozkaz, to moim zdaniem byłby niewykonany.

Służyłem w pułku "Baszta, jednostce w jakimś sensie doborowej, bo bliskiej Komendzie Głównej AK. Byliśmy karnym i zdyscyplinowanym wojskiem. Nie wyobrażam sobie nieposłuchania rozkazu, gdyby dowódcy zawiesili plan "Burza i zakazali się nam bić z Niemcami. Ale też nie wyobrażam sobie wydania takiego rozkazu ze względu na klimat panujący w Warszawie.

A może tylko mi się wydaje. Kilka dni przed 1 sierpnia mieliśmy próbny alarm i kiedy dowódcy rozpuszczali nas do domów, mówiąc, że to tylko ćwiczenia, podniósł się wielki rwetes: jak to, ci z Komendy Głównej powariowali, odwołują akcję, a my chcemy się bić. Nie było łatwo okiełznać te nastroje, pamiętam jak dzisiaj, bo sam wydawałem te rozkazy. Może więc nie "Baszta, ale inne, mniej zdyscyplinowane oddziały rzuciłyby się w końcu na uciekających przez Warszawę Niemców, a nad tym Komenda Główna mogłaby nie zapanować. Wówczas los miasta dopełniłby się tak czy inaczej, tylko myślę, że ofiar byłoby więcej niż w Powstaniu.

Powstanie Warszawskie okazało się dramatem podobnym w logice zdarzeń do tragedii antycznej. Edyp ucieka z Koryntu, bo wyrocznia przepowiedziała mu, że zabije ojca i poślubi matkę. Ale przecież coś w życiu Edypa stało się, nim poznał proroctwo, chciał, ale nie miał wpływu na odmianę swojego losu. W greckiej tragedii przeznaczenia nie da się ominąć, musi się wypełnić niezależnie od ludzkiej woli. Tak było i w Warszawie.

III

1 sierpnia najważniejsze było, żeby punktualnie dojechać na zbiórkę. Pojechałem tramwajem w okolice ulicy Dworkowej, tam gdzie dzisiaj stoi pomnik pułku "Baszta, a 27 września omyłkowo wyszło z kanałów 140 powstańców, którzy z Mokotowa przedzierali się do Śródmieścia, i zostali rozstrzelani przez Niemców. Więc czy wszyscy zdążą na czas? I prawie wszyscy stawili się na miejscu. Pierwotny plan zakładał, że Powstanie wybuchnie w nocy i zapewne większy byłby wówczas efekt zaskoczenia. Nie udało się.

Problemem było uzbrojenie. Myśleliśmy, że skoro "Baszta jest oddziałem specjalnym przy Komendzie Głównej, znajdzie się dla nas dość broni, mamy jakieś rezerwy. Ja miałem szczęście i dostałem stena. Dlatego pierwszego dnia wziąłem z naszego plutonu tylko 20-30 lepiej uzbrojonych żołnierzy i dołączyliśmy do oddziałów oblegających dzisiejszą szkołę odzieżową na rogu Narbutta i Wiśniowej, gdzie kwaterował bardzo silny oddział SS. Jeden batalion "Baszty otoczył budynek i trzymaliśmy Niemców przez kilka godzin pod ogniem. Oni mieli wsparcie od strony Rakowieckiej. Gdyby, powtórzę, to była noc, może dalibyśmy radę.

Zdaje mi się, że błędem pierwszego dnia Powstania były szturmy kiepsko uzbrojonych jednostek AK na mocne i kryjące się w dobrze ufortyfikowanych obiektach oddziały niemieckie. W naszym przypadku wyglądało to inaczej - dowództwo "Baszty zachowało się mądrzej i nikt nie pchał nas do szturmu, który cudem mógłby się udać, ale najpewniej zakończyć się masakrą z powodu przytłaczającej siły ognia wroga. To doświadczenie wpłynęło zresztą na powstańczą taktykę następnych dni, przynajmniej na Mokotowie, bo oddziały frontalnie uderzające na Niemców zostały w zasadzie rozbite w pierwszym uderzeniu, a nasz nie poniósł strat i wokół nas grupowały się potem inne jednostki. Okazało się, że można wygrywać potyczki z Niemcami, bo zdobyliśmy ich pozycje, albo skutecznie się bronić. Powstanie na Mokotowie się utrzymało.

Nikt nas nigdy nie uczył walki w mieście - szkolenia w lasach to był jakiś erzac, przede wszystkim dlatego, że okoliczności nie takie. Pierwsze dni Powstania były znakomitą szkołą zarówno obrony, jak natarcia, i zdaje mi się, że nauczyliśmy się tego bardzo szybko.

IV

W połowie sierpnia przy Narbutta odcięto oddział, którym dowodziłem, w dwóch budynkach znajdowało się 40 osób bez żadnej możliwości przebicia się - Niemcy postawili na Madalińskiego taki ogień, że mysz by się nie przecisnęła. Mieliśmy jednak już za sobą dwa tygodnie walki i dobrą szkołę; wiedzieliśmy, co daje znajomość podwórek, jak wykorzystywać strychy, jak piwnice, gdzie można się przemieszczać po dachach. Zdecydowałem, że nawet nie będziemy odpowiadać na ich ogień, bo jeśli znajdziemy dobre kryjówki, nikogo nie trafią, a my utrzymamy teren, przeciwstawimy się każdemu natarciu. Nawet czołgi im nie pomogły.

Miałem stanowisko obserwacyjne w jakimś pokoju, skąd widziałem wszystko i mogłem strzelać, a załomy murów chroniły mnie przed ogniem. Ścianę obok rozwalił karabin maszynowy. Gdy po kilku godzinach Niemcy ruszyli do natarcia, kazałem użyć granatów, co okazało się skuteczne. Obyło się bez naszych strat. Niemcy się wycofali, a my mogliśmy w nocy połączyć się z innymi.

Przetrwać i wygrać potyczkę pomogła nam dobra znajomość miasta. Zresztą potem Niemcy prowadzili studia nad Powstaniem i zastanawiali się, jak mogliśmy tyle dni przetrwać. To była najdłuższa bitwa miejska, jaką kiedykolwiek prowadziła armia podziemna, o czym też warto pamiętać.

Ale w zasadzie na Mokotowie broniliśmy się już od pierwszego dnia. Już wiedzieliśmy, że wiele więcej nie wskóramy. Oczywiście - były wypady, coś tam odbijaliśmy, lecz generalnie była to bardzo skuteczna obrona.

V

Któregoś z pierwszych dni zajęliśmy stanowiska na Dąbrowskiego. Szło o Różaną, której nie kontrolowali ani Niemcy, ani my. Od Puławskiej atakowały nas czołgi, ale bały się wjeżdżać w te wąskie uliczki, bo wtedy nawet nasze butelki z benzyną były skuteczne. Nie mieliśmy pewności, co Niemcy chcą osiągnąć. W pewnym momencie wypadłem z Madalińskiego przez jakieś podwórko na Różaną. Widzę otwarte okno na parterze domu. Jeśli chcemy zdobyć ulicę, musimy tam wejść.

Biegnę i w pewnym momencie widzę w tym oknie esesmana z pistoletem. On widzi mnie, rzucam się w bok, podnoszę głowę, a okno już puste. Powinien mnie zastrzelić, ale uciekł. To był cud, byłem bez szans, tymczasem wszyscy Niemcy uciekli z tego domu. Po prostu bali się nas w walce bezpośredniej.

Mieliśmy kwaterę na Szustra i zawsze stał przed nią wartownik. Nagle patrzy mocno zdziwiony - rano ulicą jedzie samochód, a w nim oficer SS w sztok pijany. Zamiast jechać Rakowiecką, pomylił drogę. To musiał być niezły łobuz, gdyż nagle znaleźli się cywile, którzy mówili, że odpowiada za mordy na Rakowieckiej na Polakach, znano go na Mokotowie. Przez kilka dni przybywało takich zeznań, a potem odbył się normalny sąd, zapadł normalny wyrok. A przecież to była wojna, na dodatek daleka od cywilizowanych reguł.

Nie pamiętam, bym musiał trzymać swoich chłopaków na wodzy, żeby nie przyłożyli niemieckiemu jeńcowi. Na tego esesmana wydał wyrok polski sąd, proces odbył się według normalnych standardów prawnych.

VI

Słabą stroną Powstania była łączność. Wiadomości nie przychodziły, choć widzieliśmy dymy nad Wolą, Żoliborzem, więc mniej więcej wiedzieliśmy, co tam się dzieje. Po pewnym czasie docierały informacje, że na Woli mordują. Na Mokotowie aż tak nie mordowali. Niemcy wyrzucali Polaków, którzy mieszkali w rejonach przez nich kontrolowanych.

Jednak nie tylko wyrzucali. Prowadziłem patrol na początku sierpnia gdzieś w okolicach ul. Grażyny. Na Dworkowej stacjonowało kilkuset żandarmów, na Narbutta i Rakowieckiej - esesmani. Spotkałem grupkę cywilów uciekających właśnie z okolic Dworkowej. Opowiadali, że żandarmi wymordowali tam ludzi, którzy chowali się w piwnicach. Natychmiast zabraliśmy ich z linii walk, wycofaliśmy w głąb miasta.

W pierwszych dniach Powstania mordowali też na Rakowieckiej.

Na Mokotowie, przynajmniej tam, gdzie walczyłem, byli sami Niemcy. Żadnych Rosjan z kolaboracyjnej Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Ludowej (RONA) ani innych formacji pomocniczych, głównie SS i żandarmeria. Pod koniec Powstania atakował Wehrmacht.

VII

Cały czas patrzyliśmy na drugą stronę Wisły, czy ci Rosjanie wreszcie przyjdą, czy nie. Pojawiali się też pośród nas jacyś sowieccy oficerowie przerzuceni przez Wisłę i obiecywali pomoc, ale świadomość, że przegramy, pojawiła się szybko. To było wojsko karne do końca, panowała nadzwyczajna solidarność; pewność, że będziemy się trzymać razem. Nie było dezercji, defetyzmu. Byliśmy zgraną paczką przyjaciół albo przyjaciół przyjaciół; konspiracja w "Baszcie zaczęła się kilka lat przed Powstaniem.

I do tego klimatu dostosowywali się ludzie całkiem świeży, obcy. Pamiętam nasze spotkania z leśnymi oddziałami AK przed Powstaniem. U nas - dzieci warszawskiej inteligencji, choć było nas wielu z rodzin robotniczych, a tam chłopaki z chłopskich rodzin. I żadnej różnicy, za to wielka wspólnota.

Sam w pierwszych dniach Powstania przyjąłem do oddziału chłopaka, który od razu powiedział: "Jestem Żydem i komunistą, ukrywałem się tutaj. Przyjmijcie mnie, bo chcę walczyć. Wystarczyło kilka dni i był jednym z nas, zgrany, jakbyśmy od wieków konspirowali wspólnie. Świetny chłopak, odważny, rozsądny, przyjacielski. A na pierwszy rzut oka nie powinien pasować.

"Baszta poza wszystkim innym była szkołą obywatelskości. U nas oficerom się nie "panowało, lecz mówiło per "obywatelu. Dołączyli też do nas chłopcy z Narodowej Organizacji Wojskowej, ale przecież ich poglądy polityczne nie miały znaczenia, a z naszym żydowskim towarzyszem trzymali sztamę do samego końca. Przyjaźnili się, bo on był dzielny i oni dzielni.

Przeżycie społecznej solidarności było wówczas niewiarygodne. Wychodziłem na Madalińskiego z nocnym patrolem i nagle w jakichś krzakach ruch - młoda kobieta z małymi dziećmi. Nie prosi o pomoc, zagubiła się kompletnie, ale jej pierwsze słowa zawsze będę pamiętać: "Chłopcy, nie dajcie się.

Cała konspiracja to była wielka lekcja wychowania obywatelskiego i demokracji, której znaczenie trudno przecenić. Obywatelskość i demokratyzm przeżyte na co dzień bardzo wiele znaczyły. Byliśmy sobie bardzo bliscy, różnice między ludźmi się nie liczyły. Polska budowana przez nas po wojnie miała być całkowicie inna niż II Rzeczpospolita.

VIII

To już był sam koniec, kiedy walczyliśmy pod Królikarnią. Z południa szło mocne natarcie, już nie tylko esesmani i żandarmeria, ale czołgi dywizji "Hermann Göring. Rosjanie dali spokój na froncie, więc Niemcy mogli rzucić rezerwy. Nie było szans, Niemcy atakowali od otwartej strony dzielnicy, gdzie nie było gęstej zabudowy. Nawet próbowaliśmy odebrać im Królikarnię, do końca utrzymaliśmy wylot alei Niepodległości i serca Mokotowa nie zdobyli.

Byłem tam dowódcą plutonu, ponieśliśmy ogromne straty. Centrum Mokotowa było miejscami nasze. Dostałem serię z karabinu maszynowego i straciłem prawą rękę. To była ostatnia noc Powstania.

Gdy leżałem w piwnicy z innymi rannymi już po amputacji, wszyscy byliśmy pewni, że zaraz nas rozstrzelają. Ani żalu, ani strachu. Pewność. Nagle wszedł do nas żołnierz Wehrmachtu, sanitariuszki coś kłamią, a on mówi po polsku: "Trzeba było, żebyśmy razem walczyli, i poszedł. Jakiś Ślązak. Wtedy dowiedziałem się, że nas nie wystrzelają, bo pod naciskiem zachodnich aliantów Niemcy uznali Armię Krajową za wojsko.

IX

Razem z innymi ciężko rannymi znalazłem się pod Skierniewicami w obozie dla takich, którzy jedną nogą byli na tamtym świecie. Byli tam też berlingowcy i Sowieci. To było bardzo ciekawe doświadczenie: my opowiadaliśmy berlingowcom o tym, co działo się pod niemiecką okupacją w Warszawie i o Powstaniu, a oni nam, bez ukrywania czegokolwiek i bez złudzeń, co się stanie i co nas czeka, kiedy przyjdzie Armia Czerwona. Mówili nam: "Wysłali nas na przyczółek do Warszawy i nie dali nic, żadnego wsparcia i obrony. Oni tacy są, tak traktują Polaków, pamiętajcie.

Stworzyliśmy berlingowcom coś w rodzaju uniwersytetu, żeby ich ogólnie podkształcić, bo to w znakomitej większości byli bardzo prości chłopcy. Oni zaś otworzyli dla nas niezwykle kompetentny i przenikliwy wydział sowietologii.

Sowieci zaczęli rozmawiać z nami, gdy okazało się, że zaraz ogarnie nas Armia Czerwona, wszyscy w piekielnym strachu. Berlingowcy i my pytamy: "Co się tak boicie, przecież wasi przychodzą?. Oni: "Stalin wydał rozkaz, że dla każdego jeńca, niech będzie ranny, kula w łeb. Berlingowcy i sowieccy żołnierze dali nam szkołę zasad komunizmu.

X

Grubo po wojnie, jeszcze za komuny, rozmawiałem z Janem Patocką, czechosłowackim opozycjonistą, wybitnym filozofem, fenomenologiem, patronem czechosłowackiego sprzeciwu wobec komunizmu. On nie uważał - w przeciwieństwie do jakichś naszych współczesnych autorów - że Powstanie było obłędem, choć było tragedią. Mówił mi, że czeska uległość przetrąciła kręgosłup narodu, zaczął to ich prezydent Edvard Beneš po układzie monachijskim w 1938 r., a potem kontynuował dziesięć lat później, gdy zaakceptował komunistyczny przewrót. Patoeka bardzo zazdrościł nam Powstania.

Póki istnieje Polska i póki na świecie żyją Polacy, będziemy kłócić się o sens powstań - od kościuszkowskiego począwszy. Ale pamiętam, jak jeszcze przed wojną otaczaliśmy czcią kombatantów powstania 1863 r., bo niby bez szans, ale potrafili walczyć o wolność i niepodległość. I dlatego warto porozmawiać, jakie to z góry przegrane powstanie miało znaczenie dla polskiej psychologii na początku XX w., kiedy pojawiła się szansa na niepodległość, kogo przywoływali ludzie formujący Legiony, którzy polską wolność wywojowali. Bez powstańców styczniowych byłoby to o wiele trudniejsze, nie byłoby wzorów.

Każdy naród ma swoją mitologię, bo narody żyją mitami. Lecz poza rzeczywistością historyczną, by tak rzecz - materialną, jest jeszcze rzeczywistość psychologiczna, nastroje oraz możliwość odwołania się do jakiejś tradycji, której nie wolno się sprzeniewierzyć. Dlatego warto patrzeć na Powstanie z różnych punktów widzenia. To nie tylko zniszczenie miasta, śmierć 200 tys. warszawiaków. Godność i honor to czynniki niematerialne, więc trudno je wymierzyć. Ale bez nich nie ma narodów, wolności i niepodległości.

XI

Pamiętajmy też, ile lat tak naprawdę trwała ta ostatnia wojna. Nie pięć, ale 50, od 1939 do 1989 r., wojna z dwoma totalitaryzmami, nie tylko polska, ale też europejska. To przez 45 lat była zimna wojna, ale jednak wojna.

Kiedyś w Paryżu rozmawiałem w gronie polskich historyków z Georges'em-Henrim Soutou, wspaniałym historykiem zimnej wojny i autorem tezy, że Powstanie Warszawskie było pierwszą gorącą bitwą zimnej wojny. Tak napisał: Bitwa o Warszawę była również pierwszą krwawą bitwą zimnej wojny. Nie tylko nie pozostała bez znaczenia. Nadała prawdziwy sens epoce. Jak pisał w swoich wspomnieniach jeden z członków delegacji Wolnej Francji do Moskwy, w tym momencie Powstanie Warszawskie decydowało o przyszłości Europy.

Powstanie pokazało sens sojuszu Hitlera ze Stalinem, objaśniło Europie zamiary Stalina, pokazało, że komunizm jest zagrożeniem dla całego kontynentu, Sowieci byli pewni, że złapią w garść całą Europę; dzisiaj wiemy to znakomicie.

Gdyby nie Powstanie, wielu nie otworzyłoby oczu. Niszczenie Warszawy pokazuje przymierze i łączność między zwalczającymi się totalitaryzmami. To też trzeba pamiętać i docenić. Przecież komuniści bali się pamięci o Powstaniu właśnie z tego powodu. Zdaje mi się też, że Stalin nieco bardziej liczył się z Polską, bo miał w pamięci Warszawę. Pamiętajmy też, że żaden inny naród nie walczył z dwoma totalitaryzmami przez pół wieku, tylko my byliśmy w tych piekielnych kleszczach przez tyle lat.

Powstanie pokazało dobitnie, czym grozi Europie sowieckie imperium, jaką Sowieci prowadzą politykę. Dlatego Powstanie ma znaczenie nie tylko dla Polski, dla jej antykomunistycznej identyfikacji, ale też dla Europy, złożono ofiarę, dzięki której inni mogli przejrzeć i się opamiętać. To nie jest mało, a z pewnością - nie obłęd.

*PROF. JERZY KŁOCZOWSKI - (ur. 1924 r.), żołnierz AK, uczestnik Powstania Warszawskiego. Historyk, profesor KUL, znawca przedrozbiorowej i XIX-wiecznej Polski oraz Europy Środkowo-Wschodniej. Senator I kadencji. Odznaczony dwukrotnie Krzyżem Walecznych, krzyżem Virtuti Militari i Orderem Orła Białego. Ostatniego dnia Powstania utracił prawą rękę. Mieszka na Mokotowie, gdzie walczył"

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

Sign in to follow this  



×
×
  • Create New...

Important Information