Jump to content
Sign in to follow this  
bodziu000000

Powstanie Warszawskie 1944

Recommended Posts

Nowy wątek o powstaniu, ale o innej treści. W związku z rocznicą powstania, pojawia się trochę tekstów dotyczących uczestników walk, przebiegu i wydarzeń. Warto aby te teksty zachować na przyszłość, bo niedługo redakcje gazet przeniosą je do płatnych serwisów.

Proszę o zamieszczanie wspomnień, ale bez żadnej polityki, tylko i wyłącznie historia.

Poniżej dwa linki do wątków dotyczących powstania, ktore wcześniej wrzuciłem na forum:
http://www.odkrywca-online.pl/kiedy-zycie-sie-liczy-na-dni,656336.html#656336
http://www.odkrywca-online.pl/szpital-w-schronie-pod-luksusowa-kamienica,656162.html#656162

Na początek artykuł z Życia Warszawy:
http://www.zw.com.pl/artykul/388110.html

Ostatni świadek masakry

Prof. Maciej Bernhardt brał udział w wielu potyczkach Powstania Warszawskiego: w ataku na Dworzec Gdański czy szturmie na szkołę przy ul. Kolektorskiej. Jednak najtragiczniejsze wydarzenie miało miejsce na samym początku walk. Oto historia masakry na Boernerowie.

Mieszkałem wówczas z rodzicami na Miodowej pod numerem 9. W miejscu, gdzie dziś przebiega wylot trasy W-Z – mówi prof. Maciej Berndhardt, podchorąży AK. – Cztery dni przed faktycznym wybuchem Powstania przyszedł po mnie łącznik. Czym prędzej przebrałem się w niemieckie wojskowe spodnie, przefarbowane na jakiś pstry kolor, i wojskowe buty. Wsiadłem w tramwaj i pojechałem na Żoliborz.
Zbiórka była w jednym z domów przy Podleśnej. Powstańców umieszczono w piwnicy, gdzie mieli rozdzielać amunicję i nalewać benzynę do butelek. Rano alarm został odwołany. – Do domu wróciłem z moją narzeczoną Hanką Rychłowską, która była w tej samej sekcji co ja. Nie było sensu się rozdzielać, skoro w każdej chwili spodziewaliśmy się alarmu – wspomina Bernhardt. 1 sierpnia, podczas obiadu, na Miodową wpadł sekcyjny, Jurek Miller. – Pożegnałem się z rodzicami i historia się powtórzyła: w tramwaj i na Marymont. Tym razem jechaliśmy już razem.
Nie wiedział jeszcze, że widzi matkę ostatni raz. W trakcie jednego z nalotów zginęła pod gruzami razem z jego siostrą, jej półtorarocznym synkiem oraz matką jego narzeczonej. Ojciec, który był lekarzem, ocalał tylko dlatego, że wezwano go na pomoc do sąsiedniej piwnicy.

Boże, daj broń

Podchorąży wraz z dwoma innymi żołnierzami dostaje rozkaz przedostania się na plac Wilsona po broń. – Dostaliśmy tam dwa karabiny, cztery pistolety: jedną belgijską „efenkę“, jakiś przedpotopowy rewolwer oraz dwie „szóstki“, z którymi właściwie nie wiadomo, co zrobić: jak wróg był w skórzanej kurtce, to przeżył – wspomina kombatant.
Kiedy wracali na Podleśną, słychać już było pierwsze strzały. Na Żoliborzu Powstanie zaczęło się trochę wcześniej, bo oddziały harcerskie przenoszące broń natknęły się na niemiecki patrol. – Wracaliśmy już pod ostrzałem. Gdy dotarliśmy z powrotem na miejsce, nasz oddział już wychodził. Byliśmy nastawiani na walkę w Śródmieściu, ewentualnie na Starym Mieście. Potem okazało się, że mamy walczyć na Żoliborzu, którego nikt z nas nie znał.
W Śródmieściu powstańcy z oddziału Bernhardta znali każdy kamień, wszystkie przejścia podziemne pomiędzy piwnicami, co w czasie walki było nie do przecenienia. – Wędrowaliśmy po górnym Marymoncie i Żoliborzu zupełnie nieznanymi dla mnie uliczkami, przeskakiwaliśmy jakieś płoty. Trwało to do wieczora. Nikt z nas nie wiedział, dokąd i po co idziemy. Jedno tylko nie ulegało wątpliwości: naszego podstawowego zadania, ataku na CIWF (obecny AWF), nawet nie próbowaliśmy realizować. Z tak mizernym uzbrojeniem byłoby to samobójstwo – ocenia AK-owiec.

Do Kampinosu po zrzuty

Pod wieczór powstańcy znowu znaleźli się w jakiejś piwnicy. Wszyscy zmęczeni, głodni i kompletnie zaskoczeni rozwojem sytuacji. Nastroje były podłe, ale przeważała raczej złość na nieudolność organizacyjną niż zwątpienie w powodzenie Powstania.
– Wreszcie dostaliśmy rozkaz wyjścia do Kampinosu po broń ze zrzutów. Potem wymarsz odwołano. Za jakiś czas znowu alarm i znowu zmiana decyzji. Lało jak z cebra. Gdy deszcz ustał, wreszcie dano rozkaz do wymarszu, tym razem już ostateczny. Było około drugiej w nocy, 2 sierpnia – wspomina żołnierz.
Do Kampinosu szły trzy kompanie. II kompania por. „Starży“ obejmowała plutony 212, 239 i 237, w którym był Bernhardt wraz z narzeczoną. Przeskoczyli ulicę Słowackiego i przeszli pomiędzy domami Zdobyczy Robotniczej (obecna ulica Żeromskiego). Potem powstańcy minęli tzw. Szwedzkie Góry, czyli resztki potężnych umocnień ziemnych z czasów wojen szwedzkich (nie został po nich ślad, teraz jest tam lotnisko Bemowo). – Oddział zamiast żołnierzy zaczynał przypominać wycieczkę szkolną. Zaczęły się rozmowy, stłumione śmiechy. W końcu nasz dowódca, podporucznik „Dunin“, objechał nas i stwierdził, że straż tylna szła za blisko głównego oddziału. Kazał mi wraz z dwoma innymi żołnierzami „zluzować“ tych, którzy nas ubezpieczali, i trzymać się 250 metrów z tyłu. Hanka została z przodu... Nie miałem pojęcia, że widzę ją ostatni raz. Nie było więc żadnego pożegnania.

Masakra na Boernerowie

O świcie akowcy doszli do nieistniejącej już dziś drogi łączącej Boernerowo z Wawrzyszewem. Za nią rozciągało się pole, na którym stały ustawione na sztorc snopki zżętego zboża. Po lewej stronie widać było lasek boernerowski. – Gdy przekraczaliśmy drogę, zauważyliśmy, że idący przed nami już nie maszerują, a biegną. Za chwilę z lasku odezwał się jeden karabin maszynowy, za nim drugi i trzeci. Gdzieś od przodu, z prawej strony, odezwało się po chwili także działko małego kalibru. Oddział został wzięty w dwa ognie.
Większość chłopców nie była jeszcze „ostrzelana“. Atakowani z dwóch stron nie mieli najmniejszych szans. Z lasku strzelały oddziały niemieckie, wraz z pomocniczymi oddziałami ukraińskimi. Z prawej, z Wawrzyszewa, ostrzeliwał pododdział Dywizji Spadochronowo-Pancernej „Herman Goering“.
– Nas, straży tylnej, Niemcy jeszcze nie dostrzegli. Przeskoczyliśmy drogę i wpadliśmy pomiędzy snopki zboża. Chcieliśmy dołączyć do oddziału. Przesunęliśmy się szybko o jakieś 150 metrów, ale gdy było już zupełnie jasno, sytuacja stawała się beznadziejna. Niemcy mieli tak doskonałe warunki obserwacji, że każdy najmniejszy ruch na polu powodował lawinę celnego ognia – relacjonuje podchorąży.
W końcu udało mu się wyczołgać i skryć między snopkami. – Byłem wykończony i potwornie spragniony. Spijałem po kropelce wody z pojedynczych słomek zboża, która została jeszcze po nocnej ulewie – opisuje powstaniec. – Po jakimś czasie zarzuciłem snopek na plecy i przedarłem się do najbliższego gospodarstwa. Wpadłem na podwórko, rzuciłem snopek i w nogi na Żoliborz.

W bucikach do łyżew

W rzezi pod Boernerowem zginęło ok. 70 powstańców. Tym, którzy przeżyli ostrzał, kazano wykopać dwa groby. W jednym pochowali poległych. Nad drugim zostali rozstrzelani.
– Nie wiem, w której grupie była Hanka. Nie miałem wątpliwości, że nie przeżyła. Potwierdził to z resztą protokół z ekshumacji. Rozpoznano ją po żółtych bucikach do łyżew."

Pozdrawiam
Bogdan

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://wyborcza.pl/1,94900,6882012,Matka_Boska_Powstancza_na_zoliborskim_podworku.html

Matka Boska Powstańcza na żoliborskim podwórku

Mieszkańcom domu przy ul. Mickiewicza 27 towarzyszyła w Powstaniu Warszawskim kamienna figura Madonny. Przy niej zbierali się na modlitwy, żegnali idących na barykady i chowali ciała bliskich. Po 65 latach wystarali się, by uznano ją za zabytek

Długi na ćwierć kilometra budynek przy ul. Mickiewicza 27 najczęściej jest kojarzony z Jackiem Kuroniem. Przez wiele lat mieszkał tu na parterze. Historycy architektury znają ten dom również z innego powodu: to urzędniczy blok Warszawa1 wzniesiony na tyłach pl. Wilsona w latach 1930-31 według projektu architektów ówczesnej awangardy - Józefa Szanajcy i Stanisława Brukalskiego. O wojennych losach budynku wie jednak mało kto.
- Ich symbolem jest dla nas ta figura - mówi mieszkanka domu Urszula Zaniewska i prowadzi do stojącego na podwórzu posągu na cokole.
Wykuta w pińczowskim wapieniu modernistyczna rzeźba przedstawia Matkę Boską, której twarz ma wyraźnie wschodnie rysy. Figurę ufundowali lokatorzy. Musieli to zrobić na początku 1944 r., bo już 14 marca w intencji fundatorów odprawiono nabożeństwo w kościele św. Stanisława Kostki. W tamtym czasie na wielu warszawskich podwórkach budowano kapliczki, by mieszkańcy mogli modlić się bez potrzeby opuszczania domów. Ale posąg Madonny z ul. Mickiewicza przewyższa je poziomem artystycznym. Nie wiadomo, kto go wyrzeźbił. Znany jest tylko autor cokołu - to architekt Adam Jabłoński.

- Przy figurze skupiało się życie naszego domu. Zwłaszcza po wybuchu Powstania Warszawskiego, gdy ustawiono tu ołtarz, a kapelan Armii Krajowej odprawiał nabożeństwa
dla cywili i powstańców idących na akcje - opowiada Irena Heine,która mieszka tu od 1931 r.
Śródmieściu. W domu otwarto powstańczy punkt sanitarny. Wkrótce wokół Madonny zaczęto chować zmarłych i poległych lokatorów. Ich nazwiska spisywała jedna z mieszkanek Danuta Molenda. Dzięki jej notatkom wiemy, że 8 sierpnia 1944 r. pochowano tu zmarłą na atak serca Marię Pawłowską. Po niej był pan Borusewicz zabity na podwórku przez niemieckiego snajpera. W kolejnych grobach złożono pana Wesołowskiego z synkiem, pana Czerwickiego z synem, 12-letniego Tadeusza Tomaszewskiego i Stefana Joachimowskiego spalonego we własnym mieszkaniu po wybuchu bomby. Obok nich pochowano powstańców ze Zgrupowania AK "Żywiciel: Witolda Jabłońskiego "Rolę, Tadeusza Kryzara "Brysia, Mieczysława Lehmana i sanitariuszkę Halinę Stompor "Halszkę. - Witold Jabłoński był synem projektanta cokołu. Jego śmierć była wyjątkowo tragiczna. Miał przy sobie granat, w który uderzył pocisk. Chłopca rozerwało na kawałki - mówi Irena Heine.

30 września Niemcy wypędzili wszystkich do Pruszkowa. Jednak już w styczniu ludzie zaczęli wracać. Dom był częściowo zniszczony, ale figura stała na swoim miejscu. Groby wokół niej zlikwidowano 14 kwietnia 1945 r. Szczątki przeniesiono na cmentarz.

Mieszkańcy nie zapomnieli o wojennej rzeźbie. Przez ponad 60 lat zawsze ktoś się nią opiekował. - Pani Radkowa, pani Krogulska, państwo Winiarscy - wymienia Irena Heine.
- A w każdą rocznicę Powstania Warszawskiego, święto 3 Maja i 11 Listopada figura jest przystrajana w kwiaty, flagi i szarfy przez Teresę Wajrak, mamę dziennikarza "Gazety.
Kilka lat temu grupa mieszkańców podjęła starania, by odrestaurować Madonnę i objąć ją ochroną. W 2005 r. profesjonalną renowację figury przeprowadził konserwator Bogusław Kornecki. Zdjął z kamienia kilka warstw olejnej farby. Prace zasponsorował mieszczący się w budynku sklep Mini Europa.

Miesiąc temu na wniosek Ireny Heine, Magdaleny Kołodziejskiej i Urszuli Zaniewskiej, poparty 146 podpisami sąsiadów, wojewódzki konserwator zabytków wpisał figurę do rejestru. "O jej wyjątkowym znaczeniu przesądzają nie tylko posiadane wartości artystyczne, ale również historyczne. Od momentu swego powstania figura odgrywała istotną rolę konsolidującą mieszkańców kamienicy - napisał.

- Chcieliśmy ją zabezpieczyć na przyszłość - tłumaczy Urszula Zaniewska. - Następnym krokiem będzie ustawienie obok figury kamienia z wykutymi nazwiskami osób, które były tu pochowane."

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article424781/Przeczytaj_listy_z_plonacej_Warszawy.html

Przeczytaj listy z płonącej Warszawy

Droga Krysiu
Nie wiem, kto z mojej familii znajduje się obecnie w domu. Mnie się powodzi b. dobrze i czekam tylko na jakieś wieści od Was. O ile coś wiesz, to napisz mi przez łącznika, który ci przyniesie ten list.
T.
Poczta polowa 101, pluton 149
strz. Marek

Kochana Józiu
Jestem spalona, a mąż i syn są zabrani na Aleję Szucha przez Niemców. O Stefie nie wiem. Mama jest ze mną.
Anna G.
W-wa 10 VIII 44

Kochana Haluś!
Nie zdążyłam wrócić do domu. Obecnie jestem na ul. Chmielnej 32m. 10. Nie wiem nic o naszym domu. Haluś, napisz, czy wszystko jest w porządku. Tęsknię bardzo do Ciebie. Tatusia i Mamusi. Piszę, ale też nie wiem, czy jesteś obecna w domu. Napisz, jeżeli możesz. Całuję Cię.
Twa Janeczka

Mamusiu Kochana
Rwę się całą duszą do Was w tych ciężkich przeżyciach i tak chcę wiedzieć wszystko o Was już niedługo. Ja jestem zdrowa, na swojej placówce, pracy moc, proszę o odpowiedź przez oddawcę, tj. pocztą polową.
Całuję
Jadwiga
11 VIII 1944 r.

Kochany Stef
Jestem zdrowa i dobrej myśli, ale martwię się o Ciebie. Proszę o jakąkolwiek wiadomość o Tobie, czy Ci czego potrzeba, bo chętnie Cię tu przyjmiemy. Jeżeli będziesz mógł, to staraj sie do nas przedostać.
Stefcia
Warszawa 10 sierpnia 1944, wieczór

Kochana Żono
Piszę do Was parę słów, jestem zdrów, czego i Wam życzę. Zapytuję się, Helu czy jesteście zdrowi, czy dzieci są zdrowe i gdzie jesteście, na miejscu czy w mieście, Ilunia jest w domu.
Żegnam Was wszystkich, ucałuj Helu, Władzia i Lalusię od Tatusia, niedługo się zobaczymy.
Janek - "Jeleń
Mój adres: Hoża 62, Komenda

Kochani Rodzice!
Jestem cała i zdrowa. O Zochnie i Włodku nic nie wiem. Byłam dziś u Janusza, szkoda, że nie przyjechaliście do niego. Trzymajcie się, wszystko będzie dobrze. Całuję Was mocno.
Mira
Napisz do mnie: Główna Poczta Polowa 75 A.

Kochana
Umieram z niepokoju, co się z Tobą dzieje. Już kilka razy do Ciebie pisałem, lecz na pewno nie otrzymałaś, gdyż połączenia z Mokotowem nie ma. Miałem już iść kanałem - lecz przewodnik nie przyszedł.
(brak podpisu)
Odpowiedz przez nadawcę.

Kochany Stefie!
Oszaleję z rozpaczy, że nie mam żadnej wiadomości od Was. Troska o dziecko, które tak niespodziewanie zostawiłam, martwi mnie szalenie. Wierzę ci najdroższy, że jeśli żyjesz i jesteś zdrów to opiekujesz się dzieckiem i domem. Pragnę tylko jedno słowo, że jesteście zdrowi i żyjecie. Pozdrawiam Was serdecznie.
Ola
dn. 14 VII 1944r. "

http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article424782/Czekamy_zwycieskiego_konca_i_wierzymy.html

Kochani, jestem cała i zdrowa, martwię się o Was. Napiszcie odwrotnie, jak tam u Was w okolicy.
Wasza Marysia
Komenda Główna, oddz. "Grad M-II
łączniczka
Broniu! Jestem o Was niespokojny. My jesteśmy wszyscy w domu i zdrowi. Od Kostków wiadomości brak. Odpowiedź daj oddawcy. Bądź zdrowa Maleńka - do zobaczenia. Ściskam Cię.
Jurek
16 sierpnia
Wa-wa 7 VIII 44

Kochana
Od wtorku godz. 4 do dnia wczorajszego godz 12 przebywałem w schronie cukierni Szwajcarskiej na rogu Marszałkowskiej i Nowogrodzkiej. Obecnie jestem na Wspólnej u p. Ernesta. Czuję się tu zupełnie dobrze. Do domu dostać się na razie nie mogę z uwagi na bezpieczeństwo, a ryzykować nie chcę. Jestem bardzo niespokojny o Ciebie. O mnie, bądź Teciu, spokojna. Jestem zdrów i dobrej myśli, głodny również nie jestem.
Gdy tylko wolny będzie plac Zbawiciela i plac Unii Lubelskiej, można będzie dostać się na Fałata. Obecnie po całej Warszawie jest cała masa ludzi oderwanych od swoich siedzib, którzy tak jak i ja siedzę po różnych domach i korzystają z gościnności życzliwej ludności stolicy.
Przez cały czas czyniłem najrozmaitsze starania, by zawiadomić Ciebie, gdzie jestem, i otrzymać wiadomość od Ciebie. Bądź dobrej myśli. Wkrótce się zobaczymy.
Stach

Kochana Mamusiu!
Jesteśmy wszyscy razem. U nas spokojnie, czekamy zwycięskiego końca i wierzymy, że niedługo nadejdzie. Chcielibyśmy wiedzieć, jak się mamusia czuje i jak sobie daje radę. O nas proszę się nie martwić. Całujemy i pozdrawiamy Mamusię serdecznie i prosimy o wiadomość.
Wanda
15 VIII 44

Kochani!
Jestem zdrowa i cała. Martwię się o Was. Jestem z całą rodziną Nadzi i tylko jej nie ma. Jestem na Koszykowej 47. Odpiszcie.
Barbara
Mamo, jestem w szpitalu, żyję, dajcie znać o sobie.
Stefan "

http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article424783/Przede_wszystkim_jestem_zywy_i_zdrow_.html

Warszawa 11 VIII 44 r.
Kochana Mamo!!!
Przede wszystkim jestem żywy i zdrów!!! Do dn 10 VIII byłem cały czas na Kolonii Staszica. Parę pierwszych dni było zupełnie dobrze. Od 5 VIII sytuację opanowali szkopy, z powodu zupełnego braku broni. Ukraińcy robili rzezie niewinnych kobiet, dzieci i starców. Ja, dzięki Bogu, wraz z Heńkiem przetrwałem szczęśliwie i w nocy z 10 na 11 przedarliśmy się do Śródmieścia, które jest prawie całkowicie opanowane przez nas.
Całuję mocno
Stefan
Poczta Polowa 101
2-gi Batalion Szturmowy "Odwet
st. strzelec "Pięć B

Najmilsi Kochani Moi- Najdroższy Syneczku Mój!
Już drugą kartkę wysyłam w nadziei, że Wam przecież doręczą. Taka jestem niespokojna o Was - co się z Wami dzieje? Czy zdrowi jesteście? My przechodziłyśmy okropne rzeczy, ale jesteśmy wszystkie zdrowe i żyjemy - mieszkamy na Marszałkowskiej 59.
Ja pracuję w piekarni - o Jasiu nie mamy niestety żadnych wiadomości. Czasem aż mi serce pęka, ale nie daję się! Może niedługo do Was dojdę! Błagam o wiadomość odwrotną o Was i o Andrzejewskich. Tak tęsknię za Wami! Wierzę, że będzie niedługo dobrze. Mocno Was całuję i polecam opiece boskiej. Wasza
Danusia
Wa-wa 15 VIII 44 r.

Moi Drodzy
Żyję - jestem zdrowa i cała. Mieszkam czasowo na ul. Wspólnej 10 m 32. Do was nie mogę się na razie przedostać. Nie traćcie otuchy i nadziei, będzie wszystko dobrze. Trzymajcie się razem. Niech Tatuś opiekuje się Józiem. Józiu kochany, trzymaj się mocno. Dajcie mi znak o sobie. Wasza kochająca córka i żona.
Maryśka
Czwartek 17.8

Kochany Tatusiu - Wczoraj wysyłam już 1 list do Tatusia, ale czy doręczono go? Więc jeszcze raz podaję, co się z nami dzieje. Jestem tu z Zulą i gosposią. 3-go wyprowadzili nas wszystkich do Muzeum Narod., a dom został podpalony. To był najgorszy moment. W muzeum przesiedzieliśmy 2 doby w ciężkich warunkach. Wojsko żywiło nas sucharami. Potem puszczono nas z powrotem tutaj.
Część mieszkań się spaliła, ale nasze do tej pory stoi całe. Może Bóg da, że ocaleje do końca. Mieszkamy w piwnicy, bo na górze boimy się pocisków i pożaru. Wszyscy tu gotujemy wspólne zupy, poza tym gosposia dorabia nam różne kluski i kasze - głodu nie mamy.
Jesteśmy zdrowe i silne, a tylko moralnie nam smutno i ciężko. Nina jedyna, o której wiemy, że jest o 2 domy od "Batawii. Mieliśmy wiadomość od niej 3 dni temu. O Andrzeju żadnych danych i wieści, czy żyje i gdzie jest.
Martwimy się bardzo, bardzo brakiem wiadomości od Tatusia i nie rozumiemy zupełnie, dlaczego Tatuś nie daje znaku życia. Nasz dom tak na uboczu i trudno nam komunikować się z kimkolwiek, ale Tatuś ma przecież na pewno sposobność. Boimy się b. o Tatusia, czy zdrów? Jak przechodzi to wszystko? Czy mieszkanie ocalało? Czy Tatuś ma co jeść, czy się nie boi?
My żyjemy nadzieją, że przecież to się kiedyś skończy. Boimy się tylko ponownej ewakuacji, a ta może nam grozić w każdej chwili. Nie wiadomo dokąd, no i wtedy stracilibyśmy wszystko. Niech Tatuś koniecznie da nam znak życia, i to jak najprędzej, bo b. jesteśmy niespokojni. Całujemy Tatusia najserdeczniej
Marysieńka "

Przez 63 dni na ulicach Warszawy około 180 harcerzy listonoszy było jedynymi łącznikami miedzy rozdzielonymi rodzinami. Nastoletni doręczyciele przedzierali się przez walczące miasto, by dostarczyć wiadomość od żołnierzy z barykad do ich matek, żon i narzeczonych. Listy pisali też cywile ukryci w piwnicach zrujnowanych kamienic.
O czym? Przede wszystkim o strachu przed śmiercią - nie swoją, lecz najbliższych. To najbardziej poruszający zapis dramatu tamtych dni. Publikujemy wybrane listy znalezione w ruinach powstańczej poczty przy ul. Tynieckiej na Mokotowie.
Listy publikujemy dzięki uprzejmości Jerzego Kasprzaka ps. Albatros, listonosza powstańczej poczty.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Olgierd Budrewicz
2009-08-01 11:44:44, aktualizacja: 2009-08-01 11:45:50

O Dzidziusiu mordercy" i innych bohaterach Powstania Warszawskiego, o przyjaźniach na całe życie i kozach, które ratowały dzieci na Żoliborzu, opowiada uczestnik Powstania Warszawskiego (wówczas dwudziestolatek) Anicie Czupryn. I przypomina, że wielu z powstańców trafiło po drugiej wojnie światowej prosto do komunistycznych więzień

Żołnierze, walka, a może twarz ukochanej dziewczyny... Co widzi Pan przed oczami, gdy słyszy słowo: powstanie"?
Moment, gdy czekamy. Wybuch Powstania wyznaczony był na godz. 17, mieliśmy rozpocząć atak na ulicy Gdańskiej i przejąć obiekty, które Niemcy użytkowali. Towarzyszyło nam kolosalne napięcie. I zaraz potem pamiętam uczucie rozczarowania, gdy okazało się, że Niemcy byli przygotowani na nasz atak. Nici z zaskoczenia. Na Żoliborzu Powstanie rozpoczęło się o godzinie 14 z minutami, trzy godziny wcześniej, niż to było zaplanowane. Stało się tak dlatego, że przypadkowo spotkały się dwa patrole: niemiecki i polski. Doszło do wymiany ognia. Niemcy już wiedzieli, że coś się szykuje. Dlatego, niestety, zaniechaliśmy tamtego dnia wielu ataków, bo kosztowałoby to zbyt dużo. A dzień był taki piękny jak dziś [rozmawiamy w przeddzień 65. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego - red.], dopiero wieczorem spadł deszcz. Następnego dnia Żoliborz przywitał już wroga barykadami. Ludność budowała je w nocy. Nie udał się pierwszy szturm, rozpoczęła się inna formuła walki.

Jacy ludzie byli dla Pana w Powstaniu najważniejsi?
Było ich sporo. Razem kończyliśmy podchorążówkę, naszym instruktorem był por. Stefan Matuszczyk Porawa". Przystojny, jego zdjęcie z Zofią Rusecką znalazło się w najnowszym albumie (Roz)poznaj Warszawę", który właśnie wydało Muzeum Powstania Warszawskiego. Zofia Rusecka, niestety, dwa lata temu zmarła. Do końca byliśmy ze sobą w kontakcie. Porawa" zmarł wcześniej. Był komendantem specjalnej komisji przy KG AK, która wykonywała wyroki na szmalcownikach, likwidowała szpiegów. W grupie tej była też Iza Horodecka. Dziś ma ponad sto lat. Ostatnio zadzwoniła do mnie: Może by pan do mnie zajrzał?" - zaproponowała. Pytam, co się stało, a ona na to: Nic wielkiego, tylko urodziny mam..." (śmiech). Myśmy w tej naszej podchorążówce nawiązali tak silne przyjaźnie i one przetrwały. Wacek Gluth-Nowowiejski, który też był z nami od początku, został bardzo ciężko ranny, przeżył jako robinson warszawski. Wciąż żyje, do dziś jest moim przyjacielem.

Znał Pan żołnierzy z Szarych Szeregów, Rudego", Alka", ośkę"?
Nie. Nas było dużo. Mieliśmy największą w krajach okupowanych armię podziemną. Myśmy działali w swoich dzielnicach, oddziałach. Na Żoliborzu dużą rolę odegrał dowódca Mieczysław Niedzielski Żywiciel". Choć nie udało nam się kilka rzeczy. Porażką był m.in. dwukrotny atak na Dworzec Gdański. Chcieliśmy tamtą drogą, jak mówiliśmy: górą, przerzucić łączność ze Starym Miastem. Kosztowało nas to setki ofiar chłopców i dziewcząt. To była tragedia. I nie udało się. Powiodło się dopiero Stefanowi Bałukowi i Agatonowi" Jankowskiemu. Początkowo walczyłem w pierwszej linii, byłem zastępcą dowódcy plutonu 238, miałem służbę na placu Wilsona, na ulicy Mickiewicza, gdy przyszedł rozkaz, że mam przejść do redagowania gazety akowskiej, bo jest możliwość druku. Znaleźliśmy drukarnię. Z Jurkiem Kubinem, późniejszym prof. socjologii, niedawno zmarłym, zaczęliśmy wydawać Dziennik Radiowy 22. Obwodu AK". Skromny arkusz A3 drukowany po dwóch stronach bardzo małą czcionką przez dwóch wybitnych drukarzy. W ciągu nocy składali druk i nazajutrz w południe chłopcy roznosili tę gazetę w nakładzie tysiąca egzemplarzy po rozmaitych miejscach, domach, piwnicach. Po wybuchu Powstania wiele ludzi zeszło do piwnic, zwłaszcza rodziny z dziećmi tam się chroniły. Czasem zupełnie niepotrzebnie, poza tym w piwnicach były rozmaite nastroje: zarówno entuzjastyczne, jak i krytyczne. Byli i tacy, którzy uważali, że cała ta walka jest nonsensem i będzie kosztować za dużo.

O czym pisaliście?
O życiu na Żoliborzu. Chodziliśmy z Jurkiem po domach, barykadach, piwnicach i pisaliśmy o tym, co widzieliśmy - felietony, pierwsze reportaże - wszystko to było bardzo na gorąco robione. O tym, że w ogródkach, jakich tu było wiele, ludzie hodowali kozy. Na sąsiednim Marymoncie trafiła się nawet krowa. Koza dawała mleko niemowlętom, ratowała dzieci. Ileż dzieci zawdzięcza kozom życie! Proponowałem nawet, żeby zbudować tu pomnik kozy. Niektórzy się śmieją, że to głupi pomysł. Ale jeżeli jest pomnik psa w Tokio, który czekał bardzo długo na powrót swojego pana z wojny, to dlaczego ma nie być kozy na Żoliborzu? No, byliśmy wówczas strasznie młodzi, więc to dziennikarstwo było właściwie wielką improwizacją.

Najważniejsza chwila w Powstaniu?
Było ich kilka. Tragedia naszego dowódcy rotmistrza Adama Rzeszotarskiego Żmii", któremu rosyjska armia ROA zamordowała żonę i dzieci na Marymoncie. Na Marymont wchodziły oddziały kolaboracyjne. Przez pewien czas sądzono, że to byli Ukraińcy. A to byli Rosjanie, którzy kolaborowali z Niemcami na wielką skalę i zachowywali się gorzej niż sami Niemcy. Rodzina rotmistrza mieszkała przy ulicy Dymińskiej, kilkaset metrów od miejsca, w którym stacjonowaliśmy. Żmija" przeżył to strasznie, na granicy załamania, a my razem z nim. Za sprawą ROA okropne rzeczy się działy i na Ochocie.

Czy w tych strasznych czasach zdarzały się momenty zabawne, wesołe, radosne, które odrywały od walki, wojny, śmierci?
Było ich wiele, ale pewne rzeczy mi się już zamazują. Zresztą, anegdoty z tamtych czasów brzmią teraz zupełnie inaczej. Pamiętam: w naszej redakcji Jerzy Kubin zajmował się nasłuchem. Słuchał radia, odbierał głównie Londyn. W pewnym momencie usłyszał polską jakąś melodię, smutną, ze słowami ...krwi bratniej" i w tym momencie na redakcję spadły bomby. Drukarnia zniszczona. Jurek ocalał, bo był w sąsiednim pokoiku, i gdy opadł kurz, usłyszał z radia: Dalej chłopcy, dalej żywo". To, w tragicznej chwili, było śmieszne. Albo historia Dzidziusia mordercy". Tak nazwaliśmy kolegę Stanisława Gernera, bo wyglądał jak dziecko. Miły, zabawny chłopak, ale strzelec wyborowy. Po wojnie wyemigrował do Ameryki, gdzie zdobywał główne nagrody w strzelectwie. Strzelał fenomenalnie. Zamykał oczy i trafiał. Pewnego dnia zajął stanowisko w jednym z budynków na pierwszym piętrze i czekał na swoją chwilę. To znaczy czekał na Niemców. Jak na zamówienie pod jego okno podjechały niemieckie pantery. To były lekkie czołgi, bardzo niebezpieczne. I kiedy młody niemiecki oficer, pewnie dowódca, wychylił lekko głowę, już było po nim. Już go Dzidziuś ustrzelił. Takie to były radosne momenty. Były i inne, śluby, niespodziewane spotkania i śmiech, dużo śmiechu. Miałem 20 lat, byłem zakochany w mojej obecnej żonie. Jesteśmy już ze sobą bardzo długo (śmiech). Pamiętam i taką chwilę: jesteśmy na barykadzie, czekamy na atak, a tu nagle z jakiegoś okna rozchodzą się tony piosenki Tango Milonga".

Tamta młodzież była inna?
Chce pani zapytać, czy była lepsza, bo byliśmy lepiej wychowani? Nie. Młodzież zawsze jest taka sama. To jest ten sam naród i ta sama młodzież. Jestem przekonany, że współczesna młodzież nosi w sobie ten sam odruch patriotyczny, jaki my mieliśmy. Jest w tym narodzie wielka potrzeba obrony godności i własnej suwerenności. Nasze Powstanie nie było tylko przeciwko Niemcom. Ale również przeciwko Rosjanom. Stalin, niestety, o tym wiedział, stojąc na Pradze.

Jak wyglądała kapitulacja?
Żywiciel" nie chciał kapitulować. Przyjechał do niego sam generał Armii Krajowej Antoni Chruściel Monter" i powiedział, że to rozkaz Tadeusza Bora-Komorowskiego: trzeba kapitulować. I tu obok, na ulicy Promyka doszło do złożenia broni. To była straszna chwila. Prysły nadzieje. W momencie wybuchu Powstania na Żoliborzu było nas 3,5 tysiąca, zginęło ponad tysiąc. Musiałem zdjąć mundur, ponieważ w mundurze by mnie rozpoznano, a i wśród Polaków zdarzali się, niestety, różni ludzie, mogli mnie wskazać Niemcom palcem. Z cywilami wyszedłem z Warszawy do Pruszkowa, do obozu przejściowego. Stamtąd wyratowali mnie koledzy. Poprzebierani za sanitariuszy mieli cel: wywieźć nas wszystkich z obozu. Wywieziony zostałem na wozie z koniem jako ciężko ranny. Ocalałem.

Czy Polska po 1989 r., to jest właśnie ten kraj, o który Pan walczył?
Różnie można oceniać tę naszą niepodległość, ale ona jest. Myślę, że my również dołożyliśmy naszą cegiełkę do tego, że ją dziś mamy i mamy demokrację.

Prezydent zaapelował o ustanowienie święta narodowego, które warszawiacy czcili od wielu lat. Podoba się Panu pomysł?
Zaskoczył mnie. To wielki honor, oczywiście, ale to przez parlament nie przejdzie. Nie wierzę. Warszawa w ogóle ma wielu przeciwników na prowincji i wciąż spotyka się z wyraźną antypatią. Mówi się o tym, że warszawiacy odbudowali sobie miasto z cegieł, które zabierali, wykradali z innych miast. Podejrzewam, że Dzień Pamięci o Powstaniu jako święto narodowe spotka się z pewnym oporem.

Jaka jest Pańska osobista refleksja na temat Powstania? Zmieniała się?
Po Powstaniu uprawiałem zawód dziennikarza, łatwo wtedy było przejść na drugą stronę, kolaborować z PRL. Miałem propozycję objęcia placówki stałego korespondenta w USA. Powiedziano mi tylko, że muszę być członkiem partii. Odparłem: Dziękuję, do widzenia". I to uważam za moje wielkie życiowe osiągnięcie (śmiech). Nigdy nie byłem członkiem partii, zresztą po jakimś czasie mówiono o mnie:  tym akowcem dajcie sobie spokój". Przeszedłem normalną drogę reportera, zaczynałem od popołudniówki warszawskiej Wieczoru Warszawy", w jednym pokoju z Mironem Białoszewskim. Miasta wtedy nie było, tylko gruzy. Do dziś pamiętam rzeczy, na które musiałem patrzeć, tak straszne. Gdy dziś jadę przez miasto, to sobie przypominam te różne epizody i myślę: jak to wszystko jest możliwe? Jak możliwe jest to miasto, które ma dziś dwa miliony ludzi, które funkcjonuje, jest odbudowane. Ciągłą zagadką jest też dla mnie to, jak ja się w nim odnajduję, bo widzę je dziś bardzo krytycznie. Ale kocham je. To taka miłość trudna, ale nie ma na nią rady. A Powstanie zawsze będzie ważnym wydarzeniem w moim życiu. Wielu przyjaciół zginęło, niektórzy na moich oczach. Te straszne pogrzeby! Mieliśmy tu księdza Zygmunta Trószyńskiego, pseudonim Alkazar, chodził w wybrudzonej sutannie, wspaniały człowiek, kapelan Armii Krajowej. Po Powstaniu komuniści posadzili go do więzienia. Dziś mamy niepodległość, ale zbrodnie nadal nie są ukarane.

***

Olgierd Budrewicz, uczestnik Powstania, dziennikarz, reportażysta i pisarz, ma dziś 86 lat i pozostał wierny dzielnicy Żoliborz

http://polskatimes.pl/opinie/wywiady/147937,ostre-tango-na-barykadach,id,t.html

Share this post


Link to post
Share on other sites

http://www.zw.com.pl/artykul/1,389973_Obraczki_byly_z_kolek_od_firan.html

Obrączki były z kółek od firan

Gdy Bill leżał ranny, dowódca posłał gońca do jego narzeczonej. – Jutro wychodzisz za mąż – usłyszała. Ślub był w polowym szpitalu.

Bolesław Biega „Pałąk“, (dziś Bill), żołnierz batalionu „Kiliński“ przyjechał właśnie do Warszawy z Nowego Jorku. Tylko na kilka dni, na rocznicę Powstania. M.in. także po to, by dla Muzeum Powstania Warszawskiego nagrać swoją opowieść do Archiwum Historii Mówionej. A ma o czym opowiadać.

Najsłynniejszy ślub

Za kilka dni – 13 sierpnia – minie 65. rocznica jego ślubu z Alicją Treutler „Jarmuż“, który zawierali w walczącej Warszawie. Ta ceremonia jest bodaj najlepiej udokumentowanym zdjęciowo i filmowo ślubem w Powstaniu Warszawskim. Młoda para jest na kilkunastu zdjęciach powstańczego fotoreportera Eugeniusza Lokajskiego. Znalazły się też w kronikach filmowych, wyświetlanych dla warszawiaków w kinie Palladium jako materiały propagandowe.

W ciągu 63 dni walk o Warszawę kapelani udzielili ponad 500 ślubów. Dlaczego akurat tę parę utrwaliły powstańcze media? – Przez przypadek – opowiadał nam wczoraj Bill Biega.

Gdy wybuchło Powstanie, narzeczona Lilka Treutler była sanitariuszką w batalionie „Kiliński“. Uczyła zasad pierwszej pomocy. On również był instruktorem – po podziemnej podchorążówce. Szkolił młodzież, jak posługiwać się bronią. W pierwszych dniach sierpnia został ranny w rękę.

– Jeden z lekarzy chciał mi tę rękę amputować, ale wylądowałem w szpitaliku polowym, w piwnicy w kamienicy przy ul. Moniuszki. Tam lekarz Mirosław Witali bez prześwietlenia mi ją złożył i uratował – opowiada powstaniec. – W tym samym szpitalu leżał też mój dowódca Franciszek Szafranek, zwany „Frasza“. To on wymyślił, żebym z Lilly wziął ślub. Teraz. Zaraz.


Kwiat w szarym pyle

Gdy „Frasza“ usłyszał akceptację, natychmiast wysłał gońca po kapelana. Drugi posłaniec pobiegł na pocztę przy Świętokrzyskiej (była tam Lilly), by przekazać dziewczynie, że... jutro o godz. 11 bierze ślub z „Pałąkiem“. – Zdziwiła się i ucieszyła. I nazajutrz byliśmy już małżeństwem – relacjonuje powstaniec. – Za obrączki mieliśmy kółka od firanek. Wszystko pokryte szarym pyłem. Zapach leków wokół. Ona miała tylko biały kwiat we włosach. Ja na zdjęciach mam mundur, ale nie swój, za duży. Ktoś zorganizował, żebym dobrze wyglądał. Rozcięliśmy rękaw, żeby temblak nie przeszkadzał.

A skąd kamery i fotoreporterzy? – Nieopodal, w kawiarni Adria, siedział akurat fotograf Eugeniusz Lokajski i filmowcy z komórki AK dokumentujący Powstanie. Nie znałem ich wcześniej. Ale gdy dowiedzieli się, że nieopodal jest ślub, sami wpadli z kamerami i aparatami. I zostali – śmieje się Bill Biega.

Alicja już w sierpniu 1944 r. oglądała swój ślub w kinie Palladium. – Ja zobaczyłem po raz pierwszy te filmy dopiero po ponad 40 latach – wyjaśnia.

Powstańcze uczucie przetrwało do dziś. Bill i Lilly Biega mieszkają niedaleko Nowego Jorku. Pani Alicja do Warszawy na obchody nie przyjechała. Bill natomiast wczoraj przez kilka godzin opowiadał powstańczy życiorys przed kamerą w Muzeum PW. To najnowsze nagranie wkrótce znajdzie się w Archiwum Historii Mówionej. Zebrane są w nim przejmujące, prywatne relacje powstańców. Muzeum zgromadziło już ponad 2 tys. takich wywiadów."

Share this post


Link to post
Share on other sites

http://wyborcza.pl/1,94900,6869595,Stanislaw_Podemski_wspomina_Powstanie.html

Stanisław Podemski wspomina Powstanie

Wracał po rozdaniu wszystkich listów - im bliżej domu, tym wolniej. Minęło kilka godzin, czy jest do czego wracać. Znany publicysta sądowy Stanisław Podemski wspomina swoją służbę listonosza harcerskiej poczty w Powstaniu Warszawskim

Rano stawiam się w siedzibie poczty polowej na Wilczej. W drużynie Leszka Białego jest nas kilkunastu. Na komendę stajemy na baczność i odliczamy. Odbieramy listy przypadające na nasz okręg. Listów jest dużo. Są w kopertach, na pocztówkach, ale nie brak i zwiniętych kartek z nabazgranym adresem. Są poplamione, pogięte. Jeden ma rudą plamę krwi. Wychodzimy na ulicę. Nie mamy mundurów, tylko biało-czerwone opaski i niekiedy furażerkę z orłem wskazujące, że jesteśmy w służbie powstańczej. Mamy do doręczenia każdy po kilkanaście przesyłek pod różnym adresem. Ja od Hożej do Koszykowej. Poruszamy się, wykorzystując ochronę barykad przecinających ulice Warszawy. Korzystać muszę także z podkopów - ciasnych, niskich, w których co jakiś czas obijam sobie głowę o rury. Obsypujący się piasek spada mi na głowę i - co gorsza - na oczy. Przeciskam się także przez zapchane ludźmi i dobytkiem piwnice, ten podziemny szlak miasta. Tu obezwładnia mnie zapach niemytych ciał, pichconych posiłków, skrwawionych bandaży. Po kwadransie tej wędrówki wpadam na zalane słońcem podwórze. Dyżurny, który mnie wypuszcza z domu stanowiącego koniec mojej ochrony, ostrzega, że następne podwórza są pod stałym obstrzałem z granatnika. Jego niewielkie pociski w kształcie bombki ze skrzydełkami rozrywają się na niezliczone, rażące boleśnie odłamki. Sadzę więc jak zając przez odkrytą przestrzeń i i szukam ochrony w metalowym pojemniku na śmieci. Przeczekuję tu najgorsze chwile i słyszę tylko dzwonienie odłamków po jego solidnych ścianach. Po paru minutach jestem w sąsiednim domu cały i bezpieczny. Pachnę tylko gorzej niż warszawskie piwnice. Schronienie zawierało brudne bandaże, obierzyny i kuchenne zlewki. Mój trud zostaje już wkrótce nagrodzony. Adresatka otwiera złożone karteczki, ręka jej drży, ale po chwili jest już promienna, odmieniona, radosna. - Mój syn żyje, walczy, zapowiada nasze zwycięstwo - mówi i ociera łzy. Dlaczego? Wtedy tego nie rozumiem. Wciska mi paczkę herbatników. Przyjmuję. Jestem ciągle głodny, choć zjadam nieraz po trzy obiady: w domu, w kuchni wojskowej na Hożej i w Ymce na Kruczej.

Po moim dzwonku do drzwi staje w nich kobieta w kąpielowym płaszczu, na głowie turban z ręcznika, na twarzy nieroztarty krem. Z mieszkania bije smakowity zapach. Co to może być? Kobieta wyrywa mi list z ręki, otwiera go, prawie przedziera. Blednie, słania się, siada na brzegu stojącej w korytarzu kanapy. Jedną ręką zasłania oczy, drugą odprawia mnie i zamyka drzwi. Rozumiem ją. Przyniosłem pewnie wiadomości o śmierci najbliższej osoby. To nie pierwsze moje doświadczenie. Krzyk albo wybuch płaczu, radość albo wesele, nierzadko poczęstunek dla listonosza. Siadanie przy nakrytym pospiesznie stole, opowieść o tym najbliższym, który żyje, pisze, wróci, wróci, kiedy skończy się to wszystko. Za trzecimi drzwiami szaleje zamknięty pies. Drapie, wyje, skomli. Jak długo czeka na swego pana i czy doczeka się?

Listy skończyły się, zaczął powrót do domu, pełen niebezpieczeństw i zaskoczeń. Teraz biegnę jeszcze szybciej, mijam barykady, znikam w podkopach i piwnicach, przeczekuję w bezpiecznych bramach nowe niebezpieczeństwa, ale im bliżej mego domu na Żurawiej, tym bardziej zwalniam. Czy ta nasza stara, krucha kamienica jeszcze stoi? Czy mama jeszcze żyje? Od mego wyjścia z domu minęły godziny. Czy mam do czego wracać? Widzę nareszcie, że przez czas mego biegania nic się tu nie zmieniło, choć bombardowania i ostrzeliwanie artyleryjskie ciągle trwają. Mam szczęście. Kolega po powrocie do domu ze służby nie zastał ani domu, ani rodziców. jego mieszkanie na piątym piętrze było przecięte jak nożem, wnętrze kuchni i łazienki widoczne jak na dłoni. Biurko, przy którym odrabiał lekcje, było nietknięte, zawieszone w powietrzu na resztkach podłogi."

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/dla-esesmanow-nie-mielismy-litosci_104774.html

Dla esesmanów nie mieliśmy litości

W 65. rocznicę Rzezi Woli bohater Powstania Warszawskiego, gen. Janusz Brochwicz-Lewiński.

"Super Express: - Trzeciego dnia walk powstańczych dowodzony przez pana oddział wchodzący w skład batalionu "Parasol zajął tzw. Pałacyk Michla przy ulicy Wolskiej w dzielnicy Wola.

Gen. J. Brochwicz-Lewiński: - Wiedziałem, że tą ulicą Niemcy będą musieli poprowadzić atak na barykadę, która paraliżowała im możliwość poruszania się na linii wschód - zachód. W pałacyku dowodziłem około 20 ludźmi, po drugiej stronie ulicy miałem do współpracy 12 ludzi, którzy obsadzili budynek fabryki Franaszka.

- Rozpoczęło się wyczekiwanie...

- Na górze był salon. Czwartego sierpnia zaprosiliśmy gości - moja grupa szturmowa, łączniczki, sanitariuszki - i zorganizowaliśmy rozrywkowy wieczór. Mieliśmy kanapki i nawet trochę wina. Było ok. 40 osób. Przy pianinie usiadł mój kolega Józef "Ziutek Szczepański i ułożył piosenkę o Pałacyku Michla, którą wkrótce śpiewało całe miasto i jest popularna do dziś. Było wesoło. A kilka godzin później zaczęło się...

- Niemcy ruszyli na barykadę?

- Nacierali krokiem półbiegowym. Nie wiedzieli o naszym istnieniu. Byli tuż obok nas, gdy wydałem chłopcom komendę: ognia! Strzelała też załoga ukryta w fabryce. Wzięci w krzyżowy ogień esesmani nie mieli szans.

- Było miejsce na litość?

- Dla esesmanów, tych morderców - nie, nigdy. Jeżeli któryś miał ciężki postrzał i krzyczał o pomoc - nie dostawał jej. Zostawialiśmy ich, żeby umierali na ulicy. To było brutalne, ale widzieliśmy w tym jedyną metodę zapłaty za to, co robili.

- Tego dnia, zaczęło się to zresztą tuż koło Pałacyku Michla, Niemcy rozpoczęli masową eksterminację ludności cywilnej w dzielnicy Wola. 7 sierpnia bilans tej zbrodni mógł wynieść nawet 60 tys. cywilów.

- Mordowali bez pardonu. Trupy układali na stosy i podkładali pod nie ogień.

- Przy drugim natarciu Niemcy już o was wiedzieli.

- Nacierało 200-300 żołnierzy wspomaganych czołgiem. Ale daliśmy radę. Później trzecie natarcie i więcej czołgów. I czwarte. Kończyła się amunicja, byliśmy okrążani - przy piątym natarciu dostałem rozkaz wycofania się.

- Odmówił pan kiedyś wykonania rozkazu?

- Tak stało się następnego dnia. Zająłem pozycje w dwóch domach naprzeciwko cmentarza ewangelickiego. Łączniczka dowódcy batalionu przyniosła rozkaz wycofania się na cmentarz. Odmówiłem, bo mieliśmy doskonałe pole obstrzału i bardzo szkodziliśmy nieprzyjacielowi. W końcu musiałem wysłać łączniczkę i siedmiu żołnierzy. Siedzieli pod murkiem cmentarza. Był tam pewnie obserwator baterii ciężkich moździerzy, który precyzyjnie określił cel. Zginęli wszyscy. Był sukces, bo zabiliśmy dużo Niemców. I była śmierć moich ludzi. Nie mogłem tego przeboleć.

- Śmierć bardzo prosiła też o pana...

- Ósmego dnia dostałem rozkaz oczyszczenia z Niemców cmentarza ewangelickiego. Przechodząc przez bramę, miałem uczucie, że niedługo mnie rąbnie i do widzenia - pójdę do aniołków. To była potworna walka. Nieprzyjaciel był niewidoczny w zaroślach. Strzelał do marmurowych grobów, które rozpryskiwały się na śmiercionośne odłamki. Gdy prowadziłem grupę szturmową do drugiego ataku, obrał mnie za cel strzelec wyborowy. Kula weszła ustami, wyszła bokiem. Tak mnie doprawił, że koledzy myśleli, że wykituję na miejscu. A ja widziałem przed sobą pięknie oświetloną śródgórską dolinę. Nad nią gwiazdy.

- W walczącej i mordowanej Warszawie?

- Unosiłem się w powietrzu. Czułem się bardzo dobrze, nic mnie nie bolało. Przed oczami ujrzałem film ze swojego życia. Widziałem też momenty, w których otarłem się o śmierć: jestem dzieckiem i topię się w rzece, innym razem podczas zabawy wpadam do dołu z wapnem gaszonym, a w końcu siedzę w celi, dzień po moich 19. urodzinach, i godzina za godziną - wśród odgłosów egzekucji - czekam na wykonanie na mnie wyroku śmierci, bo wczoraj do niemieckiej napaści na moją ojczyznę dołączył Związek Sowiecki, a ja, polski żołnierz, strzelałem do czerwonoarmistów.

- Ale uciekł pan.

- Z piekła sowieckiego do niemieckiego. A w końcu zobaczyłem moje 24-letnie ciało trafione przez snajpera. Coś mnie pociągnęło w dół - otworzyłem oczy i poczułem ból.

- Był pan wyeliminowany z walki.

- Denerwowało mnie to. Byłem słaby, nie mogłem mówić - miałem spalony język, usta i dużą część twarzy. Chłopcy nie mogli mnie w szpitalu poznać. Pod koniec sierpnia przeszedłem kanałami ze Starówki do Śródmieścia. Pchali mnie i ciągnęli jak małego kota, czasem trzeba było przeciskać się na brzuchu. Tułałem się po szpitalach. Na operację nie miałem szans. W wyniku bombardowań dwa razy byłem przysypany gruzem. Później poszedłem do niewoli. Przeżyłem, choć od 65 lat powinienem być w piachu. Anioł Stróż mnie uratował.

- Do Polski już pan nie wrócił.

- Bo był to kraj zniewolony przez tych, którzy najpierw dręczyli nas razem z Niemcami, a później stali nad Wisłą i czekali, aż zamęczą nas sami Niemcy.

- Ostatnim utworem Józefa "Ziutka Szczepańskiego, który zginął w powstańczej Warszawie w wieku 22 lat, była "Czerwona zaraza.

- "Czekamy ciebie, czerwona zarazo/byś wybawiła nas od czarnej śmierci/byś nam kraj przedtem rozdarłszy na ćwierci/była zbawieniem witanym z odrazą.

- Jednak obiecał: "Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły/Nowa się Polska - zwycięska narodzi/ i po tej ziemi ty nie będziesz chodzić/czerwony władco rozbestwionej siły.

- I później był Poznań, Wybrzeże, Solidarność. Wróciłem na starość do wolnej Polski.

Gen. Janusz Brochwicz-Lewiński

Żołnierz AK, dowódca wielu legendarnych akcji bojowych podziemia, kawaler Orderu Virtuti Militari"

Share this post


Link to post
Share on other sites
W archiwum historii mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego są fantastyczne wspomnienia gen. Janusza Brochwicza-Lewińskiego
http://www.1944.pl/index.php?a=site_archiwum&STEP=03&id=369&key_word=&users_next_page=&order=&surname=&name=&nick=&ranga=&division=&search=brochwicz

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://polskatimes.pl/magazyn/147511,to-byl-zaszczyt-umrzec-za-stolice,id,t.html

To był zaszczyt umrzeć za stolicę

Już czterdzieści kilka godzin idziemy kanałami wypełnionymi w połowie przez wiadome nieczystości. Marszałek Józef Piłsudski mówił kiedyś proroczo: "Panowie oficerowie, jeśli trzeba będzie, to dla Polski gówna gołymi rękami wybierać będziecie. Więc to my - żołnierze Marszałka- widocznie tak trzeba - publikujemy wspomnienia prof. Stanisława Iwankiewicza, żołnierza Powstania Warszawskiego

Nie tylko rodowici Warszawiacy przelewali krew w Powstaniu Warszawskim. Wśród żołnierzy stolicy byli także ci, którzy przybyli jej na pomoc z odległych krańców Polski. I tacy, których wojenny los przypadkowo pchnął na warszawskie ulice. Tak jak profesora Stanisława Iwankiewicza. Ten urodzony w Kaliszu żołnierz Powstania Warszawskiego, dwukrotny rektor Akademii Medycznej we Wrocławiu, człowiek uparty, jeden z twórców polskiej laryngologii, widział, jak Warszawa szykowała się do wojny w 1939 roku i stanął do walki z okupantami 1 sierpnia 1944 roku. Bo tak on i jego rówieśnicy rozumieli patriotyzm i obowiązek wobec ojczyzny.

O swoich rodzicach tak opowiada: Tato, były żołnierz gwardii carskiej i gorący polski patriota, wprowadzał w domu porządek i zasady. Postawny, z modnie podkręconym wąsem, pięknie wyglądał z żoną, zgrabną szatynką, kiedy w niedzielę szli kaliskim deptakiem.

W 1939 roku zginął Witek, starszy brat Staszka i duma rodziców. Przystojny, kiedy szedł w mundurze podhalańczyka, dziewczyny nie odrywały od niego oczu. Kiedy powiedział rodzicom, że przenosi się do lotnictwa, milczeli, choć wiosną 1939 roku strach wisiał w powietrzu. Hitler zażądał korytarza przez Polskę. Minister Beck odpowiedział mu w polskim Sejmie "Nie ma pokoju za wszelką cenę, honor przede wszystkim.

- Witek zginął 20 kwietnia w katastrofie lotniczej. Jego pogrzeb stał się manifestacją patriotyczną. Nie wiedzieliśmy, że wkrótce pogrzeby staną się codziennością - mówi profesor. Jego losy do czasu Powstania Warszawskiego w skrócie wyglądały tak: maturę zdał wiosną 1939 roku, dostał się do Szkoły Podchorążych Sanitarnych Zawodowych w Warszawie. Jako junak Junackich Hufców Pracy w lipcu budował umocnienia w Miokrem koło Mikołowa. Nie zostały zdobyte - ich załoga poddała się 8 września, gdy zabrakło jej amunicji. 1 września, kiedy bomby spadają na Polskę, Staszek jest w Warszawie, pracuje w szpitalu polowym nr 104. Potem jest ewakuacja szpitala, ucieczka razem z kolegą z podchorążówki Jurkiem Wilkiem na wschód, do Kowla, ucieczka z rąk Rosjan wkraczających do Polski. Tworzenie organizacji podziemnej w Kaliszu, wreszcie wsypa i znów ucieczka, tym razem przed Niemcami, do stolicy.

W Warszawie Staszek utrzymuje się z robienia damskich sandałków na koturnie. Kiedy wybuchło powstanie, walczy w zgrupowaniu Krybara, a potem Sławbora jako łącznościowiec. Po kapitulacji trafił do płk. Leona Strehla, szefa sanitarnego Komendy Głównej AK, który organizuje transport chorych do obozu jenieckiego w Zeithain w Saksonii.

Za kampanię wrześniową i udział w powstaniu Stanisław Iwankiewicz został odznaczony krzyżem Virtuti Militari. Publikujemy jego wspomnienia - tak, jak zostały zapisane.

1 sierpnia, wtorek
Jadę do Jurka w południe. Okazuje się, że godzina "W jest wyznaczona na 17.00. Umawiamy się na godz. 16.00 w "jajczarni. Gdy się spotykamy i ruszamy na punkt zbiórki, tuż obok drugiego przez nas mijanego domu stoi niemiecki "łazik, a na nim beztrosko pozostawione dwa pistolety maszynowe. Ich właściciele leżą pod maszyną zajęci jakąś naprawą.... Niebywała okazja i pokusa. Można chyba w łatwy sposób zdobyć dwa pistolety - majątek... A może to prowokacja? O 17.00 mamy stawić się w lokalu na Furmańskiej 12. Jeśli teraz wdamy się w awanturę i wywołamy strzelaninę? Nie, trzeba pilnować wykonania rozkazu, który brzmi: "17.00 w lokalu konspiracyjnym zbiórka.

Z tramwaju "dwójki wysiadamy pod wiaduktem mostu Poniatowskiego i idziemy pieszo. Po chwili strzelanina i wpadamy, a raczej na nas wpadają żandarmi gęsto strzelający seriami i biegnący odskokami w naszą stronę. Jest za późno, by się wycofać, zresztą nie ma gdzie. Żandarmi, jakby nas nie widzieli, przebiegają obok, strzelając, oddalają się...

Musimy przystanąć. To spotkanie kosztowało nas dużo nerwów! Mówię do Jurka: "Wiesz, jestem przekonany, że jeśli przeżyliśmy takie spotkanie, to przeżyjemy całe powstanie. "Oby tak było - odpowiada.
W lokalu na Furmańskiej zastajemy tylko część oddziału, do którego należy Jurek, a do którego ja mam być dokooptowany. To pluton łączności por. Rymkiewicza. Przed wieczorem mamy udać się do dowództwa kpt. "Krybara na Tamkę.

Po 17.00 w okolicy strzelanina. Jak się okazuje, to próby zdobycia uniwersytetu, nieudane zresztą. Jest silnie obwarowany bunkrami i ma liczną załogę.

Idąc tuż przy murach domów, a skokami przez ulice, wpadamy w pewnym momencie na uciekającego żołnierza. Zderzamy się z nim i obezwładniamy go, zabierając karabin i wyrywając zza pasa dwa granaty. Teraz dopiero żołnierz przemówił, żałośnie się broniąc: "Panie, pomyłuj, ja ne wynowaty. Aha, więc to własowiec. Już są przy nas młodzi ludzie, którzy przedstawiają się, że są z najbliższej placówki i że zdobyczna broń do nich należy. Cóż, ich jest więcej, ze swoimi nie będziemy się przecież bić. Broń oddajemy, ale granaty są nasze. Własowca zabierają. To jest nasz pierwszy sukces w powstaniu.

Droga na Tamkę jest coraz trudniejsza. Powstańcy budują barykady i zasłony dymne, gdyż ostrzał jest z wielu kierunków. Są pierwsze ofiary. Późno wieczorem docieramy do lokalu dowódcy Powiśla kpt. "Krybara.

2 sierpnia, środa
Montujemy centralę telefoniczną i budujemy linie do poszczególnych placówek bojowych. Jedynym fachowcem i naszym instruktorem jest sierżant, zawodowy łącznościowiec "Waga. Pod jego opieką i kierunkiem łączymy skutecznie druciki...

Po dwóch dniach odnajduje się Basia, żona Jurka, która dołącza do naszych telefonistek obsługujących centralki. My mamy sporo roboty, bo zarówno bombardowania, jak i dość gęsty ostrzał z granatników rwą nasze linie rozwieszane głównie wzdłuż murów na wysokości pierwszego piętra.
W czasie jednej z akcji naprawiałem porwane przewody na Tamce razem ze "Śliwką (Gruszczyński). Granat eksplodował tuż za nim i on zebrał większość odłamków. Ja dostałem po włosach, tylko. "Śliwka upadł, był nieprzytomny. Zaciągnąłem go do najbliższej bramy. Nie krwawił mocno. Przy pomocy sanitariuszy został przeniesiony do szpitala polowego przy ul. Kopernika. Okazało się, że "Śliwka jest sparaliżowany.
"Śliwkę odwiedzaliśmy często, ale był ciągle nieprzytomny, w śpiączce. Szpital na Kopernika został przez Niemców w pierwszych dniach września wraz z rannymi i częścią personelu spalony...

Na Powiślu było przez prawie trzy tygodnie "względnie spokojnie. Większe akcje to opanowanie w pierwszych dniach elektrowni, potem walki o uniwersytet, komendę policji na Krakowskim Przedmieściu. W połowie sierpnia w czasie nalotu "Stukasów, został zrównany z ziemią dom nr 40 na Tamce, czyli nasza kwatera przy "Krybarze. Strat w ludziach nie było, bo zdążyliśmy ukryć się w piwnicach składu win pod pałacem Ostrogskich. Przeniesiono nas do domu nr 45. Siedząc w piwnicy w czasie jednego z kolejnych nalotów, zastanawialiśmy się, co będziemy robić po wojnie, jeśli przeżyjemy oczywiście. Jurek oświadczył wtedy zdecydowanie, że na medycynę nie wróci , zostanie architektem i jednym z pierwszych domów, który zaprojektuje będzie dom nr 40. - zbombardowana nasza kwatera i że to będzie większy dom. Jakoż tak się stało. Jurek ukończył po wojnie architekturę w Warszawie i jednym z pierwszych jego projektów był 11--piętrowiec w miejscu nr 40 przy Tamce.

4 i 5 września
Ruszyło potężne natarcie Niemców na Powiśle. Zmasowane ataki lotnictwa, artylerii i czołgów oraz piechoty zburzyły linie obronne powstańców. Trzeba było wycofać się do Śródmieścia. Dostałem przydział do plutonu łączności przy dowódcy Śródmieścia płk. "Sławborze i zostałem przydzielony do obsługi centrali telefonicznej przy ul. Mokotowskiej 60. Centrala mieściła się w piwnicy domu, który do tej pory nie ucierpiał, był prawie nietknięty. Oczywiście trzeba było ustawicznie naprawiać porwane w czasie nalotów i ostrzałów artyleryjskich linie telefoniczne.

18 września
Mamy realizować połączenie telefoniczne Śródmieścia z Mokotowem, z którym do tej pory, wobec odcięcia przez pozycje niemieckie, można porozumiewać się drogą radiową via Londyn. Droga prowadzenia linii telefonicznej to kanały pod pozycjami niemieckimi. Idą ochotnicy. Siedmiu od "Sławbo-ra i ośmiu od "Montera. Dowódcą patrolu jest ppor. "Czarny (Krzysztof Orawski). On idzie pierwszy, a ja spełniając także obowiązki sanitariusza, mam iść ostatni. Każdy bierze po trzy zwoje gumowego kabla telefonicznego. Wchodzimy włazem na ulicy Aleje Ujazdowskie naprzeciw Wilczej. Mamy małą centralkę, więc jesteśmy w stałej łączności z dowództwem.
Pierwszy odcinek to kanał o przekroju 80 cm, wąski, spadający stromo w dół w kierunku Wisły. Kanał wypełniony w połowie przez wiadome nieczystości. Wrażenie pierwsze jest tak silne, że nie czuję zapachów i nie widzę, że jestem od stóp do głowy upaprany odchodami. Po 30-40 metrach opadania na dno płaskiego burzowca, wysokiego na około 150-160 cm wypełnionego do kolan kałem, zdaję sobie sprawę dopiero, gdzie jestem.

Przede mną cała czternastka już zeszła. Jest jeszcze dwóch gości - poza naszym programem. Nie wiem na razie, kto jest kim. W kanale ciemno i zimno. Idziemy w niewygodnej pozycji 150 cm to za mało, by iść wyprostowanym. A do tego zwisające u szyi trzy zwoje gumowego kabla. Trudny, ciężki marsz. Droga oznaczona jest strzałkami na ścianach przez kurierów, którzy przed nami ją sforsowali.

Co pewien czas przystajemy, by skokami przejść pod włazami, które są na całej przestrzeni zajęte przez Niemców. We włazy Niemcy powrzucali belki, worki z cementem oraz miny. Raz po raz słychać jak z góry wołają: "Wyłazić lub "Heraus. Niemcy wiedzą, że kanały to droga kurierów. Ale oto pierwsza barykada. Wiele czasu zajmuje nam udrożnienie barykady na tyle, by można było się przecisnąć na drugą stronę. Pół biedy, gdy Niemcy wzywają tylko do wyjścia. Gorzej, gdy rzucają granaty, co też się nam przydarzyło kilkakrotnie. Mijają godziny i uszliśmy nie wiele, gdy na górze dosłownie zakotłowało się. Słychać artylerię przeciwlotniczą bijącą z wszystkich luf i wybuchy bomb. Nasilenie huków niespotykane do tej pory w powstaniu. Pytamy się, co to nasilenie walki oznacza... Hurra! Setki alianckich samolotów... Desant, desant, desant... A za chwilę: Nie, to nie desant, to tylko zrzuty... Dużo zrzutów... Niebo usiane spadochronami...

"To może już nie musimy iść na Mokotów? - pytamy. Może to już koniec powstania? - Idźcie dalej, róbcie swoje"- pada odpowiedź. Siedzimy i odpoczywamy, czekamy, co będzie dalej. Mija jakiś czas - może dwie lub trzy godziny i nastaje cisza. Podnosimy się i w drogę.

Na jednym z przymusowych postojów zbliża się do mnie jeden z gości" i przedstawia się po rosyjsku: Kapitan Kaługin. Wracam do swoich na drugą stronę Wisły. Jestem od Rokossow-skiego. Miałem polecenie do dowództwa powstania, ale nie dogadałem się. Wracam z niczym. Zapamiętaj: Kaługin". Po wojnie dowiedziałem się z pamiętników kapitana Wani", że odprowadził szczęśliwie Kaługina z Mokotowa na drugą stronę Wisły. Kapitan Kaługin został po krótkim przesłuchaniu rozstrzelany przez NKWD. Dlaczego? Podobno był szpiegiem niemieckim. Kapitan Wania" (Alfred Paczkowski) był moim starszym kolegą ze Szkoły Podchorążych Sanitarnych i był cichociemnym. Drugim gościem" był Jędruś" z pułku Baszta" zdążający z nami do swej jednostki na Mokotowie. Po wojnie spotkałem Jędrusia" w 1945 roku na ulicy we Wrocławiu. Okazało się, że to przyszły profesor Akademii Medycznej - prof. Szczęsny Tadeusz Owiński.

Bliżej Wisły kanały są szerokie i wysokie tak, że można iść w pozycji wyprostowanej, ale też woda" wskutek tego, że Niemcy zawalają włazy, jest tak spiętrzona, że sięga mi do ramion. Jest zimno i zaduch coraz większy, zapewne od rozkładających się zwłok tych, co zginęli w kanałach. W głowie szumy coraz większe. Idziemy już ponad 40 godzin! Szumy i dzwony w uszach i całej głowie to objawy zatrucia. Ja nic nie mówię i nie przyznaję się, że jestem krańcowo wyczerpany, ale kolega przede mną zaczyna coś mamrotać, później zaczyna śpiewać godzinki: acznijcie wargi moje chwalić Pannę Świętą"... Ale nic więcej sobie nie przypominając, w kółko tę frazę wielokrotnie powtarza, wreszcie pyta mnie, czy mnie także akie żałobne dzwony biją w uszach". Pocieszam go, jak mogę, daję mu suchara, którego on łapczywie usmarowanymi niemożliwie rękami chwyta.
Przez chwilę był spokój, a potem znowu te same pytania i śpiewy...

Jakiś czas później
Idziemy już czterdzieści kilka godzin. Sforsowaliśmy kilkanaście barykad. Przewodnik mówi, że to już niedaleko. Wydaje mi się, że majaczę. Nie, nie majaczę. Wiem na pewno: takiej bitwy w kanałach ściekowych nie prowadził do tej pory żaden żołnierz polski. To tylko marszałek Józef Piłsudski mówił kiedyś proroczo: Panowie oficerowie, jeśli trzeba będzie, to dla Polski gówna gołymi rękami wybierać będziecie". Więc to my - żołnierze Marszałka- widocznie tak trzeba...
Wreszcie po 47 godzinach wychodzimy na słońce obok fabryki Boscha na Mokotowie. Linii telefonicznej nie dokończyliśmy - zabrakło około 200 metrów kabla. Może po odpoczynku uda się ją dokończyć.
Dostajemy po wiadrze wody do mycia i na kwaterę. Okazuje się, że tylko trzech - wśród nich ja- jest w jakiejś tam kondycji. Reszta jest zatruta. Półprzytomna: wymioty i silne bóle głowy. Wypoczywamy przez tydzień, ale linii nie kończymy - nie ma odpowiedniego kabla.

23 września
Przychodzi kolej na Mokotów: zmasowane ataki, których nie mogą wytrzymać obrońcy tej dzielnicy. Mamy rozkaz wracać do Śródmieścia i iść na czele oddziałów wycofujących się. Za nami, jak się wkrótce okazało, dostało się wiele osób niezwiązanych z oddziałami walczącymi. Spowodowało to chaos, a potem panikę, gdy Niemcy zaczęli wrzucać granaty do włazów. W rezultacie duże straty wskutek stratowania i uduszenia. Z powrotem szliśmy tylko kilka godzin. Droga była przez nas przetarta.

Powstanie chyliło się ku upadkowi. Rozmawiałem z Jurkiem o tym, co będziemy robić po zakończeniu powstania. Do końca niemal nasz los był niepewny, choć przyznano nam w końcu sierpnia prawa kombatanckie. Gdy ogłoszono kapitulację, postanowiliśmy, że pojedziemy ze szpitalem do obozu jenieckiego. Zgłosiliśmy się do najbliższego punktu opatrunkowego przy ulicy Kruczej 12.

Komendantem punktu był major dr Michał Grobelski - przed wojną kierownik kliniki ortopedycznej fundacji Gąsiorowskich w Poznaniu (po kądzieli ostatni Piastowicz Kujawski, pan na Kaczkowie i rodowym Gniewkowie - o czym się dowiedziałem od niego już w obozie). Pan dr Grobelski po wysłuchaniu mego krótkiego Curriculum Vitae powiedział: Idź Stasiu do płka dra Leona Strehla, szefa sanitarnego KG AK na ul. Śniadeckich 11. On organizuje szpital, z którym pojedziemy do obozu. On potrzebuje takich spryciarzy z Centrum Wyszkolenia Sanitarnego jak ty. Udaliśmy się do płka dra Leona Strehla. Tu po zameldowaniu się i objaśnieniu, skąd się wziąłem w powstaniu i co do tej pory zdziałałem, płk Strehl powiedział: "Panie podchorąży, niech się pan trzyma blisko mnie. Będzie pan szefem kancelarii szpitala.
10 października

Wyruszył transport ponad 700 rannych i chorych do obozu jenieckiego Stalag IV B Zeithain w Saksonii. Stanowiliśmy Polski Szpital Wojskowy."

Share this post


Link to post
Share on other sites

Co wspólnego ma klub dla dżentelmenów" z Powstaniem? Pozornie niewiele. Ale w rzeczywistości to miejsce jest mocno związane z Powstaniem, gdyż tutaj znajduje się włz do kanałów, które w czasie Powstania były arterią" komunikacyjną.
Więcej: http://powstanie44.um.warszawa.pl/node/238

Share this post


Link to post
Share on other sites

O natężeniu walk w tym miejscy świadczy przeciwległa ściana, należąca do budynku Pod Orłami".
Warszawa, ul. Zgoda.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jeszcze raz Dom Pod Orłami, widok od strony południowej w ostanich dniach Powstania. Strałka wskazuje miejsce włazu do kanałów.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Powstańcy przekraczają ulicę Jasną udając się w kierunku, w którym jest właz do kanałow. Do włazu jest ok. 50 m.

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://www.zyciewarszawy.pl/artykul/6,392076.html

apomniana strona Powstania Warszawskiego

Jak 65 lat temu odbierała powstanie ludność cywilna? Z relacji wynika, że głównym źródłem wiadomości była plotka. Drugim – prasa – przeważnie „Biuletyn Informacyjny” Armii Krajowej. Jego lektura daje dziś sporo do myślenia.

Czego dowiedzieć się mógł zwykły warszawiak o Powstaniu? Na początek – o czym dziś się nie pamięta – że przyjęło nazwę „Sierpniowego”. A to wzorem listopadowego i styczniowego. Pierwszy raz nazwa ta pojawiła się jako tytuł głównego artykułu „Biuletynu Informacyjnego” – „Drugi dzień Powstania Sierpniowego”.

Bez patosu

Początkowo wychodził on w małym, konspiracyjnym formacie, by 11. dnia walk przejść na duży, stając się w ten sposób niemal prawdziwym dziennikiem. Wydawano go w nakładzie dochodzącym w pewnym momencie do 20 tys. w Śródmieściu. Pojedyncze egzemplarze docierały na odcięty Żoliborz i Mokotów. Publikowano wiadomości z terenu walk w stolicy, a także, dzięki radiowemu nasłuchowi, z całego świata.

Cywilów, którzy nie byli na barykadach, żyło w tym mieście 30 razy tylu, ilu żołnierzy podziemia (zginęło co najmniej siedem razy tyle). Ludzie ci widzieli to, co się działo wokoło. O prawdziwym klimacie Powstania świadczą fragmenty jedynej, regularnie wychodzącej gazety, czyli właśnie „Biuletynu Informacyjnego”. Starając się nie osłabiać woli walki z rzadka tylko donosił o masakrach mieszkańców.

7 sierpnia: „Cywilna ludność Woli dzieli walkę żołnierzy. (...) Spadają na nią bestialskie ciosy zemsty niemieckiej”. Te ciosy to wymordowanie od 18 do około 40 tys. ludzi; historycy podają rozbieżne dane. Po kolejnych sześciu dniach czytelnicy dowiedzieli się o „zbrodniach na Ochocie”. Liczb nie podano; badacze szacują, że zamordowano od tysiąca do 10 tysięcy osób.

Wieści o tych rzeziach docierały do Śródmieścia wraz z uciekinierami, czyli szczęśliwcami, którym udało się zbiec spod luf. Rodziły się przerażające plotki, potęgowane brakiem rzetelnych wiadomości, gdyż – poczynając od drugiej połowy sierpnia – informacje o masowych mordach znikają ze stron.

Barwy Powstania

Po 60 latach w powodzi heroicznych opisów Powstania zanikła jego druga strona – nie zawsze chlubna. Wielu ludzi zapomina o tym, że pięć lat okupacji zaowocowało wielkim stresem, a także skryminalizowaniem wielokrotnie większym niż przed wojną. Podczas 63 dni nie żałowano sobie bimbru i innych uciech. Dowodzi tego rozkaz płk. „Montera” z 26 sierpnia – „Za pijaństwo Sąd Wojskowy”. Z jego tekstu wynika – „... stwierdzono, że oddziały i pojedynczy żołnierze nadużywają alkoholu. (...) Oddział podniecony alkoholem i chwilową brawurą jest po paru godzinach nie do użycia”. Sytuacja musiała być poważna, skoro dowódca Powstania zdecydował się na wydanie czegoś takiego i upublicznienie kanałami cywilnymi. Notowano też nie tak rzadkie rabunki i to nie tylko mienia poniemieckiego. Na początku sierpnia ukazał się artykuł – „Ostrożnie z rekwizycjami”. Autor, będący przekaźnikiem władz Powstania, apeluje do rozsądku i do zabierania ludziom tylko tego, co niezbędne na froncie walki. Tekst ten jest ostrzeżeniem przed grabieżami. I to ostrzeżeniem niebezpodstawnym, bo po paru dniach, 12 sierpnia, poinformowano o pierwszym rozstrzelaniu za rabunek.

Przed plutonem egzekucyjnym stanął strzelec „Wola”, którego imię i nazwisko podano do wiadomości publicznej. Cztery dni później mieszkańcy stolicy dowiedzieli się o dziesięciu wyrokach śmierci wydanych przez Sąd Wojskowy. Rozstrzelano kilku kapusiów z lat okupacji oraz trzech żołnierzy AK. Dwóch za fałszywe kwity żywnościowe, na które pobrali z magazynów spore ilości wiktuałów, a jednego za kradzież samochodu i paru innych przedmiotów, w tym kuponu materiału na ubrania – podczas wojny rzeczy nader cennej.

Z różnych relacji wynika, że w okresie późniejszym ze złodziejami i rabusiami już się tak nie patyczkowano. Strzelała do ich żandarmeria AK w trybie doraźnym, bo pole walki nie pozwalało na zwoływanie sądów.W roku 1970 sporo kontrowersji wzbudził „Pamiętnik z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego. Bodajże pierwsza próba odbrązowienia Powstania. Gdyby ktoś wtedy pokusił się o lekturę „Biuletynu Informacyjnego”, to być może byłyby mniejsze wątpliwości co do takich wspomnień.

Oto bowiem 15 sierpnia 1944 roku ukazał się artykuł, a raczej felieton – „Plewy powstania (pisało się je wtedy przez małe „p”, podobnie jak i przez następne kilkadziesiąt lat) – Kobiety bez rozumu i bez taktu”. O kim mowa? O osobach, którym po pięciu latach okupacji nie walka była w głowie, a lekkie życie. „... nastroszona czupryna, za ciasne spodnie, wysokie obcasy i czerwono lakierowane paznokcie nóg i rąk. (...) Powstanie czy maskarada?”. Na koniec autor narzeka, że „zapominają o godności kobiecej i pozwalają sobie nad miarę”.

Znałem wielu, którzy przeżyli Powstanie na barykadzie lub w piwnicy – nigdy nie wystawiali laurki zalewającym się bimbrem albo korzystającym z życia. A nam ich dziś oceniać, skoro w tym samym numerze „Biuletynu...” warszawiacy przeczytali o „straszliwym zniszczeniu stolicy”, a w kolejnym – „Niemieccy podpalacze niszczą Warszawę”? Równocześnie polskie radio z Londynu ciągle bębniło chorał „Z dymem pożarów”, co – jak wynika z pamiętników – doprowadzało słuchających do szewskiej pasji – to jakie wnioski wyciągali z tego mieszkańcy? To też były barwy Powstania.

Koniec

Na początku września z łam gazety wyczytać można, głównie między wierszami, że nic dobrego już się nie zdarzy. Pojawiły się bowiem rady, by lepiej „tak długo, jak tylko jest możliwe, trzymać się domu, w którym się mieszka”. Ale po co się trzymać, skoro wszystko było bombardowane? 8 września „Biuletyn Informacyjny” wspomina o niszczeniu Śródmieścia – zamieszkałego przez „bogate mieszczaństwo”.

Skutkiem ostrzału było, jak podawano, spalenie księgozbiorów oraz dzieł sztuki. I działo się już źle, skoro w tym samym numerze wydrukowano zgodę dowódcy Armii Krajowej na opuszczenie miasta przez cywilów. Z innych gazet, w tym z „Rzeczypospolitej Polskiej” (dwutygodnik Delegatury Rządu; w sierpniu i wrześniu 1944 – dziennik), wynika, że w mieście panuje głód. Szaleje spekulacja. Czarnorynkowe ceny żywności wzrosły nawet 10-krotnie.

W tym czasie „Biuletyn...” miał problemy z drukiem, był „chudszy” i przekazywał mniej wiadomości. Aż wreszcie 8 sierpnia powrócił do małego formatu. Kto wtedy pamiętał o chwilach jego dziennikarskiej chwały, kiedy w nr. 44 (ciągła numeracja od początku roku) umieszczono jedyny raz podczas Powstania zdjęcie z podpisem – „Unieruchomiony czołg”. Co prawda z powodów technicznych to niemal czarno-biała plama, ale można było dostrzec zarysy samobieżnego działa przeciwpancernego Hetzer. Prawdopodobnie fotografia przedstawia pojazd nazwany potem Chwat i ustawiony jako fragment barykady w rejonie placu Napoleona (dziś – Powstańców Warszawy).

27 września w gazecie pojawił się patos. Czytelnicy dowiedzieli się, że „Powstanie Warszawskie to dorobek, który nie przeminie”. W latach 60. jeden z wyższych oficerów dowodzących w Śródmieściu powiedział mi, że gdy to przeczytał, a za oknem widział morze gruzów, pomyślał, że ktoś zwariował.

Boje zakończyły się drugiego października, a przedostatni numer „Biuletynu Informacyjnego” wyszedł z datą trzeciego. Tytuł główny – „Walka przerwana”. Tak nazwano kapitulację."

Share this post


Link to post
Share on other sites

http://wiadomosci.onet.pl/1570693,1292,1,my_przygarbieni_wiemy,kioskart.html

My, przygarbieni, wiemy
"Człowiek przyzwyczaja się do nieszczęścia, do bólu innych ludzi, do śmierci

Kiedyś, gdy po alarmie wróciła od rannych, na piętrze zastała koleżankę Wandę Tycner, spokojnie czytającą książkę. Odtąd nazywali ją "Pepanc, czyli Przeciwpancerna.

Nie pamięta, jak przez te ponad dwa miesiące była ubrana, gdzie się myła, spała i co jadła. – A tu na straganie takie wiśnie ładne. Kupujemy? Krwistoczerwone, dorodne, tak jak w tamtym sierpniu. Po 65 latach zatrzymujemy się przy Przemysłowej na Mokotowie, w miejscu, gdzie jako sanitariuszka stawiła się na rozkaz w Godzinie "W. Czekali tam już por. Leszek Tyszkiewicz i I Pułk Szwoleżerów, czyli dwa szwadrony chłopców. Nie pamięta też swoich ataków astmy, które potem wspominała jej kuzynka. Jak biegnąc z Siekierek na Mokotów, rzucała się na trawę i próbowała złapać oddech. Pamięta tylko dużą torbę sanitariuszki z bandażami i opatrunkami. Dziś wie, że to była jedna wielka adrenalina. Na początku czuła lęk, ale po kilku dniach zamknęła się w sobie. Wszystko widziała jak przez szybę. – Człowiek przyzwyczaja się do nieszczęścia, do bólu innych ludzi, do śmierci – wylicza.

Zamiast się schylić, wyprostowana jak struna szła pod ostrzałem okopami na Puławskiej. Kiedy się dowiedziała, że ojciec, pułkownik Remigiusz Grocholski, został ciężko ranny w brzuch, to tak jakby usłyszała, że wybrał się na kawę. Dochodzimy do tablicy z jego wizerunkiem przy ul. Puławskiej 103: "Tu w czasie okupacji i powstania warszawskiego kwaterował uczestnik wojny bolszewickiej, komendant organizacji dywersyjnej Wachlarz, organizator oddziału Brochwicz, dowódca pułku AK. – Ojciec całe życie walczył – mówi Barbara. – Powtarzał, że na pierwszym miejscu jest Bóg, Ojczyzna, a potem rodzina. Ożenił się dopiero, kiedy Polska była wolna. Do powstania poszła czwórka jego dzieci. Oprócz Barbary, starszy o rok Mikołaj i młodsi – Remigian, ranny w pierwszych dniach (wszyscy jego koledzy zginęli na Starówce) i Michał, który brał udział w ataku na Pęcice.

– Mama, która przyjeżdżała do stolicy z Lasek, gdzie została z najmłodszymi, kiedy raz zobaczyła, jak przynieśli popaloną dziewczynę z kręconymi włosami, myślała, że to ja – opowiada Barbara. – Kiedy znaleźli chłopaka z datą urodzenia jak Mikołaj, to serce jej stanęło, że to on. Ale wszyscy przeżyli. 1 sierpnia na Mokotów Barbara stawiła się z bratem Mikołajem, podchorążym. I z kuzynką Marią Grocholską. – Nasze matki były siostrami, a ojcowie braćmi, a że było nas dziesięcioro, nazywaliśmy ją "jedenasta ogoniasta, bo nosiła blond warkocz – opowiada. Podczas wojny Marią opiekowali się rodzice Basi, bo jej matka trafiła do więzienia w Lublinie. Basia miała szalone, kręcone włosy. Z rosyjskiej piosenki o "Czupczyku Kuczarawy, czyli o kimś z kręconymi włosami, wziął się jej podziemny pseudonim Kuczarawa. Marię, starszą o trzy lata, nazywali Marijką, Grażyną albo Kowalską. Mikołaja – Grabowskim albo Mikusiem. Przypominał ojca, jak on przystojny, 183 cm wzrostu.

Przemysłowa 1 sierpnia

Bardzo krótka ulica jak na stolicę. Maria ostatni raz była tu w Godzinie "W. Nad jej białą głową falują wywieszone na domach biało-czerwone flagi. – Nie do poznania, wszystko nowe – powtarza. Tylko ziemia ta sama. Może nie do końca, bo teraz z ich krwią. Tego dnia było ciepławo. Ale Maria wzięła granatową wiatrówkę jednej z ciotek. – Chroniła mnie od ziąbu, a potem z więzienia w Lublinie przenosiłam pod jej podszewką listy koleżanek. To jedna z dwóch rzeczy, które zostały jej z tamtej Warszawy. Drugi jest klucz od mieszkania por. Leszka Tyszkiewicza przy Marszałkowskiej. – Wychodziłam z niego ostatnia i musiałam je zamknąć – mówi. – Mam go u siebie w Nowym Jorku. Myślałam, żeby go dać do muzeum, ale nie umiem się rozstać.

Basia i Maria przyjechały na Przemysłową rikszą. Wcześniej mieszkały na Mokotowie przy Ikara, ale tej ulicy nie znały. Maria: – Kiedy dowiedziałam się, o której zaczyna się powstanie, wzięłam rower i pojechałam łapać Basię do Lasek. Od miesięcy byłyśmy sanitariuszkami, trzeba było wykonać rozkaz.

Po drodze spotkała wuja, płk. Remigiusza Grocholskiego. Pobłogosławił ją na drogę. W te pierwsze dni Mokotów przypominał kawałek wolnej Polski: biało-czerwone flagi, opaski na rękawach. Czuli się, jakby było po wojnie. Dopiero potem Niemcy zaczęli naciskać.

– Tu, na Przemysłowej, była tłocznia, wchodziło się w nią przez bramę – pamięta Mikołaj. – Najpierw poszedłem pomodlić się do kościoła Świętego Krzyża, potem na stadion Legii. Zamierzaliśmy zdobyć Dworkową, ale to były przesadne nadzieje.

Barbara: – Tu było pierwsze spotkanie z ostrzałem. Przyszedł porucznik i zapytał, która z nas na ochotnika pójdzie po rannych. Kuzynka była pierwsza, spóźniłam się o sekundę i byłam załamana. Odtąd zawsze starałam się zgłaszać pierwsza. Myśmy zawsze były z tyłu przy chłopcach, to oni byli ważni. Dlatego słucham opowieści brata, bo był na pierwszej linii frontu. Wydawało mi się, że choć tylko o rok starszy, jest dużo mądrzejszy i dojrzalszy.

Kiedy kończył się dzień, musieli przejść z Przemysłowej na Siekierki. Padał drobny deszcz, a oni szli, zasypiając.

Belgijska, trzeci dzień

Na końcu Belgijskiej znajdujemy tablicę: "Miejsce uświęcone krwią (…). Tu 3 sierpnia hitlerowcy rozstrzelali 23 Polaków. – Myśmy wojskowi byli w lepszej sytuacji niż cywile, bo człowiek wiedział, o co mu chodzi – mówi Barbara. – Dla mnie to była walka o Polskę. Potem czytałam o straszliwych cierpieniach cywilów. Mieli pretensje do dowództwa, do powstańców, bo te biedaki nie wiedziały, co robić. Jak człowiek walczy, to mu wszystko jedno – zje, czy nie zje, wie, po co to robi. W Belgijską wchodziło się przez stosy trupów cywilów. Niemcy wrzucali do domów podpalone butelki z benzyną. Czuć było swąd spalonych ciał. Tu też przebiegał front: z lewej stacjonowali hitlerowcy, z prawej Polacy. Podczas bombardowań Niemcy bali się, że trafią swoich.

Raz Maria, wracając podwórkami ze szpitala ss. elżbietanek, zapamiętała widok chirurga wyjmującego pocisk z głowy rannego kolegi. – Trzymałyśmy latarki, krew bulgotała pod czaszką, a on szczypcami próbował coś wyłowić. Na podwórku leżał bardzo tęgi cywil po czterdziestce. – Miał udo wielkie jak u słonia i całe w kropki, bo obok trzasnął granatnik – opowiada.

Żyjącym całą noc podawały wodę. Jakiś czas potem Niemcy zbombardowali szpital elżbietanek. – Wynosiłyśmy chorego i nagle zaczęły ryczeć krowy – pamięta. Kazała koleżance schować się pod schody. Sama zrobiła z siebie dach nad rannym i nagle poczuła, że lecą na nią cegły. – Straciłam wtedy czucie w nodze. To było porażenie nerwu, myślałam: "jestem skończona.

Muzyka Warszawy

Któregoś dnia Mikołaj z kolegą na piętrze Belgijskiej znalazł fortepian. – Proszę sobie wyobrazić. Muś grał polskie szlagiery, a Niemcy odpowiadali swoimi – uśmiecha się. – To była taka rozmowa fortepianów. – Ludzie kochający muzykę spotykali się ponad tym, co się działo – uważa Barbara. Jednak to dźwięki pocisków i kul tworzyły melodię powstańczej stolicy. Kiedy niemieckie baterie dział bawarskich wystrzeliwały pociski na drugą stronę Wisły, słyszeli "ramtatatam. Kiedyś po nalocie potwornie hałasujących sztukasów Basia z przerażeniem zobaczyła, jak składają się po kolei piętra zbombardowanych kamienic. Na Siekierkach widziała, jak pod ostrzałem łamie się owies, ale sanitariuszka Renia nawet nie schyliła głowy. Kiedyś, gdy po alarmie wróciła od rannych, na piętrze zastała koleżankę Wandę Tycner, spokojnie czytającą książkę. Odtąd nazywali ją "Pepanc, czyli Przeciwpancerna.

Ale na wojnie trzeba choć raz pokłonić się kulom. Na Malczewskiego, kiedy wyszła odpocząć od rannych, usłyszała, jak zaczynają frunąć pociski. – Koło mnie siedzieli por. Zaczyk i koleżanka – pamięta. Raptem poczuła uderzenie. Pomyślała, że to koleżanka trąciła ją łokciem. Ale poczuła krew. Kiedy prowadzili ją do doktora, odsunęła rękę z oka, żeby sprawdzić, czy widzi. Wokół była ciemność, ale tylko dlatego, że byli w piwnicy… Okazało się, że to draśnięcie.

Mikołaj nauczył się biegać w ogniu. Był przecież podchorążym. Został ranny w nogę, kiedy pomagał kolegom w kanałach. – Pocisk z granatnika leci i rozpryskuje się na wszystkie strony – tłumaczy. – Jeśli ktoś ma szczęście, to pęka nad nim, nie w jego brzuchu. My, chłopcy, rzucaliśmy "gamonami, po których zostaje dziura wielkości połowy domu. – Nieraz pytali, ilu Niemców zabiłem? Ale o tym się nie mówi – urywa.

Nie wszyscy podczas ostrzału zachowywali spokój. Kiedy Niemcy z Okęcia strzelali aż za Wisłę, koleżanka Basi, świetna sanitariuszka Maka Rodzińska, tak się bała, że za każdym razem wchodziła pod łóżko. W ostatnich dniach powstania zaraziła się szkarlatyną od chorych i umarła.

Sceny z pamięci

Któregoś z pierwszych dni rano Maria przeraziła się, bo wokół nie było nikogo znajomego. Pobiegła przez Puławską na Malczewskiego. – Tam pierwszy raz zobaczyłam trupa, jednego z naszych – mówi. – Miał niebieski kolor skóry, musiał długo leżeć. Obok było pełno zielonych liści, musiała tam być strzelanina. Kiedyś przy Malczewskiego z dwiema sanitariuszkami czuwały przy rannym. Nagle usłyszały stukot butów na suficie. To byli Niemcy. – Pamiętam, jak objęłyśmy się ramionami i cichutko zmówiłyśmy "Pod Twoją obronę. Nagle zrobiło się cicho, poszli. To był jeden z wielu cudów. 15 sierpnia, podczas Mszy polowej, kiedy śpiewali "Boże, coś Polskę, poczuła wzruszenie, które wraca do dziś.

Basia przestraszyła się, kiedy wezwał ją porucznik. – Stanęłam na baczność, a tu widzę ojca, dowódcę naszego odcinka – opowiada. – Rzuciliśmy się sobie w ramiona. Chłopcy ze szwadronu zdobywali kartofle z pól poniżej Belgijskiej. Kiedyś przynieśli stosy jaj. A dziewczęta znalazły zupki w proszku. Pod koniec powstania zapamiętali widok z górnego Mokotowa: ponad płonącymi domami i ogrodami stojące bezczynnie czołgi sowieckie.

Kanały, 14 godzin

26 września wieczorem zeszli do kanałów na rogu Puławskiej i Belgijskiej. To kółko włazu widać do dziś w asfalcie – małe i niepokojące. Czekało ich 14 godzin trasy z Mokotowa do Śródmieścia. – Najgorsze, że co jakiś czas trzeba było stawać, bo prowadzący zatrzymywali się, żeby nie skręcić w ślepe odnogi, stale też Niemcy coś wrzucali – opowiada Barbara, która bała się, że pod ziemią złapie ją atak astmy. – No to szliśmy trochę i stop. Dziś ich drogę oznakowano pamiątkowymi tablicami. Nieopodal włazu widać upamiętniającą ich Pułk Szwoleżerów im. Józefa Piłsudskiego.

Najgorsze było podejście pod Aleje Ujazdowskie, trzeba było posuwać się na czworakach. Całkiem dobrze szło im się w kanałach w kształcie jajka, i w wysokich "burzowcach. – W jednym było pełno wody ze wszystkim, co w niej mogło pływać, także szczurami – mówi Maria. – Ale one były przyjazne. W drodze dopadały ich halucynacje z braku powietrza i nadmiaru podziemnych gazów. Maria: – Nagle zobaczyłam schodki w górę i oświetlony pokój.

Pomagała idącemu za nią żołnierzowi nieść karabin i torbę aż do placu Trzech Krzyży. – Po wyjściu ktoś zaprowadził nas na piąte piętro kamienicy przy Ujazdowskich – śmieje się. – Stała tam cudowna stara szafa z ogromnym lustrem. Ale na to, co zobaczyłyśmy, ryknęłyśmy śmiechem. Wyglądałyśmy okropnie! Po zupie "plujce z ziarnami zbóż pokotem padły na podłogę, żeby się przespać. Ale już wzywano ochotnika, który wróci do kanałów po dwie zawodowe pielęgniarki i lekarza. Znów pierwsza poderwała się Marijka. Basia przed włazem na Puławskiej spotkała Mikołaja. – Musimy się pożegnać. Uścisnął mnie i nakreślił krzyżyk na czole – wspomina. Spotkali się dopiero 10 lat później. Pamięta duszący zapach chloru z wody i klamry, po których się schodziło. – Obok mnie szedł ranny w rękę kolega Kleniewski. Po wojnie twierdził, że niósł mnie wtedy na rękach, a to ja go zachęcałam, żeby się na mnie wspierał. Człowiek nie wie, kto co z tych kanałów porządnie pamięta. Też dopadały ją zwidy – światło w górze, widok schodków. – Chciałam tam pójść i palnęłam głową w ścianę – mówi. Kolegę Mikołaja – por. Zaczyka nazywali specjalistą od dziur. Wiercił dodatkowe wejścia do kanałów. – W okropny sposób zginął kolega Olek Starowiejski – smutnieje Mikołaj. – Upadł i przeszedł po nim tłum.

Po wojnie

Barbara Grocholska-Kurkowiak po wojnie zamieszkała w Zakopanem. 24 razy wygrywała zawody w narciarstwie zjazdowym. Do dziś zjeżdża z Kasprowego. Maria Grocholska-Wąsowska pracowała jako pielęgniarka w Oklahomie i Waszyngtonie. Teraz mieszka w Nowym Jorku. Mikołaj Grocholski był architektem w Stanach Zjednoczonych. Dziś mieszka w Nowym Jorku i marzy o powrocie do kraju.

Maria: – Czuję się w Warszawie jak w domu. Ale to smutne miasto, wszędzie palą się znicze za bliskich, za kolegów. Mikołaj: – Czy potrzebna była bitwa pod Grunwaldem, pod Cecorą, wcześniejsze powstania? Historia to pokaże, albo nie. Barbara: – Ciągle myślę, czy można było połączyć nasze powstanie z powstaniem w getcie?

Barbarze w czasie opowieści błyszczą oczy. Płacze tylko raz, kiedy pytam, czego się boi. – Cierpienia dzieci i wnuków. Jedna z córek głupio mi zginęła, w wypadku samochodowym… – przerywa. I wspomina miłość swoich rodziców, która daje jej siły: – Do końca się kochali, nie wpadli w rutynę. Po obiedzie ojciec pytał mamę: "Basiu, pójdziesz ze mną do znajomych?. Długie lata bała się wrócić do Warszawy. Że wszystko zacznie ją od nowa boleć. Stopniowo wracały do niej uśpione emocje. Niedawno napisała wiersz o powstaniu: "A my nie zginęliśmy (…) Stoimy naprzeciw młodych, ale to my, przygarbieni wiemy (…).

– Co wiecie? – pytam.

– Co to jest wojna. Młodzi chcą nieść wolność na bagnetach. My wiemy, że trzeba inaczej."

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://www.rp.pl/artykul/153227,516114_A_Sowieci_stali_z_bronia__u_nogi_.html

A Sowieci stali z bronią u nogi

Miasto konało, bolszewicy tylko patrzyli. – Cóż to był za cynizm – mówi „Sławka”. Jerzy Bartnik, pseudonim Magik, jest najmłodszym kawalerem Virtuti Militari

Miał 14 lat, gdy na barykadzie u zbiegu ulic Królewskiej i Marszałkowskiej osobiście dekorował go gen. Tadeusz „Bór” Komorowski. Pomimo młodego wieku „Magik” wyspecjalizował się w niszczeniu czołgów. Podczas ciężkich walk w fabryce papierów wartościowych stracił prawe oko.

– Na kilka dni przed dekoracją Virtuti Militari wybrałem się na rekonesans do piwnic domów znajdujących się w rękach Niemców. Na jednym z podwórek natknąłem się na dwóch niemieckich oficerów. Blokowali mi przejście, więc skosiłem ich obu z błyskawicy. Jak to zrobiłem po utracie prawego oka? To proste. Strzelałem lewą ręką – wspomina Jerzy Bartnik.

Od początku nie miał złudzeń co do intencji stojących po drugiej stronie Wisły Sowietów.

– Mój ojciec był oficerem legionowym i w naszym domu czczono legendę wojny 1920 roku. W bolszewikach widziałem śmiertelnych wrogów. Wiara w to, że oni nam pomogą, już wtedy wydawała mi się naiwna – relacjonuje. – Podczas jednej z powstańczych potyczek natknęliśmy się na jakiś oddział komunistycznej partyzantki. Ci ludzie już wtedy dzielili między siebie stanowiska, w przyszłej, podległej Sowietom, Polsce. Było to odrażające – podkreśla.

Mimo to część powstańców z nadzieją patrzyła na prawy brzeg Wisły.

– Doskonale wiedzieliśmy, że Armia Czerwona stoi tam z czołgami i ciężką artylerią, i wielu kolegów liczyło, że jednak się ruszy. Że zaatakuje Niemców. Dziś wszystko jest już jasne: Stalin czekał, aż powstanie zostanie dorżnięte, aż wszyscy zginiemy

i tym sposobem Niemcy zaoszczędzą pracy NKWD – przekonuje „Magik”.

Po wojnie Bartnik nie wrócił z niemieckiej niewoli do Polski. Przedostał się do Anglii, a później zamieszkał w USA. Do kraju przyjechał dopiero po odzyskaniu niepodległości, w 1993 roku.

– W 1948 roku nawet rozważałem powrót i wybrałem się do komunistycznego konsulatu w Londynie. Usłyszałem tam, że kalek i akowskich bandytów im nie potrzeba – mówi.


Odezwy radiostacji Kościuszko

Halina Jędrzejewska, pseudonim Sławka, była liniową sanitariuszką w zgrupowaniu „Radosław”. Liniową, więc wraz z oddziałem brała udział w walkach. Udzielała pierwszej pomocy na polu bitwy pod ostrzałem nieprzyjaciela.

– Najgorsze były rany brzucha. Postrzelonych na ogół nie można było bowiem szybko przetransportować do szpitala na operację i konali mi na rękach. Paskudne były również szarpane rany od szrapneli i odłamków. Mniej groźne zaś uszkodzenia kończyn – opowiada pani Jędrzejewska.

Do najbardziej dramatycznej sytuacji doszło, gdy jej oddział szturmował szkołę na Stawkach. Walka była niezwykle zacięta, placówka przechodziła z rąk do rąk. – W pewnym momencie usłyszałam krzyk: „Sanitariuszka!”. Pobiegłam na miejsce. Było tam dwóch rannych. Najpierw zajęłam się tym, który był nieprzytomny. Miał okropną ranę na plecach. Zawołałam czterech chłopców, aby go wzięli do szpitala. Gdy go podnieśli, nagle w całą grupę uderzył pocisk. Zamiast jednego rannego miałam pięciu – wspomina „Sławka”.

Mimo to sanitariuszka się nie poddała. Postanowiła za wszelką cenę dostarczyć rannego w plecy żołnierza do szpitala. Udało jej się znaleźć kilku przerażonych cywilów.

Gdy w pewnym momencie odmówili dalszego niesienia rannego, wyjęła pistolet i zapowiedziała, że jeżeli go porzucą, każdemu strzeli w łeb. Musiała wyglądać przekonująco, bo cywile bez szemrania spełnili polecenie. Niestety, po przybyciu do szpitala ranny zmarł.

– Miasto konało, płonęło. To, że po drugiej stronie stoją bolszewicy z bronią u nogi i nic nie robią, nie mieściło mi się w głowie. Cóż za cynizm, cóż za obojętność – mówi Halina Jędrzejewska. – Było to o tyle zaskakujące, że przed bitwą zasypywali Warszawę ulotkami wzywającymi do boju, a komunistyczna radiostacja Kościuszko nawoływała do powstania. Teraz już wiadomo, że to była gra. Od samego początku Sowieci zamierzali dać nam się wykrwawić.


Wyrok Stalina

Janusz Brochwicz-Lewiński, pseudonim Gryf, to legendarny dowódca obrony pałacyku „Michla” na Woli. Odparł pięć szturmów doborowych jednostek SS wspomaganych czołgami.

– Na początku atakowała nas kompania dirlewangerowców złożona ze zwolnionych z więzień morderców. Aleśmy ich nasiekli! Pamiętam do dziś, jak pokotem leżeli na ulicy zmasakrowani naszymi cekaemami. Część była ranna, jęczała i błagała nas o pomoc. Stanowczo zabroniłem jednak moim ludziom, aby do nich poszli. Wolałem patrzeć, jak zdychają. Dlaczego? Te same bydlaki wcześniej dokonały na Woli rzezi cywilów. Miotaczami ognia palili żywe dzieci – relacjonuje „Gryf”.

W 1939 roku podczas kampanii wrześniowej Brochwicz-Lewiński bił się z bolszewikami pod Baranowiczami. Schwytany i skazany na śmierć, uciekł z pociągu, którym jechał w głąb Związku Sowieckiego na egzekucję.

– Doskonale znałem tych bandytów i to, że nie pomogli powstaniu, wcale mnie nie zdziwiło. AK uważali przecież za „faszystów”. Stalin osobiście zatelegrafował do Rokossowskiego i powiedział mu, że jesteśmy gorsi od Niemców. Rozkazał mu, żeby czekał po drugiej stronie Wisły, aż nas wszystkich wybiją – podkreśla Brochwicz-Lewiński.

„Gryf” już po wojnie spotkał w Londynie gen. „Bora” Komorowskiego, który opisał mu następującą historię: Sowieci zrzucili na spadochronach do walczącej Warszawy dwóch oficerów łącznikowych wyposażonych w radio. „Bór” poprosił ich, aby przekazali wojskom stojącym po drugiej stronie Wisły współrzędne stanowisk niemieckiej artylerii ciężkiej, która szczególnie dawała się we znaki powstańcom.

Armia Czerwona mogła zniszczyć niemieckie armaty w ciągu kilku chwil, ale Sowieci zdecydowanie odmówili spełnienia prośby.

Poradzili „Borowi”, żeby przesłał te współrzędne do polskiego rządu w Londynie, rząd miał przekazać je Anglikom, Anglicy przesłać do Moskwy, a wreszcie Moskwa do armii stojącej nad Wisłą.

Do żadnego ostrzału niemieckich baterii przez bolszewików oczywiście nie doszło.

Brochwicz-Lewiński: – Siedziałem później w oflagu z oficerem dowodzącym słynną przeprawą oddziału berlingowców na Czerniaków. Swoją drogą to była żałosna akcja. Sowieci wysłali do nas pułk fatalnie wyszkolonych polskich rekrutów, który natychmiast został wybity. Potraktowali ich jak mięso armatnie. Gdy zapytałem tego oficera, dlaczego Sowieci udzielili powstaniu tak niewielkiej pomocy, powiedział mi wprost: bo Stalin wydał na was wyrok."

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://wyborcza.pl/1,97863,8198513,Powstanie_Warszawskie_1944__Jesli_doliczysz_do_dziesieciu_.html

Powstanie Warszawskie 1944. Jeśli doliczysz do dziesięciu, bomba spadła obok

Dowódca dał mi truciznę. Miałam 15 lat. Wydawało mi się, że to racjonalne i bardzo mądre. Ale jak teraz sobie pomyślę, że 15-letnia dziewczyna mogła zażyć truciznę, kiedy może jeszcze miała jakąś szansę ujść z życiem - to ciarki przechodzą

Adam Leszczyński: Chciałem porozmawiać o patriotyzmie z kimś, kto dobrze wie, co to jest.

Anna Jakubowska: Nie wiem, czy się na nim znam. Ale uprzedzam: nie znoszę cierpiętnictwa.

Ile pani miała lat, kiedy poszła pani walczyć w Powstaniu Warszawskim?

- Właśnie skończyłam 17, kiedy się zaczęło. Do konspiracji wstąpiłam, kiedy miałam 14 lat. Byłam łączniczką i sanitariuszką w rozmaitych strukturach, które później się przekształciły w batalion "Zośka.

Czternastolatka idzie walczyć. To była oczywista decyzja? To była w ogóle decyzja?

- Starsze siostry moich koleżanek ze szkoły, w której nie działało harcerstwo, wciągnęły nas na początku okupacji do organizacji "Pet, czyli "Przyszłość. To była organizacja, która wówczas miała kształcić charaktery i uzupełniać wiedzę o historii. A wiedziałam, że już koledzy i koleżanki są w konspiracji.

Kierownictwo "Petu - z którego pochodziło później wielu znanych Zośkowców - zorientowało się bardzo szybko, że młodzieży nie da się utrzymać w karbach tego typu organizacji, bo już się zaczyna Wawer, mały sabotaż. Że trzeba im dać możliwość...

Wyżycia się?

- Chciałam użyć tego słowa, chociaż ono trochę źle brzmi... Ale to prawda: chcieliśmy działać, a nie wygłaszać referaty. To się bardzo szybko potem połączyło i przekształciło w Grupy Szturmowe Szarych Szeregów.

Nie powiem panu, czy ta konspiracja była potrzebą serca, czy została narzucona. To była oczywistość. Z perspektywy kilkunastoletniej dziewczyny wyglądało to tak, że był impuls, trzeba coś robić. Nie mogliśmy dopuścić do tego, żeby Niemcy zabrali nam niepodległość.

Nie przychodziło wam do głowy, że może lepiej zostawić starszym wojnę?

- Kompletnie nie. Wprost przeciwnie.

Dojrzewałyśmy w czasie wojny. Jeżeli chłopak nie należał do konspiracji, nie był w ogóle brany przez dziewczyny pod uwagę jako chłopak. Taki był nastrój. Nie można było wybrać innej drogi. Każdy starał się wejść do konspiracji.

Miałam kuzynkę, która zwróciła się do brata, bardzo zaangażowanego w konspirację, o jakiś kontakt. Usłyszała: "Siedź, smarkata, w domu. Wtedy sama znalazła drogę do jakiejś organizacji. Potem okazało się, że to komuniści, i trzeba było ją stamtąd wyciągać.

Co pani robiła?

- Najpierw miałyśmy przeszkolenie sanitarne. Teoria w prywatnych mieszkaniach, praktyka w szpitalu Ujazdowskim [dziś Centrum Sztuki Współczesnej]. Potem te kilkunastoletnie dziewczyny miały przekazywać podstawową wiedzę chłopcom. Przychodziłam na zebranie sekcji - to było pięciu-sześciu chłopaków - i miałam mieć wykład. Bardzo się stresowałam, bo się podśmiewali.

Zapamiętali coś?

- Niewiele. Naprawdę dobrze jedno - że nie wolno jeść przed akcją. Bo później, jak jest się rannym w brzuch, to trudniej przeżyć.

Chłopcy nie doceniali tego, co robiły dziewczyny. Bo oni byli bohaterami i oni walczyli. Ale ktoś musiał zadbać, żeby mieli wszystko zorganizowane, przygotowane i mogli wykonywać akcje bojowe.

Byłam też łączniczką. To polegało na przekazywaniu meldunków od dowódcy kompanii do plutonu. Czasem trzeba było zanieść paczkę z materiałami wybuchowymi na szkolenie chłopców. Albo broń. Nosiłam czasem broń.


Miałam punkt kontaktowy w sklepie z futrami w Alejach Jerozolimskich. Niemry dostawały talony na futra i tam przychodziły, więc punkt był świetny, bo nikt nic nie podejrzewał. Futra były podłe, najczęściej ze źrebaków.

Raz wchodzę do tego sklepu, żeby przekazać meldunek. Za mną wchodzi Niemra i prosi o futro. Przymierza. Wtedy moja koleżanka - która jest ekspedientką - wyciąga z kieszeni tego futra malutką kopertkę z meldunkiem. Bo zapomniała, że akurat tam go schowała.

Co na to rodzice?

- Zwykle wiedzieli i pochwalali. U mnie było inaczej. Ojciec zmarł przed wojną, a mama została aresztowana w 1941 r.

Zajmowała się nami - mną i siostrą, która potem zginęła w Powstaniu - babcia, która nie miała o niczym pojęcia.

Kiedyś w domu słyszę jej okrzyk: "Jezus Maria, Józefie Święty!. Okazało się, że zmieniała mi pościel i znalazła pod poduszką pistolet.

Babcia mówi do mnie: "Hanusiu - czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, co robisz? Przecież nas wszystkich wymordują. Co ja powiem twojej mamie po wojnie!. To było tak nielogiczne, że aż śmieszne...

Innym razem znalazła w wannie zakrwawione spodnie. A w naszym domu nie było ani jednego mężczyzny. Same baby, jak zwykle w czasie wojny. To były spodnie rannego w akcji, które miałam wyprać.

Moja mama siedziała w więzieniu. Raz udało mi się ją zobaczyć. Trwało to pięć minut. Mówię: "Mamo, jestem w konspiracji. Mama wiedziała, że nie mamy pieniędzy, żyjemy ze sprzedawania rzeczy, że prawie nikt nie zarabia w rodzinie. Sytuacja dosyć tragiczna. Mówi do mnie: "Tylko uważaj, córeczko.

Co mogła powiedzieć.

- Mogła powiedzieć: "Słuchaj, nie możesz, musisz pomagać rodzinie.

Posłuchałaby pani?

- Nie. Ale miałam taką koleżankę, która z tych powodów nie wstąpiła do konspiracji. Chociaż potem się zaangażowała.

Był też aspekt przygody, ale nie wiem, czy to się nadaje do druku.

Dlaczego to się ma nie nadawać do druku?

- Bo ludzie nie rozumieją i trywializują to. Nie wiem, jak panu to wytłumaczyć. Ludzie myślą, że myśmy się bawili. A myśmy się nie bawili. Codziennie byliśmy narażeni na niebezpieczeństwo śmierci. Mimo tego niebezpieczeństwa trzeba było też żyć życiem codziennym. Uczyliśmy się bardzo dużo. Kochaliśmy się. Byliśmy pełni radości życia.

Ludzie w ogóle nie rozumieją też realiów. Niedawno młoda dziewczyna spytała mnie, czy jakbyśmy mieli telefony komórkowe podczas Powstania, byłoby łatwiej. Odpowiedziałam, że Niemcy na pewno mieliby lepsze telefony i podsłuchy.

Teraz tego sobie młode panny nie wyobrażają, ale dziewczyny nie chodziły w czasie okupacji w spodniach. To ogromnie krępowało nasze możliwości działania, zwłaszcza w terenie. Jak dziewczyna pokazałaby się na ulicy w spodniach, to Niemcy by na pewno zwrócili na to uwagę.

Przed Powstaniem wszystkie w batalionie "Zośka miałyśmy już uszyte spódnice-spodnie. Dwie szerokie nogawki połączone były szwem w środku. Wyglądało jak spódnica, ale można było podnieść nogę jak w spodniach. Przed wojną używało się tego do jazdy konnej.


Chłopcom było chyba łatwiej.

- Chłopcy byli bardzo odważni, wspaniali, ale trochę - że tak powiem - mało przewidujący i nierozumiejący pewnych aspektów działań dziewczyn. To oni przeważnie pakowali paczki, które musiałyśmy nosić. Zawijali je w szary, obrzydliwy papier, bo nie było nic innego. Często łatwo się było domyślić, co jest w środku. Bo jak paczka była długa, chuda i bardzo ciężka - to co to mogło być?

Raz niosłam na Krakowskim Przedmieściu taką paczkę. To były chyba dwa peemy, długie i bardzo ciężkie. Nie byłam w stanie ich przenieść dalej niż od latarni do latarni, a potem musiałam przystanąć i odpocząć.

Szłam od Królewskiej w stronę Świętokrzyskiej. Za kościołem św. Krzyża był niemiecki posterunek. Kiedy położyłam pakę pod latarnią, wyszedł na mnie patrol żandarmów - z blachami, karabinami. Zamarłam.

Gdyby mnie jakikolwiek sposób zaczepili, byłby koniec.

Co pani zrobiła?

- Wie pan, to ułamek sekundy, kiedy się podejmuje takie decyzje. Nachyliłam się i zaczęłam udawać, że zawiązuję sznurowadło. Wtedy pomyślałam, że sprowadzę ich spojrzenie na tę paczkę. Spojrzałam na figurę Chrystusa przed kościołem.

Ale oni przeszli obok. Do tej pory nie wiem dlaczego. Może nie chcieli zwrócić na mnie uwagi? Ale to był moment grozy.

Wcześniej, kiedy przyjmowano nas do oddziału męskiego, dowódca powiedział: "Broniliśmy się przed dziewczynami rękami i nogami, bo nie mamy do was zaufania, ale ponieważ dostaliśmy takie polecenie....

Dzisiaj bym powiedział, że to straszny seksizm.

- Takie były czasy. Wie pan, tu są chłopcy z bronią, a tu takie smarkule przychodzą.

Dowódca dał mi truciznę. Miałam 15 lat. Wydawało mi się, że to racjonalne i bardzo mądre. Ale jak teraz sobie pomyślę, że 15-letnia dziewczyna mogła zażyć truciznę w sytuacji, kiedy może jeszcze miała jakąś szansę ujść z życiem - to ciarki przechodzą po plecach. Kiedy na Krakowskim Przedmieściu mało nie złapali mnie Niemcy, miałam cyjanek przy sobie. Przyszło mi do głowy, że będę musiała go użyć.

Jak się nosiło truciznę?

- Rozmaicie. Ja miałam malusieńką pigułkę cyjanku potasu w celofanowej osłonce. Mało dziewczyn to miało.

Kiedy przechodziłyśmy kurs obchodzenia się z bronią, instruktor - fantastyczny chłopak, Bronek Pietrasiewicz "Lot, późniejszy dowódca akcji na Kutscherę, bardzo go lubiłam - uczył nas, co zrobić, jak zaczepią nas Niemcy.

Mówi: "Idzie na przeciwko Niemiec. Chce cię zrewidować. Wtedy ty lewą ręką wymachujesz mu przed oczami, żeby zwrócić na nią uwagę, a prawą wyciągasz pistolet i strzelasz.

Śmiałyśmy się z tego. Bo to nie była dla nas sytuacja. Chłopcy tak właśnie robili. Tyle że oni nosili broń za pasem, a my w torbach.

Chciała pani strzelać?

- Nigdy nie miałam na to ochoty. Także w czasie Powstania. Moja rola to było pomaganie rannym. Chociaż były takie dziewczyny, które miały takie ambicje. Ale jakby mi ktoś powiedział, że nie jestem żołnierzem, tobym się obraziła.

Co pani myślała w czasie Powstania? Przecież wiedzieliście, że przegrywacie, że cywile umierają, całe miasto się pali.

- Czekaliśmy na to powstanie pięć lat. Pierwsze dni to była absolutna euforia i pełnia szczęścia. Nie tylko dlatego, że mogliśmy się spotkać na ulicy z bronią w ręku. Ale też dlatego, że widzieliśmy uśmiechniętych warszawiaków, którzy nam pomagali w każdej sytuacji. Byliśmy szczęśliwi - mimo dużych strat. Moja najlepsza przyjaciółka zginęła pierwszego dnia.


To oczywiście się stopniowo bardzo zmieniało. Miasto było bombardowane, ludzie nie mieli co jeść, zaczęły się straszliwe cierpienia. Zrozumiałam to dopiero wtedy, kiedy sama byłam ranna. Dopóki się działało, człowiek o tym nie myślał.

Leżałam w kamienicy na Starówce. Co pół godziny był nalot. Liczyłam czas od zrzuconej bomby. Jak minęło 10 sekund - a może 11, nie jestem dziś pewna - to znaczyło, że bomba spadła na dom obok. Wie pan, że się zaczęłam cieszyć, że bomba trafia nie w ten dom, w którym jestem, ale obok? To jakieś obrzydliwe i nieludzkie.

Wydaje mi się zupełnie zrozumiałe.

- Wtedy byłam tak jednoznacznie ideowo nastawiona, że wydawało mi się egoistyczne i nie do przyjęcia.

Myślałam też: "Co ci biedni ludzie mają robić? Jaki jest los cywili, których naraziliśmy na tak tragiczną wegetację? Co się dzieje w piwnicach z tymi małymi dziećmi, którym matki nie mają co dać jeść?. W ostatniej fazie nawet wody w niektórych miejscach nie było.

Oczywiście zmienił się stosunek cywili do nas. Byli tacy, co mieli pretensje. I to jest oczywiste dla mnie.

Pani pierwszy ranny?

- Niemiec, którego przyprowadzili do nas z Gęsiówki [obóz pracy]. W czarnym mundurze.

Esesman. Strażnik obozowy.

- Potem okazało się, że to jeden z najgorszych katów na Gęsiówce i został rozstrzelany.

Wtedy wiedziałam tyle, że z obozu. Miał zwichniętą rękę i trzeba było ją nastawić. Chłopcy przyprowadzili go na punkt sanitarny. Lekarz chciał mu dać maseczkę z chlorkiem etylu, żeby go znieczulić. I on zaczął wrzeszczeć: "Nein, nein!.

Wtedy spytałam się lekarza, któremu pomagałam - wspaniałego człowieka, dr. "Broma z batalionu "Zośka - dlaczego ten Niemiec wrzeszczał. Odpowiedział: "Bo bał, się, że go zabijemy. Nie mogłam uwierzyć: bał się, że zabiją go lekarz i sanitariuszka?

Nie mieściło mi się to w głowie.

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że Niemcy będą mordowali rannych w szpitalach.

Zginęła pani siostra. Cały czas myślała pani, że walka miała sens?

- Dla mnie w drugiej fazie Powstanie było tylko walką o godność. Ostatnim momentem nadziei był 15 września, kiedy do nas berlingowcy przypłynęli zza Wisły.

Traktowaliście ich jako polskie wojsko?

- Absolutnie! Ale ta nadzieja trwała tylko kilka dni. Oni zresztą też zostali właściwie wysłani na stracenie. We wrześniu wiedzieliśmy już, że to przegrane. Codziennie nas ubywało. Kiedy ktoś zostawał ciężko ranny, nie było nawet możliwości pomocy. Bo już nic nie było. Opatrunków, jedzenia, żadnej możliwości udzielenia pomocy.

Nigdy nie przyszło mi do głowy - jakby to panu powiedzieć - że to niepotrzebne. Nie można przecież powiedzieć, że była niepotrzebna śmierć kilkudziesięciu tysięcy ludzi.

Nie mówię tego wszystkiego jako przedstawicielka środowiska "Zośki czy Światowego Związku Żołnierzy AK. W sprawie sensu Powstania jesteśmy podzieleni. Uważam, że nie było innego wyjścia. Gdyby Powstanie nie wybuchło, to by nas Niemcy w inny sposób spacyfikowali, bo jeszcze mieli dość sił. A jeżeli nie Niemcy, to zrobiliby to Rosjanie. W rozmaity sposób. Wyaresztowaliby wszystkich aktywnych. Wywieźliby nas.


A miasto?

- Pewnie nie byłoby tak zniszczone. Ale w końcu ludzie są najważniejsi. Miasto można odbudować, trochę nie takie, jakie było, ale jednak.

Nigdy nie przeżyłam takiego uczucia jedności jak wtedy. Wszystkie złe cechy ludzkie znikały. Dominowało uczucie, że mamy wspólny cel i on jest najważniejszy. Podobnie było tylko w czasach "Solidarności.

Za co aresztowano panią po wojnie?

- Pokażę panu, bo to śmieszne...

Nie ma nic śmiesznego w spędzeniu pięciu lat w więzieniu.

- Śmieszne są zarzuty. Niech pan spojrzy, to wpis w mój akt oskarżenia: "Kategoria przestępstwa: przynależność do organizacji AK. Ładne, prawda?

Byłam aresztowana w styczniu 1949 r. Jeden z moich przyjaciół Janek Rodowicz "Anoda - w Wigilię 1948 r. Zginął w śledztwie w ciągu dwóch tygodni.

Po wojnie była grupa tych, którzy należeli do drugiej konspiracji. Nie mogli się rozstać z bronią. Coś takiego istniało w tych chłopakach: przez całą okupację mieli broń przy sobie i to dawało im poczucie bezpieczeństwa. Potem akt ujawnienia miał oficjalnie wymazać ich udział w powojennej konspiracji.

Większość z nas szła na uczelnie, zakładała rodziny. Wtedy wyszłam za mąż i urodziło mi się dziecko. Mój synek miał rok i 10 miesięcy, jak mnie aresztowano.

W śledztwie zarzucano nam "stanie z bronią u nogi.

Jak to?

- Naprawdę, chociaż trudno w to uwierzyć. Poza tym - działanie na niekorzyść legalnie istniejącego państwa polskiego. A właściwie to współpracę z Niemcami.

W więzieniu Niemcy byli korytarzowymi. Rozdawali zupę albo karali nas wlewaniem wody do celi. Mieli lepiej. My byliśmy "zaplutymi karłami reakcji. Młody śledczy, który chciał wymusić zeznania, mówił mi, że nigdy nie spotkam mojego dziecka. Że oddadzą syna do domu dziecka pod przybranym nazwiskiem. Ma pan dzieci?

Syna. Myślę, że mogę wyobrazić sobie, jak się człowiek wtedy czuje.

- Czułam też straszne upokorzenie. Żal. Walczyliśmy, poświęcaliśmy się, a tak nas potraktowano.

Czy chciałaby pani, żeby to się wszystko nie wydarzyło? Ludziom zdarzało się przeżyć wojnę bez takich doświadczeń.

- Nie, nie cofnęłabym tego wszystkiego. Uważam, że byliśmy pokoleniem na to skazanym. Tak bywa. To były tragiczne czasy.

Pokoleniem skazanym na to, żeby wysyłać piętnastolatki do walki?

- Wtedy tak trzeba było. Dziś jednak wydaje mi się, że patriotyzm nie na tym polega. Nawet nie na tym, żeby robić inscenizacje bitew z hukiem i strzelaniną. Natomiast bardzo popieram działalność Muzeum Powstania Warszawskiego. W niezwykle różnorodny sposób uczą o Powstaniu.


Wielu ludzi zarzuca muzeum, że robi z Powstania bitwę wygraną, a była przegrana. Mnie się wydaje, że trzeba mówić: to była wielka, bohaterska bitwa, ale przegrana. Wyciągnęliśmy z niej wniosek niezwykle ważny: że trzeba mądrze działać, żeby odzyskać niepodległość.

Byłam w "Solidarności od początku. Pracowałam przy wyborach w 1989 r. Wiem, jak bardzo baliśmy się, że to się może źle skończyć.

Dziś nie grozi nam utrata wojna. Jak patriotyzm powinien wyglądać w dzisiejszych czasach?

- Po pierwsze - nie należy tego wielkiego słowa wypowiadać, kiedy się mówi tylko o obowiązkach obywatelskich.

Po drugie - myślę, że dziś patriotyzm polega na tym, żebyśmy się umieli jednoczyć wokół ważnego celu dla wszystkich rodaków. Nie dzielić przy drobiazgach zupełnie nieistotnych z punktu widzenia interesów całego narodu i państwa.

Doprowadziliśmy do tego, że młode pokolenie kompletnie odsuwa się od polityki w najlepszym znaczeniu słowa. Uważa, że to osobisty interes, kariera, pokazywanie się w telewizji. Nie ma zrozumienia, że polityka to działanie wspólne dla dobra kraju. To musimy zmienić.

Marzy mi się ciało - nie z polityków! - reprezentatywne w sensie moralnym. Gdzie byliby ludzie z autorytetem i z pewnym bagażem doświadczeń, przedstawiciele otwartego Kościoła, środowisk twórczych, naukowych, organizacji pozarządowych - takich jak Owsiaka, Ochojskiej, Dymnej. Pomogliby nam wyciągnąć twórcze wnioski z naszych doświadczeń historycznych i z doświadczeń innych narodów. Może wtedy moglibyśmy nie napadać na siebie. Nie wrzeszczeć. Nie odbierać godności innemu człowiekowi dlatego, że inaczej myśli.

Ja wiem, że z tego nic nie wyjdzie. Ale to jest moje marzenie.


*Anna Jakubowska - pseudonim "Paulinka, łączniczka i sanitariuszka batalionu AK "Zośka, więzień polityczny 1949-54, członek "Solidarności w 1980 r., pracownica Komitetu Obywatelskiego "Solidarność w 1989 r."

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://wiadomosci.onet.pl/11350,1620779,,5,temat.html

Nie tylko głupota, ale zbrodnia

Generał Władysław Anders uważał powstanie warszawskie za kardynalny błąd z politycznego i wojskowego punktu widzenia, a z moralnego - za zbrodnię, za którą odpowiedzialność ponosili jego zdaniem dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Bór-Komorowski i jego sztab.

Generał Władysław Anders a powstanie warszawskie

Jan Nowak-Jeziorański, legendarny kurier z Warszawy oraz jeden z koronnych świadków i uczestników powstania warszawskiego, powtarzał często, że każdy myślący Polak rozpamiętujący dzieje tego tak bohaterskiego, a zarazem tragicznego, naszego ostatniego wielkiego, narodowego zrywu powstańczego jest głęboko rozdarty wewnętrznie.

Prawie każdego bowiem Polaka urzeka i imponuje mu rzadko spotykane bohaterstwo powstańców i ludności cywilnej stolicy, która przez 63 dni toczyła samotny, nierówny bój z Niemcami, a zarazem przeraża go ogrom strat ludzkich i materialnych poniesionych na skutek tego powstania. Niemcy podawali, że w czasie powstania warszawskiego zabili lub wymordowali ok. 200 tys. Polaków – dzieci, kobiet, starców i mężczyzn, obrócili też stolicę Polski w perzynę. Co więcej, ok. 550 tys. ludzi wypędzili ze zniszczonego miasta, z czego 165 tys. wywieźli na roboty w Rzeszy, a 50 tys. wysłali do obozów koncentracyjnych. Na skutek powstania większa część miasta uległa zniszczeniu. W styczniu 1945 r. Armia Czerwona i 1. Armia WP wkroczyły do miasta ruin i grobów – do miasta warszawskich robinsonów. Takiej ruiny i katastrofy nie przeżyła żadna inna stolica europejska od najazdu Hunów na Rzym.

Straty poniesione przez powstańców też były niezwykle bolesne: 9,7 tys. zabitych, 5,3-7,2 tys. zaginionych, 25 tys. rannych i kontuzjowanych. Ponadto do niewoli niemieckiej, jak podaje Władysław Bartoszewski, dostało się ok. 16 tys. osób.

W czasie powstania straciliśmy sam kwiat stołecznej młodzieży, niedoszłej elity narodu, której później tak bardzo nam brakowało i jeszcze dzisiaj brakuje.

Niemcom udało się stłumić powstanie kosztem 2 tys. zabitych i 9 tys. rannych żołnierzy oraz 100-200 zabitych cywilów. Inne źródła podają, że straty niemieckie wynosiły zaledwie 1570 zabitych i 9044 rannych żołnierzy. Wymowa tych cyfr jest wręcz przerażająca.

Nic więc dziwnego, że wielu Polaków jest głęboko poruszonych i wzburzonych, kiedy rozpatruje sprawę powstania warszawskiego: jego przyczyny, przebieg i skutki, czego najlepszym przykładem jest gen. Władysław Anders, legendarny dowódca 2. Korpusu, zdobywca Monte Cassino, a po wojnie przywódca drugiej wielkiej polskiej emigracji politycznej, której rdzeniem byli jego żołnierze, wyprowadzeni przez niego z "nieludzkiej ziemi.

Gen. Anders uważał wywołanie powstania, od samego jego wybuchu, nie tylko za głupotę, ale za "wyraźną zbrodnię i

"największe nieszczęście dla Polski.

Co więcej, oceniał, że jakakolwiek akcja przeciwko Niemcom w panujących wówczas w kraju warunkach prowadziła tylko do "niepotrzebnego przelewu krwi polskiej. Gen. Anders był "na kolanach przed walczącą Warszawą, ale sądził, że "gen. Komorowski i szereg innych osób winni stanąć przed sądem za wywołanie powstania. W jego opinii powstanie to leżało jedynie w interesie Niemców i bolszewików.

Anders, doświadczony żołnierz i dowódca, uważał, że powstanie nie było należycie przygotowane i nie miało najmniejszych szans powodzenia, a ocena sytuacji militarnej na froncie wschodnim, dokonana przez dowództwo Armii Krajowej pod koniec lipca 1944 r., była fałszywa, z czym trudno się nie zgodzić. Nie uzgodniono też powstania z aliantami zachodnimi i nie upewniono się, "jaką pomoc mogli dać alianci walczącej stolicy.

Gen. Marian Kukiel, szef Ministerstwa Obrony Narodowej w latach 1943-1945, wyśmienity historyk wojskowości, też uważał powstanie warszawskie za nieszczęście dla Polski. Do wybuchu powstania doszło, jak wiemy, ponieważ Komenda Główna AK uważała, że Niemcy na froncie wschodnim ponieśli już ostateczną klęskę, a wejście Armii Czerwonej do stolicy było tylko kwestią kilku dni.

Zdaniem gen. Andersa skutki i konsekwencje powstania warszawskiego były dla Polski fatalne, gdyż zniszczyły ośrodek dyspozycyjny w kraju, zniszczyły inteligencję i "puls walki o niepodległość w kraju, ułatwiając tym sowietyzację kraju.

Zdaniem gen. Kukiela do wybuchu powstania doszło, gdyż Komenda Główna AK dokonała 21 lipca 1944 r. zbyt optymistycznej oceny sytuacji na froncie wschodnim. Doszła bowiem do przekonania, że Niemcy na wschodzie doznali druzgocącej klęski oraz że Armia Czerwona wkrótce wejdzie do Warszawy, a następnie będzie kontynuować marsz na zachód, w związku z czym zarządziła stan czujności do powstania powszechnego od dnia 25 lipca, które przewidywało opanowanie przez AK stolicy jako głównego polskiego ośrodka życia politycznego i narodowego, nie przerywając przy tym operacji "Burza. Jak wiemy, do powstania powszechnego nie doszło, gdyż w ostateczności powstała tylko Warszawa.

Zgodnie z relacją gen. Tadeusza Pełczyńskiego autorem tej nader optymistycznej oceny działań na froncie wschodnim był gen. Leopold Okulicki, zastępca szefa sztabu KG AK ds. operacyjnych. Nie ulega kwestii, iż

gen. Okulicki był głównym orędownikiem i autorem powstania warszawskiego, co było dla gen. Andersa wielkim zaskoczeniem.

Zdaniem gen. Kukiela wszystkie dalsze decyzje podejmowane w kraju, które doprowadziły do wybuchu powstania w Warszawie, były w zasadzie wynikiem owej wadliwej oceny sytuacji na froncie wschodnim. Np. decyzja podjęcia walki o Warszawę 1 sierpnia 1944 r. powzięta przez KG AK po południu 31 lipca, na skutek meldunku płk. dypl. Antoniego Chruściela "Montera, komendanta Warszawskiego Okręgu AK, o pojawieniu się czołgów sowieckich pod Pragą. Dzisiaj wiemy, że KG AK źle wybrała moment rozpoczęcia walki o Warszawę. Jak to trywialnie określił gen. Kukiel, "oni

pociągnęli fałszywą kartę

– jokera – kiedy ostatecznie zdecydowali się działać.

Dla gen. Kukiela "pojawienie się Rosjan w okolicach Pragi było niewystarczającym dowodem, że Armia Czerwona będzie w stanie przekroczyć Wisłę i zająć Warszawę. Decyzję podjęcia boju o Warszawę 1 sierpnia w KG AK przeforsował, jak sam później przyznawał, gen. Okulicki. Tymczasem gen. Kukiel już

30 lipca doszedł do przekonania, po otrzymaniu wiadomości z Warszawy, że Niemcy ściągnęli pancerne posiłki do rejonu stolicy, że rosyjsko-niemiecka bitwa o Warszawę przeciąga się i że trzeba czekać na jej wyniki przed rozpoczęciem akcji AK.

W Warszawie natomiast sztab AK, zdaniem gen. Kukiela, "działał pod presją wypadków i zlekceważył przybycie niemieckich posiłków. Dla gen. Kukiela niejasna była też sprawa meldunku płk. "Montera złożonego gen. Borowi po południu 31 lipca 1944 r., o pojawieniu się czołgów radzieckich pod Pragą, który stał się bezpośrednią przyczyną wybuchu powstania.

Niestety gen. Kukiel nie przekazał swej trafnej oceny sytuacji do kraju, gdyż – mimo że był ministrem obrony narodowej – nie mógł się komunikować bezpośrednio z dowódcą AK, nie posiadał bowiem do tego żadnych uprawnień. Było to wyłącznie domeną naczelnego wodza.

Gen. Tadeusz Pełczyński też wielokrotnie zaznaczał, że ocena sytuacji na froncie wschodnim miała przemożny wpływ na decyzję o wywołaniu powstania w stolicy: "Od sytuacji na froncie uzależniony był moment rozpoczęcia walki i zdeterminowanie elementów taktycznych.

Gdybym wiedział – przyznawał po wojnie gen. Pełczyński, jeden z głównych autorów powstania warszawskiego – że Rosjanie nie wejdą i nie będą działać na korzyść Warszawy, tobym 1 sierpnia 1944 r. walki nie podejmował. Poczekałbym na lepszy moment, który upewniłby mnie, że Rosjanie wejdą do Warszawy i Niemców wykończą. "Bo myśmy mogli tylko walkę rozpocząć, my ich (Niemców – JMC) wykończyć nie mogliśmy – tak zarozumiali nie byliśmy.

Zgodnie więc z planami Komendy Głównej AK Armia Czerwona, a co za tym idzie sam generalissimus Stalin mieli być głównym i ostatecznym gwarantem powodzenia powstania, które, jak wiemy, było politycznie skierowane przeciwko jego planom podporządkowania Polski woli Kremla i zabrania jej naszych Kresów Wschodnich, co zakrawało wręcz na logiczną niedorzeczność.

"Były błędy – przyznawał później gen. Pełczyński – i nie wszystko było przemyślane do końca. Należało bowiem przypuszczać, że – jak ostrzegał Komendę Główną Armii Krajowej płk dypl. Janusz Bokszczanin – Stalin, który kierował się zawsze przede wszystkim względami politycznymi, "będzie robił wszystko, co tylko będzie mógł, aby powstanie zakończyło się naszą klęską.

Nie można było uzależniać ostatecznego sukcesu powstania

od dobrej woli Stalina,

który już w lutym 1943 r., a więc jeszcze przed zerwaniem stosunków z rządem polskim w sprawie Katynia, oświadczył gen. Sikorskiemu, że nie będzie współpracował militarnie z Armią Krajową, rzekomo aby nie narażać polskiej ludności cywilnej na represje niemieckie. Dodawał przy tym, że miał zamiar tworzyć oddziały polskie przy Armii Czerwonej, które później planował zwrócić Polsce. Było więc jasne, że Stalin traktował Armię Krajową jako siłę mu wrogą jeszcze na długo przed wybuchem powstania warszawskiego.

Co gorsza, nasi alianci zachodni wyłączyli Armię Krajową w listopadzie 1943 r. z działań inwazyjnych, uważając, że jej działania w Polsce nie będą miały wpływu na planowane operacje anglo-amerykańskie w północnej Francji. Aliantów zachodnich interesowała głównie działalność wywiadowcza AK, a nie jej od dawna planowane operacje powstańcze.

Źle uzbrojona, chociaż liczna i dobrze zorganizowana Armia Krajowa pod koniec 1943 r. znalazła się w niezwykle trudnej sytuacji politycznej i militarnej. Co więcej, nie mogła już liczyć na wydatną pomoc lotniczą i zrzutową z Zachodu, chociaż w kraju – mimo wszystko – stale się jej spodziewano.

Tadeusz Komorowski stwierdzał słusznie, że w sprawie wsparcia sojuszniczego utrzymywano w KG AK "wykładnię własnych oczekiwań, a nie wyraźnych ustaleń z sojusznikami, co później fatalnie odbiło się w czasie przeprowadzania w kraju operacji "Burza i powstania warszawskiego.

W istocie, jak kategorycznie podkreślał Komorowski, działania powstańcze Armii Krajowej nie mogły liczyć na "żaden czynnik wsparcia: ani na lotnictwo polskie, ani na lotnictwo alianckie (zachodnie i sowieckie), ani na 1. Samodzielną Brygadę Spadochronową, której znaczenie i tak ograniczałoby się do wybranych zadań operacyjno-taktycznych.

AK w walce z Niemcami w zasadzie była skazana, przynajmniej w pierwszej fazie, na własne, niezwykle ograniczone siły, a współdziałanie taktyczno-operacyjne z Armią Czerwoną miano nawiązać już w trakcie podjętych działań własnych – czyli w czasie operacji "Burza czy też powstania warszawskiego. Co więcej, oddziały AK biorące udział w walkach "Burzy miały się ujawniać wobec Armii Czerwonej i odgrywać wobec Rosjan rolę gospodarzy. Gen. Kazimierz Sosnkowski, naczelny wódz polskich sił zbrojnych, uznał decyzję gen. Bora-Komorowskiego – ujawniania się wobec Rosjan oddziałów AK biorących udział w operacji "Burza, 11 stycznia 1944 r. – za ofiarny poryw kraju, mający "na celu zadokumentowanie praw Polski do istnienia.

Dodawał jednak: "Jasne są trudności i komplikacje, jakie stąd wyniknąć mogą wobec tego, że Sowiety nie zdradzają najmniejszej chęci do przywrócenia stosunków dyplomatycznych z Polską na podstawach dla nas dopuszczalnych.

Naczelny wódz przestrzegał dowódcę AK, że realizowanie "Burzy może doprowadzić do wybuchu powstania powszechnego "niestety bez dostatecznego uzbrojenia na terenie zalanym przez milionowe armie niemieckie i walki na dwa fronty. Uprzedzał też, że "w tych okolicznościach obowiązkiem moim może stać się niebawem być przy zastępach Armii Krajowej.

Naczelny wódz był przekonany, że nasze ostateczne zwycięstwo mogło nastąpić tylko w wypadku poważnego osłabienia Rosji przez Niemców i rozejścia się jej z zachodnimi aliantami. "Nasza racja stanu wygra integralnie tylko wtedy – stwierdzał kategorycznie w lutym 1944 r. – gdy Niemcy i Rosja osłabią się wzajemnie tak, że rozstrzygające zwycięstwo wraz z zajęciem terytoriów niemieckich i polskich przypadnie państwom anglosaskim. Bieda polega na tym, że państwa te nie doceniają swojej siły, są jak gdyby zmęczone wojną i na razie pozostawiają Rosji nadmiernie dużą swobodę ruchów w Europie, a przede wszystkim w tej połaci, z którą nasze losy są związane. Na tym, zdaje się, polega dramat Polski.

W jego opinii "Moskwa dążyła do sowietyzacji Polski i uczynienia z niej 17. republiki w granicach, które określi Stalin. Pocieszał się tylko tym, że wcześniej czy później – w ciągu następnych pięciu lat – dojdzie do rozprawy z imperializmem sowieckim, a cała kwestia polega na tym, kiedy to nastąpi i czy zdołamy przetrwać złe czasy.

Ponadto naczelny wódz podobnie jak gen. Anders uważał, że rozbudowa Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w oczekiwaniu na konflikt pomiędzy Wschodem a Zachodem była szczególną koniecznością.

Ze swej strony gen. Anders robił, co mógł, aby naczelny wódz wydał gen. Borowi-Komorowskiemu kategoryczny rozkaz zakazujący mu wywołania powstania w stolicy, które zdaniem dowódcy 2. Korpusu było z góry skazane na klęskę. Niestety gen. Sosnkowski nie wydał dowódcy AK tego rodzaju rozkazu, pomimo nacisków gen. Andersa, co w rezultacie doprowadziło do tragedii miasta. Nie ulega kwestii, że gdyby gen. Anders był naczelnym wodzem polskich sił zbrojnych, to wydałby dowódcy AK taki rozkaz i przez to uratowałby najprawdopodobniej Warszawę i jej mieszkańców od zagłady.

Jak to ponoć podkreślał marszałek Józef Piłsudski, który dobrze znał i cenił gen. Andersa, "Anders może się mylić, ale głupstwa nie zrobi. Niestety, nie można tego samego powiedzieć o dowódcy AK, gen. Borze-Komorowskim. Po wojnie gen. Anders podkreślał często, że gen. Sosnkowski miał kłopoty z podejmowaniem decyzji i wydawaniem rozkazów, gdyż w istocie był bardziej politykiem przy szabli niż żołnierzem. Był on typem raczej wiecznego i wspaniałego szefa sztabu niż dowódcy z krwi i kości – jakim był gen. Anders.

Gen. Sosnkowski był z wykształcenia inżynierem, z powołania działaczem niepodległościowym, a z wojskowego punktu widzenia samoukiem, który nie miał żadnego regularnego wyszkolenia i wykształcenia wojskowego, gdyż nigdy nie ukończył

żadnej szkoły wojskowej,

ani "niższej, ani "wyższej. Prawie nigdy też, aż do samej kampanii wrześniowej, nie dowodził żadnym większym oddziałem wojskowym na froncie.

W Legionach był szefem sztabu 1. Brygady. Wojskowa kariera gen. Kazimierza Sosnkowskiego przebiegała w błyskawicznym tempie, aż do przewrotu majowego w 1926 r. Po trzech latach służby w Legionach był on już pułkownikiem, a w roku 1918 generałem, po zakończeniu zaś wojny polsko-radzieckiej został zweryfikowany jako generał dywizji, ale dopiero w 1936 r., po śmierci marszałka Piłsudskiego został mianowany generałem broni.

Niemniej jednak gen. Sosnkowski był zawsze generałem o mentalności szefa sztabu, który umiał prawidłowo oceniać i analizować sytuację, i referować ją przełożonym i podkomendnym, ale miał kłopoty z wyciąganiem z niej odpowiednich wniosków i szybkim podejmowaniem koniecznych decyzji pod presją toczących się wypadków, jak to miało miejsce w przypadku powstania warszawskiego.

Gen. Sosnkowski był wspaniałym "referentem, ale brakowało mu wrodzonego instynktu i talentu wodza, którym tak szczodrze był obdarzony jego pierwszy przełożony, komendant, a później marszałek Józef Piłsudski. Jako naczelny wódz stale sytuację analizował i wyjaśniał podkomendnym, szczególnie gen. Tadeuszowi Komorowskiemu, ale nigdy im niczego kategorycznie nie nakazywał.

Gen. Komorowski oczekiwał od swojego naczelnego wodza wyraźnych rozkazów i dyspozycji. Twierdził też, że gdyby naczelny wódz zakazał walki w Warszawie, to rozkaz jego byłby wykonany. Rozkazu takiego jednak nie otrzymał.

Gen. Sosnkowski zapominał, że dowodzenie jest nie tylko przewidywaniem i instruowaniem, chociażby najtrafniejszym, ale przede wszystkim wydawaniem na czas jasnych, krótkich i życiowych rozkazów. Niestety w swej długiej karierze wojskowej nigdy sztuki tej nie posiadł, w przeciwieństwie do gen. Andersa, któremu dowodzenie i rozkazodawstwo przychodziło z łatwością.

Anders podkreślał często brak stanowczości naczelnego wodza w stosunku do dowódcy AK. "W lipcu 1944 r. pod Anconą odbywały się nocne rozmowy Polaków, w których oprócz Naczelnego Wodza i mnie brał udział gen. Zygmunt Szyszko-Bohusz, płk Kazimierz Wiśniewski i inni. Gen. Sosnkowski był przeciwny akcji AK, która prowadziła do ujawnienia się wobec ZSRR. Starałem się utwierdzić go w tym przekonaniu (...). Telegramy gen. Sosnkowskiego spod Ancony do Warszawy i Londynu stawały się coraz bardziej stanowcze. Namawiałem go, żeby dał formalny

rozkaz zakazujący powstania.

Odpowiadał: Oni mnie nie posłuchają, oni posłuchają Mikołajczyka. Namawiałem gen. Sosnkowskiego, żeby nakazał ewakuację na Zachód ludzi najbardziej zagrożonych, chociażby nawet poprzez organizację Todta... [G]enerał Sosnkowski był wielkim mężem stanu o rozległych horyzontach, ale miał trudności, że nie dowodził ani batalionem, ani pułkiem, ani dywizją z wyjątkiem krótkich okresów dowodzenia Armią Rezerwową na wiosnę 1920 r. czy też obroną Lwowa w 1939 r. Naczelny Wódz powinien mieć za sobą cały zasób doświadczenia dowódczego od najniższego szczebla do najwyższego. Pod tym względem gen. Sikorski był w lepszej sytuacji niż gen. Sosnkowski.

Słowa te świadczą najlepiej, iż pod koniec lipca 1944 r. gen. Sosnkowski nie był, zdaniem gen. Andersa, właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Co więcej, słowa te świadczą, jak wielką stratą dla Polski była śmierć w katastrofie lotniczej pod Gibraltarem 4 lipca 1943 r. gen. Władysława Sikorskiego, który w swej osobie łączył funkcję naczelnego wodza i premiera rządu Rzeczypospolitej. W związku z czym miał prawo do wydawania jednoznacznych rozkazów władzom krajowym.

Tymczasem 25 lipca 1944 r. naczelny wódz, w odpowiedzi na depeszę dowódcy AK donoszącą mu o rozbrojeniu przez Rosjan wileńskich oddziałów AK, kiedy w Warszawie ważyły się już losy stolicy, pisał: "Jestem głęboko wstrząśnięty tym Waszym meldunkiem, choć rozwój zdarzeń odpowiada moim przewidywaniom wraz z oddziałami walczącymi zwycięsko na froncie włoskim. Jestem sercem i myślą z wami. Decyzje Wasze budzą szacunek, odpowiadają zasadom żołnierskiego i narodowego honoru. Jej skutki polityczne są w ręku Boga. Według możliwości wycofujcie oddziały na zachód w skupieniu lub rozproszeniu zależnie od warunków.

W tym samym czasie Stanisław Mikołajczyk, premier rządu polskiego w Londynie, jadący do Moskwy na rozmowy ze Stalinem, upoważniał władze krajowe do wszczęcia powstania powszechnego w terminie przez nie wybranym. Mikołajczyk sądził, że doprowadzenie do porozumienia z Moskwą, przy aktywnym poparciu ze strony Churchilla, Roosevelta i kraju – tzn. Armii Krajowej i władz Polski Podziemnej – było jego obowiązkiem. Podkreślał: "Jedynym atutem, jakim rozporządzamy, jest poparcie społeczeństwa. Musimy użyć tego poparcia dla wykazania, że jesteśmy gotowi do współpracy z Rosją. Armia Krajowa musi walczyć z Niemcami do końca i wspierać postępy Armii Czerwonej bez względu na trudności. Nie możemy pozwolić sobie na to, abyśmy w krytycznym momencie zostali wyłączeni z rodziny narodów sprzymierzonych.

Premier dążył do ugody ze Stalinem, ponieważ sądził, iż było to jedyne realne rozwiązanie polskiej sprawy. Był przekonany, że w ciągu następnych 20-30 lat nie dojdzie do konfliktu pomiędzy Wschodem i Zachodem oraz że stoją przed nami dwa główne cele: "ocalić biologiczne siły narodu i nie dać się skomunizować.

Mikołajczyk liczył mylnie,

że za cenę zrezygnowania z suwerenności w polityce zagranicznej można będzie, przy poparciu Anglosasów, porozumieć się ze Stalinem i uratować wolność wewnętrzną.

Mikołajczyk, który nie potrafił zapewnić AK pomocy z Zachodu, uważał, zdaniem gen. Kukiela, że wybuch powstania w Polsce da mu potężny atut w czasie rozmów ze Stalinem. Jednak już kilka dni po jego wybuchu okazało się, że Warszawa nie była atutem, lecz zakładnikiem w rękach Stalina, który mówił: albo zgodzicie się na wszystko – nowy rząd, linię Curzona, albo ja zostawię tą całą awanturę własnemu losowi.

W takich to niezmiernie skomplikowanych warunkach politycznych i militarnych oraz przy tak wielkim rozbracie pomiędzy naczelnym wodzem a premierem rodziła się i powstawała koncepcja podjęcia walki o Warszawę.

W takich też warunkach doszło do wybuchu tego tak tragicznego powstania.

Tymczasem w 1944 r. nie było odpowiednich warunków politycznych i militarnych do przeprowadzenia zwycięskiego powstania w Warszawie, a ocena sytuacji na froncie wschodnim dokonana przez Komendę Główną AK była błędna.

Wybuch powstania w stolicy zbiegł się z niemieckim przeciwuderzeniem na wysunięty oddział 2. radzieckiej armii pancernej na podejściach do Warszawy. Dodatkowo "armia ta została nie tylko zatrzymana przez [Niemców], ale i częściowo zmuszona do odwrotu z wielkimi stratami. Wydaje się też, że armia ta nie była w stanie do 5-6 sierpnia przejść do natarcia na Warszawę. Niemniej mogła przejść do tego rodzaju natarcia już między 6 a 10 sierpnia.

Ponadto Stalin odrzucił propozycję Rokossowskiego i Żukowa, z 8 sierpnia, uderzenia oskrzydlającego Warszawę z przyczółków na dolnej Narwi (na północy) i środkowej Wiśle (na południu), chociaż istniała możliwość przeprowadzenia tego rodzaju operacji, a już 1 sierpnia 1944 r. nakazał Armii Czerwonej rozbrajać wszystkie oddziały AK ujawniające się wobec Rosjan, gdyż jak twierdził, "w ich składzie mogli być agenci niemieccy. Oficerów tych oddziałów miano internować, a podoficerów i szeregowych wcielać do armii Berlinga. W dniu wybuchu powstania warszawskiego Stalin wypowiadał więc wojnę AK na całym terenie Polski.

Co więcej, 16 sierpnia generalissimus "odciął się od powstania, co przesądziło o jego upadku. Nie ulega kwestii, że Stalin kierował się przede wszystkim względami politycznymi. W tym momencie Warszawa znalazła się

w niemiecko-radzieckim potrzasku.

Niemcy tłumili bezlitośnie powstanie i niszczyli stolicę Polski przy cichej na to zgodzie Stalina. A Churchill, który chciał ratować Warszawę, bez zdecydowanego poparcia Roosevelta nie mógł w żaden sposób temu zapobiec.

Niestety, gen. Władysław Anders miał świętą rację, kiedy mówił, że powstanie warszawskie było z góry skazane na straszliwą klęskę i nie miało najmniejszych szans powodzenia.

Ponadto na losach i przebiegu powstania fatalnie zaważyły różnego rodzaju błędy popełnione przez Komendę Główną AK i płk. dypl. "Montera, komendanta Warszawskiego Okręgu, np. przeprowadzenie pierwszej mobilizacji okręgu 28 lipca, zmiana godziny "W z pory nocnej na dzienną, niepotrzebne rozwadnianie sił, przypuszczenie 1 sierpnia szturmów na silnie obsadzone i ufortyfikowane obiekty niemieckie, których powstańcy w żaden sposób nie mogli zdobyć, nie mając ciężkiej broni. Całe uzbrojenie powstańców w dniu wybuchu walk składało się z siedmiu cekaemów, 60 elkaemów, 1000 kb, 300 pm, 1700 pistoletów, 25 tys. granatów i 15 piatów. Gen. Anders mówił zawsze, że gdy brakuje broni, nie daje się rozkazu do walki, szczególnie gdy w grę wchodzą duże skupiska ludności cywilnej.

Co gorsza, blisko połowę broni strzeleckiej, jaką powstańcy posiadali 1 sierpnia 1944 r. "tworzyły pistolety, które jako broń krótka – osobista, w warunkach walk miejskich o umocnione gmachy, forty, barykady nie miała znaczenia w natarciu pododdziałów. "Nieporozumieniem było też – dodaje słusznie Komorowski – liczenie na powodzenie w szturmie powstańców uzbrojonych jedynie w granaty. Co mogę potwierdzić z autopsji. Powstańcy byli tylko silni duchem.

Nie ulega kwestii, iż dla Polski i Warszawy oraz jej mieszkańców byłoby o wiele lepiej, gdyby w drugiej połowie 1944 r. funkcję naczelnego wodza polskich sił zbrojnych piastował gen. Władysław Anders, a nie gen. Kazimierz Sosnkowski, który nie potrafił się zdobyć ani na zakazanie powstania, ani na jego zaakceptowanie.

Powstanie warszawskie wybuchło w dużej mierze wbrew jego intencjom i zamiarom, od czego chciał go uchronić gen. Władysław Anders – co mu się niestety nie udało.

Z drugiej strony nadzieje na szybki wybuch III wojny światowej, która miała ostatecznie przynieść Polsce upragnioną wolność i niepodległość, na co liczyli zarówno gen. Sosnkowski, jak i gen. Anders, były również niebezpieczną ułudą.

Wszystko to wskazuje, w jak ciężkim położeniu znajdowała się Polska w drugiej połowie feralnego dla nas 1944 r., kiedy ważyły się jej losy – prawie na pół wieku.

Prof. Jan M. Ciechanowski – żołnierz AK, uczestnik powstania warszawskiego, po wojnie osiadły w Londynie, autor licznych prac z zakresu historii najnowszej, wykładowca Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku. Jego najważniejsza książka "Powstanie warszawskie. Zarys podłoża politycznego i dyplomatycznego, która przez 13 lat nie mogła ukazać się w PRL, doczekała się już kilku wznowień. Obecne, siódme wydanie, opublikowane przez AH i Bellonę, zostało znacznie rozszerzone.

***

Całe uzbrojenie powstańców w dniu wybuchu powstania składało się z 7 ckm, 60 lkm, 1000 kb, 300 pm, 1700 pistoletów i 25 tys. granatów i 15 piatów. Prawie połowę broni strzeleckiej, jaką powstańcy posiadali, stanowiły pistolety, które jako broń krótka – osobista, w warunkach walk miejskich o umocnione gmachy, forty, barykady, nie miała znaczenia w natarciu pododdziałów.

200 TYS. CYWILNYCH OFIAR POWSTANIA

• Niemcy podawali, że w czasie powstania warszawskiego zabili lub wymordowali ok. 200 tys. Polaków – dzieci, kobiet, starców i mężczyzn, obrócili też stolicę Polski w perzynę. Ok. 550 tys. ludzi wypędzili ze zniszczonego miasta, z czego 165 tys. wywieźli na roboty w Rzeszy, a 50 tys. wysłali do obozów koncentracyjnych.

• Straty poniesione przez powstańców też były niezwykle bolesne: 9,7 tys. zabitych, 5,3-7,2 tys. zaginionych, 25 tys. rannych i kontuzjowanych. Do niewoli niemieckiej, jak podaje Władysław Bartoszewski, dostało się ok. 16 tys. osób."

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,10026263,Kobieta_z_bronia_na_ramieniu__Przynosila_wyroki_smierci.html

Kobieta z bronią na ramieniu. Przynosiła wyroki śmierci

Rozdawanie powstańczych odezw w berecie z orzełkiem i z biało-czerwoną opaską to było bardzo piękne, ale mogła to robić każda dziewczyna. A ja nauczyłam się posługiwać bronią i chciałam walczyć - wspomina Wanda Traczyk-Stawska, pseudonim "Pączek

Tomasz Urzykowski: W 1944 roku miała pani 17 lat, walczyła z bronią w ręku na równi ze starszymi kolegami. Jak pani trafiła do Oddziału Osłonowego WZW - dobrze wyszkolonej i uzbrojonej formacji będącej w dyspozycji dowódcy Powstania gen. Antoniego Chruściela "Montera?

- Nie chcę, żeby to była rozmowa o mnie. Nie uważam się za bohaterkę. Składałam przysięgę, że będę wykonywała rozkazy. To obowiązek żołnierza, a nie zasługa.

Wtedy, też pani tak uważała?

- Myślę, że jedno zdarzenie z początku wojny zdecydowało o całym moim życiu. Miałam 12 lat. Mieszkałam w nowoczesnym jak na tamte czasy trzypiętrowym domu przy Dolnej 15. Na tej ulicy kończyło się wtedy miasto, zaczynały łąki i pola kapusty, skąd atakowali Niemcy. W naszym domu byli zaś polscy żołnierze z ckm-em. Mieszkańcy schronili się w piwnicy, poza mną i moim ojcem. Miałam psa, którego nie chcieli wpuścić do schronu, więc się zaparłam i nie chciałam zejść bez mojej ukochanej foksterierki. Siedzieliśmy z ojcem na korytarzu. W budynek po drugiej stronie ulicy uderzyła bomba. Wybiegłam przed dom. Z chmury dymu i pyłu wyłoniła się kobieta trzymająca poduszkę z niemowlęciem. Zobaczyłam, jak niemieccy żołnierze z odległości 30-35 metrów strzelają do tego dziecka z ckm-u. Na moich oczach niemowlę rozpadło się na kawałki. Od tej chwili wiedziałam, że trzeba się bronić.

Już wtedy chciałam działać w konspiracji, z koleżankami z dawnej drużyny stworzyłyśmy w tym celu zastęp harcerski. Nigdzie nie przyjmowali dzieci. Nosiłyśmy więc jedzenie rannym polskim żołnierzom do Szpitala Ujazdowskiego.

Niosę list z wyrokiem śmierci

W końcu znalazła się pani w konspiracji.

- Wiosną 1942 r. przyjęli nas do 22. Drużyny na Grochowie. Na rok przed Powstaniem rozpoczęłam bardzo ciężką służbę. Należałam już wtedy do drużyny zwanej "czarną czternastką w Hufcu Grzybów. Żeńskie harcerstwo miało wtedy za zadanie nauczać i ochraniać społeczeństwo, ale bez używania broni. Brałyśmy udział w małym sabotażu i akcji "N, czyli zastraszaniu Niemców. Roznosiłam listy z ostrzeżeniem do osób, na które sąd AK miał wydać wyrok śmierci, jeśli nie zaprzestaną szkodliwej działalności. Listy trzeba było wręczać osobiście adresatowi i szybko odejść, a w razie zatrzymania, nie mieć przy sobie żadnych dokumentów i niczego nie pamiętać. Robiło się to parami, moim partnerem był Tadzio Zürn "Karolek, późniejszy żołnierz Batalionu "Zośka, zginął w Powstaniu. Nosiliśmy te listy przez jakieś osiem miesięcy, na zmianę z malowaniem kotwic Polski Walczącej i swastyk na szubienicy w strzeżonych miejscach, np. na wartowniach żandarmerii.

Dużo listów z zapowiedzią wyroku śmierci pani dostarczyła?

- Osiem, może dziesięć. Raz zaniosłam do dozorcy w Łazienkach. To był volksdeutsch, zdaje się, że wydawał Żydów. Weszłam do jego stróżówki przy bramie parku, ale go nie było i musiałam czekać. A tam żona i kilkoro dzieci, które przyszły ze szkoły. No i ja z tym listem o wyroku śmierci. Strasznie trudny moment.

Inny przypadek przy Puławskiej, obok Domu Wedla. Dostałam niedokładny adres i weszłam wprost na wartownię niemieckich lotników. Miałam okrągłą buzię, warkocze i nie wyglądałam na swoje lata. Łamanym niemieckim powiedziałam, że idę do koleżanki, podałam nazwisko. Nikt mnie nie rewidował, wezwali oficera, a ten uprzejmie wziął moją teczkę z książkami i odprowadził mnie do drugiego wejścia, gdzie miałam zanieść ten list. Oddałam go adresatowi i szybko zeszłam na dół. Tadzio wszystko widział z ulicy, miał od tej pory dla mnie ogromne uznanie. Ocalił mi kiedyś życie, gdy przy Polnej stałam na śmietniku i malowałam szubienicę ze swastyką. Tam był klub oficerski. Nagle zapaliło się światło i wyszli Niemcy. Wtedy Tadzio zobaczył panią z psem, zaczął udawać kota, zrobił się hałas. Odwrócił uwagę Niemców, a ja mogłam uciec ze śmietnika. W maju 1944 r. drużynowa skierowała mnie do kolportażu "Biuletynu Informacyjnego. Sprzedawałam go na ulicach obłożonego w oficjalną gadzinówkę "Nowy Kurier Warszawski. 31 lipca poszłam po prasę i dostałam rozkaz stawienia się następnego dnia o godzinie "W u szefa "Biuletynu - Aleksandra Kamińskiego "Huberta. Wiedziałam, kto to jest i przydzielenie do niego było dla mnie zaszczytem.

Rodzice wiedzieli, że ich córka idzie do Powstania?

- Mama zmarła w 1942 r. Ojciec i starszy brat sami szli do Powstania. Z domu przy Dolnej wyrzucili nas Niemcy i mieszkaliśmy przy Przemysłowej 8 na Czerniakowie. Zostawiliśmy tam dwie moje młodsze siostry. Jedna miała 14 lat, druga 11. Daliśmy im żywność na trzy dni, bo tyle miało trwać Powstanie. Nie umarły z głodu m.in. dzięki dowództwu Zgrupowania "Kryska, do którego dołączył mój brat. Dokarmiało siostry. Przeżyły wojnę. Synem starszej z nich jest skoczek Jacek Wszoła.

Jak wyglądała służba w "Biuletynie Informacyjnym?

- Ja byłam bardzo czynna, a tu musiałam czekać. Powstanie już trwało, bo na placu Napoleona wybuchło wcześniej. Widziałam chłopców wybiegających vis a vis redakcji z bramy przy Boduena 2 z pistoletami "błyskawica i wracających z rannymi. A u nas nic się nie działo. Kazano mi parzyć kawę, czego zresztą nie umiałam. Z tych pierwszych chwil Powstania pamiętam jedno cudowne przeżycie, kiedy pobiegłam rozdać na ulicy odezwę do warszawiaków. Miałam beret z orzełkiem i biało-czerwoną opaskę na ramieniu. Ludzie płakali ze szczęścia, że są wolni, całowali mnie, obdarowywali cukierkami. Nigdy potem nie spotkałam tylu radosnych ludzi w jednym momencie i nie odczułam takiej solidarności.

Ale to pani nie wystarczało?

- To było bardzo piękne, ale odezwy mogła nosić każda dziewczyna. A ja od kolegów z konspiracji nauczyłam się posługiwać bronią i chciałam walczyć. Pod wieczór "Hubert wysłał mnie z jakimś pismem na przeciwko do Oddziału Osłonowego Wojskowych Zakładów Wydawniczych. Zobaczyłam, jaką mają broń i jak są zorganizowani. Potrzebowali łącznika, który zna dobrze teren i zaniesie meldunek do "Montera na plac Dąbrowskiego. A na ulicach toczyły się walki. Powiedziałam, że zaniosę pod warunkiem, że przyjmą mnie do oddziału jako łączniczkę-strzelca. Tak się stało.

Wbrew swojej nazwie Oddział Osłonowy WZW nie tylko bronił drukarń.

- Do tego był powołany 1 sierpnia, ale szybko się rozrósł. Z kilkudziesięciu osób po dwóch dniach zrobiło się 180. Wstępowali do niego ci, którzy nie dotarli na godzinę "W do swoich oddziałów albo tacy, którzy dotarli, tylko nie było tam dla nich broni. U nas broni było dużo. Nasza rusznikarnia do końca Powstania montowała "błyskawice. Do oddziału dołączyli ludzie z najlepszych jednostek: drużyna z "Zośki, chłopak z "Parasola, żołnierze z "Odwetu. Nasza siła była za duża do osłony drukarń. Powstały cztery plutony, z czego trzy bojowe i jeden wartowniczy. Rzucano nas w różne punkty miasta, gdzie albo trzeba było wesprzeć atak, albo podtrzymać obronę.

Trauma. Bo nie pomogliśmy tym cywilom

Kiedy było najtrudniej?

- Wtedy, kiedy musieliśmy się wycofać i zostawialiśmy cywili. Właśnie o nich chcę mówić, a nie o sobie. Bez tych dzielnych ludzi byśmy nie przetrwali Powstania.

Proszę opowiedzieć.

- Mieliśmy stałą placówkę liniową w Gimnazjum Zamoyskiego przy Smolnej, gdzie wracaliśmy z akcji odpocząć. Ulica była pod ostrzałem Niemców z Muzeum Narodowego. Stanowiska w oknach i bramie gimnazjum zabezpieczyliśmy belami map. Okoliczni mieszkańcy traktowali nas, jakbyśmy byli ich dziećmi. Dożywiali nas, poili herbatą, a jak nie mogliśmy zejść ze stanowisk, sami przynosili nam coś do picia. Martwili się, gdy ktoś z nas nie wrócił, bo poległ albo został ranny. Najbardziej utkwiła mi w pamięci rodzina - nie wiem, jak się nazywała - mieszkała na parterze domu w sąsiedztwie szkoły. Zajęła się mną po ciężkiej walce w Komendzie Policji przy Krakowskim Przedmieściu, w której zginął mój najserdeczniejszy przyjaciel Zdzisiek Mroczkowski "Wrona.

Kiedy to było?

- 23 sierpnia. W oficynie Komendy próbowałam ratować ciężko rannego chłopaka z innego oddziału. Widziałam, jak strzelił do Niemca i sam dostał od niego kulę koło serca. Z jego kolegą próbowaliśmy znieść go po schodach. Obok nas przeleciała seria ze schmeissera i spadliśmy z tych schodów. Przyszłam na Smolną cała we krwi tego rannego. Ta rodzina zaprosiła mnie do mieszkania, przygotowała kąpiel, dała herbatę i, co mnie najbardziej wzruszyło, przyniosła kwiaty, żebym je mogła położyć na grobie Zdziśka "Wrony pochowanego na Sienkiewicza.

Długo byliście na Smolnej?

- Kiedy padło Powiśle, musieliśmy się wycofać. W nocy z 6 na 7 września ewakuowaliśmy się na drugą stronę Nowego Światu, przez który było jeszcze wtedy przejście osłonięte barykadą. Sygnalizowaliśmy wcześniej mieszkańcom, że sytuacja jest beznadziejna. Kiedy oddział już stamtąd odchodził, pobiegłam i wołałam, żeby ci ludzie wyszli i się z nami wycofali. Zaglądałam do piwnic, ale były puste. Nie widziałam nikogo, może gdzieś się przemieścili? Nasz oddział był ostatnim przekraczającym Nowy Świat pod częściowo już zburzoną barykadą. Dla nas to była straszna trauma, bo nie pomogliśmy tym cywilom, którzy tak nam pomagali. Nie wiem, co się z tymi ludźmi stało.

Dokąd oddział się wycofał?

- Mój pluton dostał stanowisko w kamienicy na rogu Nowego Światu i Chmielnej. Jak się okazało, było to miejsce jednych z najcięższych walk Powstania w Śródmieściu. Przez całą noc budowaliśmy barykadę w poprzek Chmielnej. W oknach domu układaliśmy worki z piaskiem, żeby mieć stanowiska ogniowe. I wtedy od strony Smolnej usłyszeliśmy krzyki. Palił się tam szpital, rozpętało się piekło. Byliśmy w sytuacji najgorszej, jaka może spotkać żołnierza: zostawiliśmy przyjaciół i nie mogliśmy im pomóc. Nad ranem zapadła cisza. I znów stało się coś, czego nie potrafię zapomnieć. Przed kamienicę po przeciwnej stronie Nowego Światu wyszli dwaj mężczyźni. Wywiesili białą flagę na znak, że ulica się poddaje. Dowódca mojej drużyny plut. podch. Andrzej Bobrowski "Marek błagał ich, żeby tego nie robili, bo z tej kamienicy Niemcy mogą nas atakować, a my jeszcze budowaliśmy umocnienia. Mężczyźni flagi nie zdjęli i wrócili do domu. Wtedy wyszły stamtąd trzy kobiety. Jedna drugą podsadziła i ściągnęły flagę, a potem nas nią pozdrowiły. Mieliśmy łzy w oczach. Od tego momentu nikt z nas, kto mógł walczyć, nie schodził ze stanowiska.

Długo wytrzymaliście?

- Opuściliśmy ten odcinek 9 września, kiedy już wszystko się paliło. Niemcy atakowali nas tu falowo z Pierackiego [przedwojenna nazwa ul. Foksal]. Ich dowódca, jakiś idiota, wysyłał kolejne grupy wprost pod nasz ogień. Masakrowały ich zwłaszcza dwa ckm-y i "sidolki, czyli granaty zrobione z puszek po płynie do mycia okien Sidol. Przygotowywały je dziewczyny z sekcji minerskiej - największy skarb oddziału przydzielony przez "Montera. Były saperkami, a dwie z nich także pielęgniarkami. Potrafiły założyć minę, uzbroić butelkę z benzyną, łyżką wybrać trotyl z niewybuchów i zrobić granat. Były piękne i chłopcy się w nich kochali.

Tych ginących Niemców z Pierackiego przez jeden moment było mi nawet żal.

Ale strzelała pani do nich z "błyskawicy?

- Jak się ma pistolet maszynowy i strzela w gromadzie, to nie wiadomo, kto trafia. Widziałam, jak oni padali, ale czy od mojej kuli?

Kiedyś znalazłam się sam na sam z Niemcem. To było na Brackiej. On się wychylił z okna, ja stałam na ziemi. Oboje wycelowaliśmy w siebie broń. On nie strzelił i ja nie strzeliłam, bośmy sobie popatrzyli w oczy.

Znane są relacje, jak ludność cywilna przeklina powstańców i obwinia ich o rozpętanie piekła.

- Wiem, że to się zdarzało, ale ja się z tym nie zetknęłam. Od ludności cywilnej otrzymywałam zawsze pomoc. 8 września byłam ranna odłamkiem w łuk brwiowy. Zaczęło puchnąć, nie widziałam na jedno oko, na drugie prawie też nie. Zostałam wysłana z meldunkiem i prośbą o wsparcie do dowódcy. Szłam pod ostrzałem Chmielną, oszołomiona, dźwigałam broń - swoją "błyskawicę i dwa kb [karabiny] kontuzjowanych kolegów. Pić mi się strasznie chciało. Nie miałam siły, usiadłam w bramie. Wtedy z innej bramy wybiegły dwie kobiety z kubkiem wody, przeskoczyły ulicę, napoiły mnie, wzięły broń, i zaciągnęły do szpitalika przy Chmielnej 26. Pamiętam też nasze wyjście z Warszawy po kapitulacji Powstania. W Alejach Jerozolimskich stali ludzie i żegnali nas znakiem krzyża. Nie mieli do nas żalu, nie przeklinali. Trwali z nami do końca, mimo dwóch miesięcy strasznych cierpień. Dzięki temu pożegnaniu nie czuliśmy się upokorzeni przegraną.

Oddział Osłonowy WZW bez oporu złożył broń?

- 2 października por. Stefan Berent "Steb ogłosił, że jest kapitulacja i natychmiast zaczął się opór. Nie chcieliśmy się poddać. Chłopaki zaczęli kombinować przejście kanałami do Wilanowa. Dowódca ich opieprzył. Powiedział, że mamy iść do niewoli, a potem wracać do kraju i brać się za naukę i robotę. Ja przeszłam kilka obozów. Z Oberlangen wyzwolili mnie żołnierze generała Maczka. Wysłano mnie do Włoch do generała Andersa, a stamtąd do Szkoły Młodszych Ochotniczek w Nazarecie. Do Polski wróciłam wiosną 1947 r.

Moje ostatnie zadanie

Od tamtej pory walczy pani o pamięć osób pochowanych na Cmentarzu Powstańców Warszawy na Woli.

- I po 22 latach wolnej Polski nadal o tę pamięć nie mogę się dobić. Dostałam właśnie zaproszenie na uroczystości 67. rocznicy wybuchu Powstania i ciśnienie mi skoczyło. Czytam: "1 sierpnia, godzina 19., modlitwa ekumeniczna przy pomniku Polegli Niepokonani 1939-45. To samo napisali, co za komuny, zakłamując prawdę o cmentarzu. Przecież pomnik stoi na kurhanie usypanym z prochów ponad 50 tysięcy ludzi, którzy zginęli w 1944 r., a oni piszą takie rzeczy. Tu leżą cywilni mieszkańcy głównie z Woli, ale też z Czerniakowa, Burakowa, Żoliborza. Wszędzie tam byli bestialsko mordowani, a potem paleni. Są tu też prochy żołnierzy Powstania. W popiołach odkrytych z GISZ-u [Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych] w al. Szucha była opaska powstańca ze Zgrupowania "Jeleń. Popioły ze wszystkich tych miejsc przywieziono na Cmentarz Powstańców Warszawy w 1946 r. i wsypano do dołu 5 na 6 metrów. Są relacje z pogrzebu. Było wojsko, salwa honorowa, kobiety mdlały. Na kurhanie ustawiono krzyż. Usunięto go w 1973 r., kiedy stanął tu piękny pomnik dłuta Gustawa Zemły. Umieścił on na nim napis: "Polegli Niepokonani 1939-45. Dopiero w niepodległej Polsce dodał na tarczy znak Polski Walczącej i dodał napis: "Powstanie Warszawskie 1944, który z niewiadomych przyczyn znów zniknął.

Poza kurhanem na tym cmentarzu jest 177 zbiorowych mogił. Złożono w nich szczątki kolejnych 50 tysięcy osób, m.in. Pani brata Tadeusza. Poległ 16 września 1944 r. na Okrąg. Leżą tu też żołnierze z Pani oddziału.

- W 1947 r. nasz dowódca Stefan Berent wyznaczył plut. podch. Andrzeja Koryckiego "Sokoła do odnajdywania grobów kolegów i umieszczania na nich ich nazwisk. Ja miałam mu pomagać. Miejsca, w których ich pochowaliśmy w 1944 r., były już puste. Szukaliśmy przez PCK i rodziny poległych. Niektórych odnaleźli i pochowali krewni, po innych ślad zaginął. Na nasze pytanie, dokąd przeniesiono z Sienkiewicza 1 plut. podch. Zdzisława Mokryckiego "Wronę, pochowanego przez nas w mundurze oraz z bronią i dokumentami do identyfikacji, PCK odpowiedział, że nie wie i nie ma go na liście strat wojennych. Takich przypadków było dużo więcej. Udało się nam ustalić, że Zdzisiek leży bezimiennie na Cmentarzu Powstańców Warszawy. Grobu mojego brata szukałam 38 lat. Z PCK odsyłali mnie do urzędu Woli, tam zaś mówili, że takiej osoby nie ma w księgach cmentarnych. W 1987 r. nagle się znalazła, gdy udając kuzynkę z prowincji, podałam urzędniczce numer brata z pisma PCK, wskazała mi rząd i kwaterę.

Bałagan w papierach?

- To część szerszej polityki zamazywania charakteru tego cmentarza. Po wojnie na mogiłach stały krzyże, były tabliczki z nazwiskami. Powstał piękny projekt Romualda Gutta i Aliny Scholzówny. Nad kurhanem miało powstać mauzoleum, na grobach proste żołnierskie krzyże. Projektu nie zrealizowano, bo komunistycznym władzom powstańczy cmentarz nie był na rękę. Pod koniec lat 40. zaczęły się represje. Przy wejściu ulokowano posterunek MO. Milicjanci i ubecy w cywilu pilnowali odwiedzających to miejsce. Chodziło o to, żeby nikt nic nie zmieniał i nie dodawał napisów. Była taka sytuacja: matka kładla kamień z nazwiskiem na grobie syna, a milicja ten kamień usuwała, więc ona kładła ponownie i tak w kółko. Ludzie bali się też tam chodzić. W latach 50. cmentarz był zarośnięty i zaniedbany. Na początku lat 60. opiekę nad nim przejął ZBOWiD. Na jego zlecenie Tadeusz Wyrzykowski postawił nagrobki z Krzyżami Grunwaldu. Żeby wykuć na nich nazwisko zidentyfikowanej osoby, trzeba było mieć zgodę ZBOWiD-u. Nie weszliśmy do tej organizacji i nasze starania kończyły się na niczym. A wiemy, że jest tu pochowanych 12 osób z naszego oddziału.

W 1982 r. współtworzyła pani Społeczny Komitet ds. Cmentarza Powstańców Warszawy, który stara się o przebudowę tej nekropolii. Od przyszłego roku ZBOWiD-owskie nagrobki zastępowane będą nowymi - z krzyżami i znakami Polski Walczącej. Powstanie Ściana Pamięci z nazwiskami pochowanych, których do tej pory ustalono zaledwie 3,3 tys., lecz wciąż trwają poszukiwania kolejnych. W planach jest brama i uporządkowanie zieleni. Jest pani zadowolona?

- Teraz jest tylko projekt wymiany nagrobków, a projektuje je ten sam człowiek, który kiedyś postawił pomniki z Krzyżami Grunwaldu. Dla mnie najważniejsze jest zebranie jak największej liczby nazwisk pochowanych tu osób, zwłaszcza w kurhanie, i budowa Ściany Pamięci, gdzie będą umieszczone. Uważam, że na bramy cmentarza powinien być ogłoszony konkurs. Powinny zawierać symboliką sakralną, powstańczą i krzyże Virtuti Militari, a także napisy po polsku, angielsku, niemiecku i rosyjsku informujące co to za miejsce.

Ale na tym cmentarzu poza osobami, które zginęły w Powstaniu leżą szczątki żołnierzy z 1939 r. i Żydów z getta.

Przede wszystkim jednak ofiary Powstania, szczątki cywili i żołnierzy. I trzeba o tym wyraźnie poinformować, nadać temu miejscu odpowiednią oprawę cmentarza wojennego. Ludność cywilna, która tu leży, zachowała się w 1944 r. jak najdzielniejsi żołnierze. Kto, jak nie cywile gasił pożary, odkopywał zasypanych, karmił powstańców? Przywrócenie im nazwisk na Ścianie Pamięci to moje ostatnie zadanie do wykonania."

Share this post


Link to post
Share on other sites
http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,10025435,Lucka_ocalala_z_Powstania__Dzis_chyli_sie_ku_ruinie.html

Łucka ocalała z Powstania. Dziś chyli się ku ruinie

- Ze wszystkimi mieszkańcami naszej kamienicy Powstanie Warszawskie spędziłem w piwnicy. Tam sypiało się na siennikach po kilka osób na zmianę. Miałem wtedy dziewięć lat. Mój dziadek nie przeżył. Został spalony w sąsiednim budynku - opowiada nasz czytelnik Andrzej Iwański.

Mieszkał przy Łuckiej 8. Dziś to jeden z ostatnich ocalałych domów przy tej ulicy, który chyli się ku ruinie. Jarosław Zieliński, autor "Atlasu architektury Warszawy, ustalił, że to najstarsza zachowana kamienica w obecnych granicach Woli.

(...)

Pan Andrzej opowiada, że w przededniu wybuchu Powstania Warszawskiego uzbrojony w karabin z kija bawił się na podwórku z kolegami w wojnę. Kiedy zaczęły się prawdziwe walki, lokatorzy kamienicy przy Łuckiej 8 schronili się do piwnicy. Do mieszkań wychodzono w przerwach między ostrzałem, by się umyć, lub po potrzebne rzeczy. "Ja z moim rówieśnikiem, przeważnie wieczorem pod pretekstem pójścia po coś do mieszkania, wymykałem się z piwnicy i wchodziłem na strych pięciopiętrowej oficyny. Stamtąd obserwowałem, jak samoloty rzucają bomby na Warszawę. W naszym wieku uczucie strachu nie było znane - czytamy we wspomnieniach.

Na podwórku stała kapliczka, przed którą modlili się mieszkańcy. Czasem odprawiał tu mszę ksiądz z kościoła Wszystkich Świętych przy pl. Grzybowskim. Po wodę chodzono z wiadrami do sąsiedniego domu.

Andrzej Iwański przypomina sobie, że przez cały czas panował głód. Tylko dwa razy był najedzony. Raz, gdy żołnierze AK zdobyli magazyny Haberbuscha i Schielego przy Żelaznej. Na wieść o tym na miejsce pobiegli okoliczni mieszkańcy. Porządku pilnowało dwóch powstańców. Wydzielali prowiant cywilom. "Przynieśliśmy dwie litrowe butelki soku pomarańczowego, musztardę i wiadro ogórków kiszonych - wspomina. Po raz drugi najadł się pod koniec Powstania. Zasobnik ze zrzutu alianckiego spadł niedaleko, na podwórko przy Łuckiej 12. Każdy z mieszkańców otrzymał wtedy czekoladę i przetwory w blaszanych puszkach. "To był jedyny szczęśliwy dzień w czasie Powstania - zapamiętał nasz czytelnik.

Śmierć na podwórku

(...) Łucka 8 to epopeja mego dziecinnego życia, Tam strzelał do nas snajper z ukrycia: Ja ranny! Dziadek ranny! Wójcik zabity, Do piachu poszedł prześcieradłem tylko przykryty. Za nim dnia następnego dołączyła Wełpowa, Której noc cała zwisała z parapetu głowa, Aż do rana słychać było o ratunek wołanie. I martwa cisza, i powolne konanie.

- Pani Wełpowa to nasza sąsiadka. Był już wieczór. Nie słychać było blisko strzelaniny. W pewnym momencie padł strzał karabinowy. I zaraz potem rozległ się krzyk kobiety. To pani Wełpowa. Przez okienko piwniczne widzieliśmy, jak w bocznej oficynie na drugim piętrze jej ciało zwisło do połowy parapetu głową w dół. Twarz ociekała krwią. Była przytomna. Miała ranę głowy i tak uszkodzony kręgosłup, że nie mogła się poruszyć. Strasznie krzyczała. Próbował jej pomóc sąsiad, ale zaraz został ostrzelany. Nie można było nic zrobić. Leżała tak do rana, aż zmarła z upływu krwi. Zakopano ją zawiniętą w prześcieradło na podwórku pod szóstką - opowiada Adam Iwański.

Chwilę później pokazuje mi nogę z blizną. - Tu w kości mam kilka odłamków granatu. Jakoś z nimi żyję - mówi. I opowiada, że aby dotlenić się w chwilach wolnych od ostrzału, mieszkańcy kamienicy wychodzili z piwnicy na podwórko. - Z dziadkiem i kilkoma innymi mieszkańcami kamienicy usiedliśmy na wiązce słomy i wtedy nagle eksplodował granat rzucony z sąsiedniego podwórka. Mnie podmuch wrzucił do piwnicy. Zostałem ranny odłamkami w nogę. Dziadek doznał rozległych ran obu nóg. Nasz sąsiad, pan Wójcik, zginął na miejscu. Spoczął obok pani Wełpowej.

Gdy 2 października 1944 r. Powstanie Warszawskie upadło, na Łucką przyszli Niemcy. Kazali wynieść się mieszkańcom i popędzili ich do obozu w Pruszkowie. Rannym z całej ulicy nakazali zebrać się przy Łuckiej 6 i tam czekać. Andrzej Iwański z babcią na Łucką wrócił dopiero w 1945 r. - Nasz dom wciąż stał, ale na sąsiedniej posesji pod szóstką na podwórku nadal leżały resztki niespalonych szczątków ludzkich. Okazało się, że Niemcy wymordowali zebranych tam rannych. Ich zwłoki potem spalili na stosach - wspomina. Jak mówi, wkrótce Czerwony Krzyż dokonał ekshumacji.

- Resztki zwłok przeniesiono na róg Pańskiej i Żelaznej. Poszedłem tam z babcią, ale szczątków dziadka nie rozpoznaliśmy - mówi. I dodaje, że jego dziadek, który w 1920 r. uczestniczył w walkach z bolszewikami, ponoć jeszcze przed wojną żartował, mówiąc do żony: - Zobaczysz, ja nie będę miał grobu...."

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

Sign in to follow this  



×
×
  • Create New...

Important Information