Erih Napisano 25 Lipiec Napisano 25 Lipiec 21 godzin temu, Jedburgh_Ops napisał: W każdym razie dawało się i daje się nauczyć tego nieszczęsnego angielskiego szybko i naprawdę komunikatywnie. Oczywiście była za to cena w tamtych czasach, bo ci oficerowie przez te mniej więcej trzy kwartały nie zajmowali się niczym innym, jak nauką angielskiego, a w związku z tym ich normalne obowiązki szły w dużej mierze w odstawkę. Ale MONowi tak zależało, żeby nasi wreszcie byli komunikatywni z NATOwcami, że godzono się na to. Ci oficerowie mieli za sobą cztery lata nauki języka w szkole średniej i cztery na WSO. To oczywiście nie była jakaś super intensywna nauka, ale jakieś podstawy dawała. I dalej, jak sobie wyobrażasz wyłączenie na trzy kwartały jedynego chyba w PSZ generała znającego się na pancerce który w tym czasie zajmował się odtwarzaniem jakiegokolwiek nadającego się do użycia wojska po klęsce Francji i panicznej ewakuacji Dunkierki? I jeszcze taka sytuacja na temat "historii mówionej" czyli relacji ustnych z czasem spisanych. Dawno temu w moje ręce wpadły wspomnienia (jakiś niskonakładowy druk, w początkach latach dziewięćdziesiątych wychodziło tego od groma) naszego żołnierza, zapewne zwiadowcy którejś jednostki piechoty. Rzecz działa się na froncie włoskim. W książczynie była dokładna lokalizacja, po ćwierć wieku już nie pamiętam jaka. W każdym bądź razie "nasi" mieli zająć pasmo wzgórz dominujące nad szeroką doliną. I zajęli, przy minimalnym oporze Niemców. I wtedy nasz zwiadowca zobaczył, że "niecałą milę przed frontem Brytyjczyków" stoi sobie niemiecka bateria artylerii 150mm. Idealna sytuacja, żeby Niemców wziąć pod gąsienice. Dowódca naszego zwiadowcy połączył się z sąsiadami radiowo, naświetlił im sytuację i zaproponował szybki wypad. Brytyjczyk odmówił, stwierdzając że on dostał rozkaz zajęcia linii wzgórz, a to co się dzieje w dolinie to już nie jego biznes. Więc Niemcy dosyć spokojnie choć w pośpiechu się wycofali. Ku ciężkiej zgryzocie naszych zwiadowców, którzy wszystko widzieli. Wygląda na typowe polskie narzekactwo? No, tak. Poprosiłem kolegę który akurat pracował wtedy w Anglii, żeby poszukał jakichś monografii, wspomnień czy czegokolwiek o działaniach angielskiej jednostki w tamtych rejonach. Kolega znalazł bez problemu co najmniej dwie relacje z zajmowania tamtego pasa wzgórz, ale o niemieckiej baterii ani słowa. Ale inny kolega który w tym samym czasie pracował w Niemczech, równie jak ja zainteresowany sprawą, sprawdził w niemieckich papierach. I co? I bez większego trudu znalazł w/w baterię, znalazł opis jak to dzielni niemieccy artylerzyści widząc wrogie czołgi na wzgórzach zaprzodkowali działa i ile pary w nogach wiali, a przepraszam, wycofali się na z góry upatrzone pozycje. To jak, Polak z Niemcami uzgodnili wspólną wersję, czy może po prostu brytyjski dowódca wykazał się absolutnym brakiem inicjatywy? A fakt wykrycia baterii po prostu w swoich meldunkach pominął?
Jedburgh_Ops Napisano 28 Lipiec Napisano 28 Lipiec W dniu 25.07.2026 o 23:54, Erih napisał: Ci oficerowie mieli za sobą cztery lata nauki języka w szkole średniej i cztery na WSO. To oczywiście nie była jakaś super intensywna nauka, ale jakieś podstawy dawała. Spróbujmy zachować powagę, ponieważ nie bardzo wiesz, o czym piszesz. Pierwsza połowa lat 90. Jedna z największych baz WLiOP. Zamknięta impreza dla korpusu dyplomatycznego. Wystawa statyczna ze sprzętem latającym WLiOP i taka sama wystawa z całym uzbrojeniem WLiOP do tych samolotów, jakie są na ekspozycji. Stoi przy wystawie cały katalog szarż WLiOP – od podporuczników, poruczników i kapitanów (czyli tych, którzy wg Ciebie ponoć „już mówią po angielsku”) po generałów. Światowi attaché wojskowi oglądają wystawę, ale nikt im niczego nie opowiada o tym, co widzą. Szarże WLiOP stoją i przestępują z nogi na nogę, bo sytuacja robi się niezręczna. Podchodzi do mnie pułkownik WLiOP i mówi: „Panie, weź im pan zrób prelekcję o tej wystawie”. Do moich obowiązków to nie należy, ale robię prelekcję o samolotach, ich awionice, bombach, działkach, kpr-ach, npr-ach i podobnych zabawkach. Tych oficerów WLiOP, jacy byli na tej imprezie jeszcze nie wysłano na intensywny, mniej więcej trzykwartałowy kurs języka angielskiego. W dniu 25.07.2026 o 23:54, Erih napisał: I dalej, jak sobie wyobrażasz wyłączenie na trzy kwartały jedynego chyba w PSZ generała znającego się na pancerce który w tym czasie zajmował się odtwarzaniem jakiegokolwiek nadającego się do użycia wojska po klęsce Francji i panicznej ewakuacji Dunkierki? Uprzejma prośba, aby nie wkładać w Twoje posty kwestii nie z mojej klawiatury. Czy napisałem gdzieś, że polscy pułkownicy (a późniejsi generałowie) PSZ, którzy po klęsce Francji znaleźli się w Wielkiej Brytanii mieli nauczyć się angielskiego w trzy kwartały? Odpowiedź: Nie, nigdzie czegoś takiego nie napisałem. Płk S. Maczek miał dość czasu, żeby nauczyć się angielskiego, bo to nie on w latach 1940-1942 stał z lunetą na szkockim wybrzeżu i nie on wypatrywał niemieckiej floty inwazyjnej, tylko robili to jego żołnierze z oficerami młodszymi na czele. I oficerowie młodsi – jako ludzie bardzo odpowiedzialni – nauczyli się angielskiego. Ich pułkownik nie. A mógł, bo nie miał nic specjalnego do roboty. Był to dla Maczka i jego ludzi czas, gdy wiodło się (cytat z Maczka): Cytat …spokojne garnizonowanie… Od wylądowania w Wielkiej Brytanii aż do 25 lutego 1942 roku Maczek miał 17 miesięcy, czyli wystarczająco dużo czasu, aby angielskiego się nauczyć lepiej, niż oceniał to jego syn, gdy płk Maczek miał mowę „po angielsku” do mieszkańców Forfar. I syn skomentował: Cytat …daddy wygłosił ją very badly… I „very badly” pozostało już do końca wojny, bo inaczej kanadyjska 1. Armia nie bałaby się polskiej dywizji tak, jak inni alianci panicznie bali się francuskiej 2. DPanc. „Very badly” pozostało już na stałe według relacji kanadyjskich. Po 17 miesiącach zupełnie luzackiej, nieintensywnej nauki 2 razy w tygodniu po 3 godziny człowiek normalnie posługuje się czasami present continous, simple present, past continous, simple past, future tense, present perfect tense, past perfect, future perfect. I normalnie można się komunikować na wystarczającym nawet w wojsku poziomie. Tak ja się uczyłem tuż przed szkołą średnią, więc niech nikt nie wmawia, że niemający nic do roboty przez 17 miesięcy płk Maczek, gdy u jego ludzi ziewano z nudów na wybrzeżach od Firth of Forth do Arbroath nie mógł nauczyć się angielskiego na poziomie komunikatywnym z anglosaskimi aliantami. Oficerowie młodsi późniejszej 1. DPanc nauczyli się angielskiego wystarczająco porządnie, aby rozumieć instrukcje od czołgów, a na froncie dwa razy współpracować np. z dywizjami US Army i się z nimi oraz z ich batalionami czołgów i niszczycieli czołgów nie postrzelać. Przed takimi ludźmi czapki z głów, bo normalnie rozmawiali z Amerykanami, pracowali z nimi nad mapami i uzgadniali różne rzeczy. Bo to byli polscy oficerowie odpowiedzialni za swoje poczynania, czego o generalicji PSZ nie zawsze dałoby się stwierdzić. Wspomniany przeze mnie wstydliwy i pomijany w Polsce problem rzecz jasna nie dotyczy tylko gen. Maczka, ale całej generalicji PSZ. Zamiast w strumieniach alkoholu planować Powstanie Warszawskie raczej byłoby wskazane przynajmniej uczyć się angielskiego, skoro np. RAF, GPR i USAAF były typowane do urojeń o scenariuszu Powstania. Taka to była polska mentalność wtedy – dokładnie mentalność wcześniej wspomnianej przeze mnie ciotki mojej matki, do której to ciotki to USA miały za zadanie dostosować się, gdy szła do sklepu kupować po polsku kiełbasę, a nie ona do Stanów Zjednoczonych. Nie będę tu cytował prof. Lecha Wyszczelskiego na temat tego, jakie czystki sanacja robiła w wojsku, z kogo robiła oficerów i jacy oficerowie byli dla sanacji w cenie, a w konsekwencji tego jacy oficerowie finalnie byli 1 września 1939. I w PSZ znalazło to całe odzwierciedlenie. I na tym kończę w tym wątku agregat pianotwórczy poświęcony językowi angielskiemu w polskim wojsku w różnych czasach. Nie mam na takie agregaty czasu. Ty masz inne doświadczenia z językiem angielskim – ja mam inne, w tym w wojsku, i na tym musimy poprzestać. Bez dalszego bicia piany nad tym. Ty masz inny pogląd na odpowiedzialność ludzi wojska za swoje poczynania – ja mam zupełnie inny i tak też musi zostać. Również bez dalszego bicia piany nad tym.
Erih Napisano 28 Lipiec Napisano 28 Lipiec Jedburgh_Ops No to na koniec "agregata" jeszcze trzy sprawy: Generał Maczek został awansowany na generała 15 listopada 1939 roku. Sanatorzy w Anglii mało mieli do powiedzenia, mieli szczęście jak nie wylądowali na Wyspie Węży. Porucznicy i kapitanowie na pewno znali angielski (albo inny język zachodni) w stopniu podstawowym co najmniej, natomiast starym wojskowym (sięgającym czasów carskich) zwyczajem woleli się nie wychylać przed wyższe szarże które tego co się w szkole nauczyły zwyczajnie zapomniały. Tak to w wojsku działało, przynajmniej do czasu aż odwiesiłem mundur do szafy. Zwłaszcza tym typowo garnizonowym (no chyba że uchodziło się za wyjątkowego wariata, wrednego... typa z nożem w zębach i mordem w oczach. A, i przydawała się wspólnota zainteresowań z osobami z WSW. Wtedy można było sobie pozwalać.)
Jedburgh_Ops Napisano 3 Sierpień Napisano 3 Sierpień (edytowane) Coś z innej beczki - PW. Przykład tego, że jednak Polacy się zmieniają, przechodzą jakąś drogę ewolucyjną pod pewnymi względami i czasami można już mówić o historii polskiej wojskowości tak, jak ona wyglądała, a nie tak, jak przez 70-80 lat pragnęło się tutaj w propagandzie, że niby wyglądała. W roku 2002 dyskutowałem z publicystą historycznym dziennika Życie Warszawy o różnych sprawach. W pewnej chwili powiedział do mnie coś takiego: „Mam relację świadka, a może i współuczestnika tego, jak w Powstaniu Warszawskim nasi zebrali grupkę szkopów, obwiązali ich drutem, który jak raz się znalazł na miejscu, oblali ich benzyną i podpalili. No i co ja mam z tym zrobić? Publikować, nie publikować? Przecież mnie zlinczują i będą mnie w necie opluwać przez dekady". Nie opublikował. Dwa tygodnie temu ukazała się kolejna książka o PW. Tu jest o niej dyskusja. Okazuje się, że dziś jednak już można mówić o zabijaniu podczas PW zarówno jeńców niemieckich, jak i folksdojczy. Książka autorstwa dwóch historyków, a jednak olbrzymia część książki to historia, na którą nie ma i nigdy nie będzie dokumentów. A więc to historia, czy nie?; czy fanatyczno-ortodoksyjne „jeśli na coś nie ma dokumentu to znaczy, że to coś się nie wydarzyło”? Edytowane 3 Sierpień przez Jedburgh_Ops
Rekomendowane odpowiedzi
Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto
Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.
Zarejestruj nowe konto
Załóż nowe konto. To bardzo proste!
Zarejestruj sięZaloguj się
Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.
Zaloguj się