Jedburgh_Ops Napisano 19 godzin temu Napisano 19 godzin temu Bardzo uprzejma prośba, aby w tym wątku nie posługiwać się terminem „spadochroniarze”, bo jak pragnę zdrowia nie wytrzymam i poproszę Bociana, żeby mi zmienił nick z „Jedburgh Operations” na „Szanowny Pan Spadochroniarz”. Mam 100 × lepsze wyszkolenie spadochronowe niż te szkopskie ciecie ubrane po cywilnemu i lądujące w '39 na spadochronach w Polsce, a w życiu by mi nie strzeliło do głowy nazywać siebie „spadochroniarzem”. Wyszkolił moją grupę instruktor pilot i instruktor spadochronowy Edward Chodkiewicz – spadochroniarz pokazowy, postać kultowa i ikoniczna w polskim spadochroniarstwie. I bardzo uprzejma prośba, aby skorzystać z mądrości języka polskiego oraz z mądrości podlinkowanego powyżej IPN, który szkopów skaczących w '39 nad Polską nazywa skoczkami, albo skoczkami spadochronowymi, bo tak się w Polsce całkiem mądrze przyjęło. We wrześniu 1939 ani nie było w Polsce „desantów spadochronowych”, ani nie skakali żadni niemieccy „spadochroniarze”. Skakali ciecie ze służb, jak też widać powyżej. Bo to byli ciecie z punktu widzenia nauki, jaką jest spadochroniarstwo wojskowe. Każde główne państwo II wojny światowej miało takich cieciów po kilkugodzinnym „szkoleniu spadochronowym” i skaczących potem w cywilnych półbutach i to rozklapcianych, żeby nie były podejrzanie za dobre na terenie wroga. Spadochroniarz, w tym wojskowy, to ktoś, kto jest pod ochroną nauki zwanej aeronautyką w jej dziale zwanym spadochroniarstwem, a nie cieć piszczący z bólu po skoku w półbutach nawet gdyby był porucznikiem czy majorem jakiejś szkopskiej tajnej służby wywiadowczo-dywersyjnej. Ciecie skaczące nad Polską w '39 nawet nie mogliby założyć spadochroniarskich Springerstiefeli, bo zaraz by ich Polacy rozpoznawali po nie dość, że dziwnych to i nietypowo porządnych jak na tamte czasy butach. Więc uprzejma prośba, żeby posługiwać się terminem skoczek, a nie żaden niemiecki „spadochroniarz”. Wojskowy spadochroniarz to wyłącznie ktoś, dla kogo nauki techniczne zaprojektowały różne rzeczy, a medycyna lotnicza, w tym ortopedia, wniosła do tego swój inny wkład. Żaden z tych czynników nie dotyczy spadochronowych cieciów z Abwehry czy z SD, jak powyżej. Poza tym spadochroniarz wojskowy czasu II wojny światowej to nie cieć w półbutach po godzinnym „szkoleniu spadochronowym”, tylko ktoś wyszkolony przez co najmniej rok w skakaniu na teren płaski, na las, na wodę i na stok, gdzie kontuzjogenność jest najwyższa w spadochroniarstwie. To też ktoś, kto posługiwał się dwoma spadochronami, głównym i zapasowym, był do tego wyszkolony, miał odpowiedni nóż do ratowania się w przypadku komplikacji ze spadochronem itd.
miroslav Napisano 16 godzin temu Napisano 16 godzin temu Serdecznie Dziękuję za wiedzę która w zasadniczy sposób zmienia moje postrzeganie przełamania naszych linii obronnych w okolicy Masłów/Mąchocice . Jeśli posiadacie więcej tak podstawowych materiałów , bezpośrednich relacji uczestników walk po obu stronach chętnie się zapoznam :). Zdrowia i znośnych temperatur życzę .
Jedburgh_Ops Napisano 11 godzin temu Napisano 11 godzin temu Powyższe napisałem oczywiście piórem lekkim pół żartem - pół serio , niemniej podtrzymuję radę, aby szkopstwo skaczące u nas w '39 nazywać precyzyjnie skoczkami, nie spadochroniarzami, bo po prostu byłaby to obraza nauki. Już nie będę robił off-topicu, żeby pokazać, że strona aliancka też miała takich cieciów po godzinnym „kursie spadochronowym” i co tym ludziom dawano. A dawano np. wraki hełmów bez podpinek i ci ludzie ze szmat musieli sami sobie zrobić podpinkę; dawano broń zamówioną przez głupców wojskowych i szybko odrzuconą przez wojsko itp. Tak więc szkopskie ciecie w pantofelkach skaczące u nas w '39 nie odbiegały od ogólnego „standardu” drugowojennego.
Rekomendowane odpowiedzi
Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto
Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.
Zarejestruj nowe konto
Załóż nowe konto. To bardzo proste!
Zarejestruj sięZaloguj się
Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.
Zaloguj się