Jump to content

Archived

This topic is now archived and is closed to further replies.

grzeb

Sami swoi i obcy - prawdziwa historia repatriantów"

Recommended Posts

Historia przesiedleńców musi przetrwać

Sami swoi i obcy - prawdziwa historia repatriantów" to nowa akcja Gazety". Chcemy stworzyć rodzinny album przesiedleńców. Opowiedzieć, jak 65 lat temu startowali w nowe życie. - Warto poznać te dzieje, warto i trzeba kultywować pamięć o nich - mówi prof. Stanisław S. Nicieja.
Rozmowa z prof. Stanisławem S. Nicieją

Beata Łabutin: Z racji swoich zamiłowań i pracy styka się pan bardzo często z przesiedleńcami z Kresów. Wciąż żyje w nich tamto wspomnienie - wielkiej, trudnej, przymusowej podróży w nieznane?

Prof. Stanisław S. Nicieja, historyk, miłośnik i znawca Kresów Wschodnich: Żyje i budzi nostalgię wśród przedstawicieli coraz młodszych pokoleń. Wiele jest tych wspomnień, bo też i przesiedlenia były zjawiskiem na niespotykaną skalę. Dość powiedzieć, że Polska w wyniku przesunięcia granic na zachód straciła na wschodzie ponad 200 miast. To niezliczona liczba willi, pałaców, latyfundiów, domostw odciętych przez nową wschodnią granicę.

To ogromna rzesza ludzi, która rozpoczęła exodus...

- W wyniku tej operacji Polska straciła połowę terytorium - dokładnie 177 tys. km kw. z 388 tys. km kw. jakie posiadała. Jako rekompensatę otrzymała 100 tys. km kw. terenów niemieckiej III Rzeszy. Powstał więc nowy twór geograficzny.

Poszły za tym przemieszczenia ludności tak wielkie, jakich nie doświadczyło żadne inne zwycięskie w II wojnie państwo. Ludzie zostawiali swoje domy, swoje ziemie na wschodzie i zajmowali domostwa poniemieckie na zachodzie. W różnych okolicznościach się to działo.

Przesiedleńcy i ich potomkowie chętnie przychodzą na spotkania z panem jako znawcą Kresów. O czym chcą rozmawiać? Czy mówią o szczegółach dotyczących ich miejsca na nowej ziemi, ich traumie związanej z przesiedleniem, o wypadkach tamtych dni, czy też wolą podróż sentymentalną do ogrodów dzieciństwa?

- Raczej to drugie. Chcą mówić o drogich im miejscach, a przede wszystkim chcą wiedzieć, jak tam jest teraz, co ocalało z ich wspomnień.

Czy widzą się wciąż jako pionierzy na ziemiach, na które przybyli 65 lat temu? Mówią o tym?

- Często. Podkreślają na przykład, że jako pierwsi zaczynali tu czy tam jakąś działalność, że w opuszczonej miejscowości otwierali piekarnię czy sklep. Te wydarzenia w nich żyją, ta pionierskość w wielu z nich siedzi, ale najbardziej wyrazista jest jednak nostalgia za dawnymi, opuszczonymi Kresami, za krainą młodości.

To, że musieli te miejsca opuścić, miał im przynajmniej w drobnej części zrekompensować fakt, że trzymali się razem.

- Tu wyraźna jest pewna prawidłowość. Generalnie było tak, że podczas wysiedleń ludzie starali się trzymać razem, więc to, co widzieliśmy w komedii Sylwestra Chęcińskiego Sami swoi" wcale nie jest pozbawione sensu; wiele jest prawdy w wątku trzymających się siebie za wszelką cenę skłóconych Kargula i Pawlaka.

Mamy praktycznie całe kresowe miasta przeszczepione w swojej podstawowej tkance. Inteligencki Lwów siedzi we Wrocławiu i Gliwicach, robotniczy w Bytomiu. Opole to z kolei Stanisławów - jest tu około 3 tys. mieszkańców tego miasta. Dawni nafciarze, wiertacze, inżynierowie pracujący w Drohobyczu i Borysławiu osiedli w Wałbrzychu, zamieniając zagłębie naftowe na zagłębie węglowe.

Cukrownicy z Chodorowa - miasta cukrowni - wylądowali w Raciborzu, Lewinie Brzeskim czy Otmuchowie, bo tam były cukrownie. Cale klany rodowe szły za swoimi zawodami.

Kto kontaktuje się z panem, przychodzi na spotkania autorskie? Ludzi, którzy zostali przesiedleni jako dorośli, jest, niestety, coraz mniej...

- Wciąż jeszcze odzywają się osoby wiekowe, które trawi nostalgia. Druga grupa to 40-, 50-latkowie, którzy pod wpływem swoich dziadków, babek zaczynają pytać o przeszłość, a którzy sami są już w tym wieku, że odczuwają potrzebę powrotu do swoich korzeni. Trzeba dać im wiedzę, której się domagają, a można to zrobić między innymi, gromadząc świadectwa tamtych czasów. I te wielkie, dotyczące całych społeczności, i te mniejsze - przeżyte przez rodziny, przez pojedynczych bohaterów.

Wielu osobom autentycznie zależy na tej prawdzie, doświadczam tego w swojej pracy. Wciąż pytają, doradzają, prostują, kiedy błądzę. Widać, że zależy im na wspomnieniach i przede wszystkim właśnie na prawdzie.

Czy pana rozmówcy opowiadają o drodze, jaką przebyli?

- Tak. I bardzo różne są te relacje Jedni podkreślają, że spotkało ich wielkie szczęście, że uciekli ze wschodu, bo na przykład Ukraińcy tak im dopiekli, że ledwo uszli z życiem. Ale są też tacy - bardzo wielu, którzy czuli się rzeczywiście wygnani. Którzy mieli piękną willę w Truskawcu czy kamienicę w Tremboli, a które raz na zawsze stracili, a z nimi część swojej tożsamości i historii.

Nie da się tych wszystkich opowieści włożyć do jednego worka - traumy, płaczu, nieszczęścia czy też romantycznych pionierskich przygód. Bo bardzo różne są poszczególne historie i rzeczywiście wiele z nich nie jest w żaden sposób udokumentowanych.

Dlatego ważne są takie akcje jak Gazety" - bo każdy list, każda stara fotografia, każda opowieść wydobyta z zakamarków umysłów osób, które niedługo już odejdą razem ze swoimi wspomnieniami jest nie do przecenienia. Wiem, że wciąż jest zapotrzebowanie na informacje o Kresach, na książki, opowieści o czasie przesiedleń, o miejscach skąd i dokąd odbył się wielki exodus. Zbierajmy więc te okruchy, póki jest czas.

http://wyborcza.pl/swoiobcy/0,0.html

Share this post


Link to post
Share on other sites
Rzeźnik na Dzikim Zachodzie

Gdy powiedzieli, że chcą kupić krowę, Ruscy zapytali tylko: - A samogon u was jest'?

Bolesławiec, wrzesień 1945 r. Andrzej Czupkiewicz jest masarzem i tu, gdzie rzucił go los, też chce nim być.

W Drohobyczu miał swój prywatny zakład i własny sklep przy rafineriach, w którym jego wyroby sprzedawała żona Bronisława. Pracowali ciężko, ale powodziło im się nieźle. A i dzieci - 17-letnia Pelagia, 16-letni Adam i o rok młodsza Wiktoria - pomagały coraz bardziej. Tylko 7-letni Wacek zajmował się jeszcze wyłącznie zabawą.

Gdy wybuchła wojna, dookoła zmieniło się wiele, ale u Czupkiewiczów - nie. Gdy do miasta wkroczyli Ruscy, przyszli do Andrzeja po bimber. Miał samogon, to im polał, a jak poszli, nadal produkował wędliny.

Gdy przyszli Niemcy, w mieście powstało getto i pewnego dnia syn Andrzeja Adam przyniósł z miasta informację, że ktoś na ulicy zabił "profesora od rysunków. Całe miasto o tym mówiło, bo był znany i szanowany. Czupkiewiczowie nawet nie wiedzieli, że był Żydem - dla nich to był po prostu profesor Schulz, ten "od rysunków.

Potem było coraz biedniej, ale Andrzej nadal produkował i jakoś żyli. Ich świat runął dopiero, gdy znów przyszli Ruscy. Dowiedzieli się wtedy, że muszą zostawić dom, zakład, sklep i wyjechać.

W Bolesławcu są od tygodnia. Zajęli piętrowy dom na Gdańskiej. Na parterze jest pomieszczenie na sklep, a obok mniejszy budynek na warsztat. Na razie mieszka w nim młoda Niemka, ale ma wyjechać.

Andrzej chce znów produkować kiełbasy, lecz nie ma z czego.

Prawo pięści

Niemka powiedziała Czupkiewiczowi, że niedaleko od miasta jest majątek, w którym przed wojną hodowano bydło i trzodę. Z Drohobycza Andrzej przemycił w słoiku trochę dolarów i srebrnych złotówek na czarną godzinę. Chyba właśnie nadeszła.

Ale boi się wyprawy. Jest niebezpiecznie. Latem zginął pierwszy burmistrz miasta Bolesław Kubik i jego pięciu współpracowników. Próbowali zebrać z pól nieskoszone zboża, żeby wypędzeni Polacy mieli co jeść. Do pracy chciał wykorzystać pierwszych osadników, ale ograbiła ich jakaś banda. Kresowiacy bali się kolejnych napadów, więc uciekli. Kubik ze współpracownikami sami chwycili za kosy. Podczas pracy zabrakło im sznura do wiązania snopków. Próbowali go szukać w pobliskim folwarku i tam, w jednym z jego pomieszczeń, wybuchła mina. W Bolesławcu mówią, że zamachu dokonał niemiecki Werwolf, ale nie wszyscy w to wierzą. Krąży też wersja, że to Sowieci, którzy chcieli przejąć kontrolę nad zbożem.

Rządzą w mieście. Niemka opowiadała, co wyrabiali, gdy wkroczyli. Po 20 krasnoarmiejców rzucało się na jedną kobietę. Teraz też nie patyczkują się z nimi. Używają do najgorszych prac. Adam, syn Andrzeja, widział, jak na polowaniu pod Bolesławcem wykorzystali Niemców jako nagonkę. Pijani ustawili na skraju polany karabin maszynowy i pruli z niego do wybiegających z gęstwiny dzików, saren i jeleni. Gdy z lasu wyłoniła się kilkunastoosobowa tyraliera naganiaczy, nie przestali strzelać.

Niedawno pijany sołdat zastrzelił Polaka. Nie wiadomo dlaczego. Milicja go zamknęła, ale przyjechał samochód z komendantury Armii Czerwonej i kazał go wydać. Musieli, bo nie podlegał polskiemu prawu.

Ruscy robią, co chcą.

Tak samo szabrownicy. Najpierw przyjeżdżają w dzień i ostentacyjnie penetrują niezamieszkane domy. Sprawdzają, czy zostało w nich coś cennego. Mają broń, milicjantów ignorują. W Bolesławcu jest zresztą tylko komendant milicji i kilku funkcjonariuszy. Z biało-czerwonymi opaskami na rękawach patrolują miasto tylko w dzień i wyłącznie tam, gdzie jest bezpiecznie.

Szabrownicy wracają w nocy, ciężarówkami, ogałacają spenetrowane wcześniej domy. Czupkiewiczowie widzieli ich wielokrotnie. Milicjanci też.

Do majątku, gdzie mogą być zwierzęta na ubój, jest kilkanaście kilometrów. Andrzej boi się samemu tam jechać. Od kilku dni namawia sąsiadów, ale oni też się boją.

W końcu dwóch się zgadza. A nuż się uda i zdobędą mięso.

Wyprawa

O świcie Czupkiewicz chowa za pazuchę przemycone z Drohobycza pieniądze, do torby wkłada kilka flaszek bimbru. Wsiadają na rowery i wyjeżdżają z miasta.

Gdy mija kilka godzin, a Andrzeja nie ma, Bronisława zaczyna się niepokoić. Co chwila wychodzi przed dom i wypatruje męża.

Gdy mija południe, a na Gdańskiej wciąż nikogo nie widać, Czupkiewiczowa zaczyna żałować, że pozwoliła mu jechać.

Po kolejnej godzinie jest bliska rozpaczy - Andrzeja wciąż nie ma, a na ulicy czekają na swoich już także sąsiedzi.

Przed piętnastą w oddali kogoś widać.

- To oni? Nie, chyba nie... to większa gromadka od tej, która rano wyruszyła po mięso. Dopiero gdy są bliżej, Bronisława jest pewna: wrócił mąż z sąsiadami.

Idą wolno, bo oprócz rowerów prowadzą krowę i dwie świnie.

Gdy Andrzej jest już na miejscu, opowiada, jak je zdobyli. W majątku, do którego dotarli, wciąż pracują Niemcy, ale rządzą Rosjanie. Zwierząt jest w bród. Gdy czerwonoarmiści usłyszeli, po co przyjechali, zapytali tylko o jedno: - A samogon u was jest'?

- Jest - odparł Andrzej i wyjął z torby flaszki z bimbrem.

Po chwili wracali, pędząc przed sobą zwierzęta.

Następnego dnia Czupkiewicz ubije je i najprymitywniejszą metodą zrobi pierwsze kiełbasy. Warsztat na Gdańskiej zainauguruje działalność.

Sklep

- No, ty choroszyj miasnik - uśmiechnięty pułkownik Armii Czerwonej poklepuje po plecach Czupkiewicza, a jego żołnierze wyciągają z ciężarówki olbrzymiego buhaja. Waży ponad tonę. Żeby utrzymać zwierzę, trzeba je związać. Gdy stoi już przed warsztatem Andrzeja, jeden z żołnierzy strzela mu między rogi. Andrzej może zabrać się do roboty.

Od dwóch miesięcy co dwa-trzy dni pod jego zakład podjeżdża wojskowa ciężarówka. Krasnoarmiejcy przywożą świnie, krowy, drób i dziczyznę. Zakład pracuje na pełnych obrotach. Pomagają żona, córki i syn Adam. Ruscy zachwycili się szynkami, kiełbasami, salcesonem i kaszanką. Potrzebują ich mnóstwo, mają całe koszary do wykarmienia.

- Andriej, czto tiebia nużno? - zapytali podczas którejś wizyty.

- Kuter by się przydał - powiedział i za dwa dni miał kuter - wielką michę do mechanicznego mieszania mięsa.

Potem stawiał im bimber, a oni kombinowali kolejne maszyny. Tak skompletował cały sprzęt. I to taki, o jakim w Drohobyczu mógł tylko pomarzyć. Teraz przy każdej wizycie Sowieci wywożą z warsztatu Andrzeja Czupkiewicza nawet 300 kg wyrobów. 20 procent mięsa zabiera dla siebie. Starcza dla rodziny i nie tylko.

Po trzech miesiącach Czupkiewiczowie otwierają sklep na parterze domu. Za ladą staje Bronisława.

Znów jest jak w Drohobyczu.

PS
Andrzej Czupkiewicz jako właściciel prowadził zakład masarski tylko trzy lata. Potem urząd skarbowy zaczął naliczać mu wysokie podatki uznaniowe, tzw. domiary, i produkcja na własny rachunek stała się nieopłacalna. W 1948 r. musiał wstąpić do Państwowej Spółdzielni Spożywczej - wniósł do niej zakład i sklep. Z opisanego pokolenia rodziny Czupkiewiczów żyje tylko Adam."

http://wyborcza.pl/swoiobcy/1,110847,8814365,Rzeznik_na_Dzikim_Zachodzie.html

Share this post


Link to post
Share on other sites
Siedem cudów Marysi

We Wrocławiu pierwszy raz w życiu zobaczyła brzoskwinie. Bardzo jej smakowały.

Uściług nad Bugiem, jesień 1943. W oddali widać most graniczny, za nim już Generalna Gubernia. Ale po obu stronach przeprawy pilnują uzbrojone niemieckie patrole. Jak przejść na drugą stronę?

Rodzina Waćkowskich niedawno uciekła z Przebraża, leśnej osady, gdzie zorganizowała się polska samoobrona. Przebraże jako jedyne na całym Wołyniu odpiera jeszcze ataki ukraińskich nacjonalistów. Schroniło się tu kilkanaście tysięcy ludzi. Warunki tragiczne, ataki Ukraińców coraz zacieklejsze. Franciszek Waćkowski i jego żona Stefania bali się, że osada padnie. Dlatego zdecydowali się przedostać do GG - do Koźmic pod Wieliczką, gdzie mieszka ich rodzina.

Już wymyślili, jak przedostaną się na drugą stronę Bugu. On przeprawi się wpław, ona z miodem i smalcem pójdzie przez most "na bezczelnego. Ale jak ma przejść Marysia, 11-letnia córka?

Mają pomysł, ale ryzykowny. W Uściługu mieszka Ukrainiec - właściciel łąk po obu stronach rzeki. Dowiedzieli się, że będzie przewozić na drugi brzeg skoszone siano. Ma przepustkę. Plan jest taki: zawiną Marysię w gruby dywan, położą na furmance i przykryją sianem. Tak przejedzie na drugą stronę. Ukrainiec za przysługę dostanie dywan. Stefania i Franciszek się jednak boją: a jak Ukrainiec wyda? Niemcy zastrzelą całą rodzinę, a on i tak weźmie sobie ten dywan.

Ale nie ma wyjścia. Dotąd ze wszystkich opresji wychodzili obronną ręką...

Cud w Iwaniczach i cud w ziemiance

Pierwszy cud zdarzył się we wrześniu 1939 r. w Iwaniczach - wiosce niedaleko Horodła, w której mieszkali. Oprócz Polaków żyli tam Ukraińcy, Czesi i Żydzi. Franciszek i Stefania uczyli w miejscowej szkole. Gdy weszli Sowieci, Ukraińcy z wioski pomagali im robić listy przeznaczonych do wywózki na Sybir. Franciszek, przedwojenny oficer rezerwy, uczestnik wojny w 1920 r., znalazł się na niej z całą rodziną.

Waćkowskich uratowały lewicowe poglądy. W Iwaniczach byli znani jako zapaleni społecznicy. Franciszek oprócz tego, że uczył w szkole, prowadził w cerkwi chór dziecięcy. Stefania pomagała nadganiać zaległości w nauce żydowskim dzieciom, które w sobotę nie przychodziły do szkoły. Douczała za darmo w niedzielę.

Ludzie to docenili i wybłagali komisarza, by wykreślił ich z listy. Waćkowskich na Sybir nie wysłano, ale Iwanicze musieli opuścić - dostali nakaz osiedlenia się nie bliżej niż 100 km od granicy. Wyjechali do Hołodnicy nad Styrem, gdzie Franciszek dostał pracę w szkole. Prawie dwa lata później niedaleko tej osady zdarzył się drugi cud.

Atak Niemiec na Związek Radziecki zastał Waćkowskich w małej wiosce. Walka trwała tam kilka dni. Wieś przechodziła z rąk do rąk. Waćkowscy próbowali schronić się w ziemiance wykopanej na terenie jakiegoś gospodarstwa, ale w środku był już ścisk. Żydowskie kobiety i dzieci siedziały w kucki. Poprosili, żeby wpuścić chociaż Marysię. Wpuścili. Stefania i Franciszek ukryli się pod stogiem słomy.

Gdy Niemcy w końcu wyparli czerwonoarmistów, znaleźli ziemiankę. Zdesperowane Żydówki zatkały otwór wejściowy do schronu workiem z butami. Gdy Niemcy próbowali go wyrwać, przestraszone kobiety trzymały z drugiej strony. Żołnierze wygrali w tej szarpaninie, a gdy zobaczyli, kto jest w środku, wsadzili w otwór ziemianki lufy automatów i pruli seriami do wnętrza. Potem zawalili wejście ziemią i poszli.

Stefania i Franciszek dopiero w nocy wyczołgali się spod siana i poszli do ziemianki. Rękami zrobili przekop i dostali się do wnętrza. Marysia leżała między trupami, nawet niedraśnięta.

Otoczone Kołki, lato 1943

Kolejny cud zdarzył się w Kołkach, w powiecie łuckim, gdzie Franciszek dorabiał jako kościelny organista. Pewnego dnia niemiecki oficer powiedział Stefanii, że za trzy dni garnizon opuści miasteczko, bo oddziały OUN-UPA mają je zablokować.

- Jeśli nie uciekniemy, koniec z nami - pomyślał Franciszek. Lasy wokół Kołek pełne były oddziałów ukraińskich nacjonalistów, które puszczały z dymem polskie wsie.

Waćkowscy widzieli w nocy łuny pożarów, rano pod kościół zajeżdżały furmanki z porąbanymi zwłokami Polaków. Leżeli w skrzyniach - osobno ręce, nogi, głowy, nosy, języki, genitalia, okaleczone korpusy. Chowano ich we wspólnych mogiłach.

Franciszek wiedział, że Polacy, którzy są w Kołkach, żyją jeszcze tylko dlatego, że w mieście stacjonuje niemiecki garnizon. Gdy wyjedzie, czeka ich ten sam los. Dzięki informacji oficera mieli trzy dni, by się uratować. Uradzili, że trzeba uciekać do Przebraża. Ale jak, skoro dookoła miasta stacjonują bandy.

Znalazł się śmiałek, który zdecydował się zaryzykować wyprawę do Przebraża. Rano wsiadł na konia i ruszył w las. I to, że dotarł, to był czwarty cud. W nocy przyjechali uzbrojeni ludzie z Przebraża i mnóstwo furmanek. Polacy, osłaniani przez niemieckich żołnierzy, zapakowali na nie, co tylko mogli, i truchtem, obok wozów, uciekli.

Cudowne wyzdrowienie pod tablicą

Przebraże jest osadą otoczoną zasiekami, okopaną i patrolowaną przez polskich wartowników. Mnóstwo uciekinierów, niewielu ma dach nad głową. Waćkowscy nocowali pod gołym niebem i wtedy właśnie Marysia zachorowała. Wysoka gorączka. Kaszel. Odwodnienie. Rodzice przykrywali córkę, czym mogli, ale jej stan z każdym dniem się pogarszał. Ale zdarzył się kolejny cud - ktoś dał Waćkowskim szkolną tablicę. Taką obrotową - po zapisaniu z jednej strony można było ją obrócić i pisać na drugiej. Ale można było ustawić ją ukośnie i tak właśnie zrobili Waćkowscy. Przystawili ją do ściany jednego z budynków, boki osłonili kocami. Pod takim zadaszeniem położyli córkę. Deszcz już na nią nie padał. I pod tą tablicą wyzdrowiała.

Czy na moście zdarzy się kolejny cud?

Uściług nad Bugiem - dwa ostatnie cuda

Franciszek spróbuje pierwszy. Pożegnał żonę i córkę, idzie za miasto, gdzie bród na rzece. Stefania jest roztrzęsiona. Każe Marysi położyć się płasko na dnie furmanki i drżącymi rękami przykrywa ją dywanem. Ukrainiec widłami nakłada siano. Marysi jest niewygodnie, ale oddycha.

Zanim wóz z sianem, dywanem i Marysią ruszy przez most, na drugą stronę próbuje przejść Anna. Już dawno obmyśliła, jak to zrobi.

Dziarskim krokiem podchodzi do pierwszego Niemca i podaje mu butelkę. - Bitte! - mówi głośno. Wartownik jest wyraźnie zaskoczony, ale bierze flaszkę. Przygląda się jej i zanim cokolwiek zdąży powiedzieć, Stefania jest już przy następnym żołnierzu.

- Bitte! - mówi, wręczając mu butelkę smalcu. Kolejnemu daje miód. Idzie i jak Święty Mikołaj rozdaje prezenty. Wartownicy są zdziwieni, ale biorą butelki. Ci na końcu mostu też.

Po chwili kobieta jest po drugiej stronie. Franciszek też - udało mu się przeprawić. Na most wjeżdża teraz wóz z sianem i Marysią. Furmanka zatrzymuje się, Ukraiński woźnica odkłada bat, wyciąga z kieszeni przepustkę i podaje wartownikowi. Dwóch innych podchodzi do wozu z boku. Gdy ściągają z ramion karabiny z bagnetami, Stefania ma ściśnięte gardło.

Marysia leży nieruchomo pod dywanem. Domyśla się, co się dzieje. Wstrzymuje oddech. Nagle czuje na ciele uderzenia - nie są mocne. Jakby kuksańce. Ostrza bagnetów nie przebiją dywanu. Po chwili czuje, jak wóz znów rusza.

Wrocław, lato 1945 r.

Na ulicy kłębi się tłum. Ludzie stoją w ścisku na chodniku, wychylają się za krawężnik. - Zaraz ma nadjechać - słychać w tłumie.

Marysia też jest ciekawa, jak będzie wyglądał pierwszy tramwaj w mieście.

Waćkowscy w czerwcu, miesiąc po upadku Festung Breslau, przyjechali z Koźmic. Mieszkają u ciotki Eugenii, siostry Stefanii, na Klosterstrasse (dziś Traugutta). Ciotka ma jeszcze ogródek w dzielnicy Bischofswelde (dziś Biskupin). Marysia pierwszy raz w życiu zobaczyła tam brzoskwinie. Bardzo jej smakowały.

Najbardziej jest zdziwiona tym, że w mieszkaniu ciotki Eugenii jeden pokój zajmuje Niemka. Czeka na wyjazd. Marysia o Niemcach nie ma dobrego zdania, ale ta jest uprzejma i miła. Życie z nią pod jednym dachem wygląda jednak dziwnie.

Ciotka wyciąga na przykład z szafy adamaszkowy obrus należący do Niemki i podaje na nim obiad. A potem ten sam obrus bierze Niemka i też na nim biesiaduje. Ciotka używa jej talerzy, sztućców, a nawet pościeli i ręczników.

Jak może brać cudze rzeczy?!

Kilka dni temu Marysia pierwszy raz w życiu była z ciotką w teatrze. Na scenie Teatru Liebicha przy Gartnerstrasse koncert dała sopranistka Barbara Kostrzewska. Przedwojenna gwiazda warszawskich scen wystąpiła w błękitnej sukni ze srebrną szarfą. Jej arie publiczność przyjęła owacyjnie. Oszołomiona Marysia też klaskała i klaskała. A teraz czeka ją następne przeżycie - zobaczy pierwszy w mieście tramwaj.

Powoli się zbliża. Cały udekorowany polskimi flagami. Motorniczy ma rogatywkę, a pasażerowie wiszą u drzwi zatłoczonych wagonów jak winogrona. Gdy przejeżdża obok tłumu, słychać pomruk zadowolenia. Marysia też się cieszy.

W tym mieście jej się po prostu podoba.

PS
Maria Berny, z domu Waćkowska, po wojnie skończyła pedagogikę na Uniwersytecie Wrocławskim. Została działaczką kulturalną - organizowała festiwale chopinowskie i moniuszkowskie oraz wrocławskie święto kwiatów. Była dyrektorką Biura Wystaw Artystycznych i Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki. Po 1989 r. senator SLD dwóch kadencji. Nadal mieszka we Wrocławiu."

http://wyborcza.pl/swoiobcy/1,110847,8814420,Siedem_cudow_Marysi.html

Share this post


Link to post
Share on other sites
Gdzie tu jest Politechnika?

Po miesiącu poszukiwań we Wrocławiu Aleksander znajduje dwa i pół pokoju z kuchnią. Starsze niemieckie małżeństwo, które zajmowało mieszkanie, dostaje godzinę na zabranie rzeczy i wyjście.

Lwów, maj 1944. 23-letni Wacław Szybalski pakuje do plecaka najpotrzebniejsze rzeczy: odzież, przybory toaletowe, książki i dyplom ukończenia wydziału chemicznego Technische Fachkurse Lemberg, jak Niemcy nazwali Politechnikę Lwowską. Hania Stojanowska, wierna od lat gosposia Szybalskich, przygotowała mu prowiant. Wacław wie, że musi uciekać z miasta. Front jest coraz bliżej, Niemcy niedługo uciekną i Lwowem znów będą rządzić Sowieci. Wszyscy zdają sobie sprawę, czym to grozi.

Gdy prawie pięć lat temu pierwszy raz zajęli miasto, więzienia się zapełniły. W roku 1941, gdy uciekli przed Niemcami, zostawili po sobie tragiczną spuściznę - 6 tys. zamordowanych lwowian. W więzieniach na Łąckiego, na Zamarstynowie i w Brygidkach leżały warstwami rozkładające się zwłoki. Wacław widział to na własne oczy. Frankowi Schramowi, koledze ze studiów, między trupami pomagał znaleźć ciało ojca. Ciężko to przeżył. Boi się, że teraz wszystko się powtórzy.

Szybalscy są rodziną, którą na pewno dotkną represje - to szlachta o niepodległościowych tradycjach. Wśród przodków mają powstańców i polityków, klasyczni reprezentanci "pańskiej Polski. W ich domu przy ul. św. Marka mówi się wieloma językami, do stołu podaje służba, dzieci wychowują niemieckie albo francuskie bony. Są też "posiadaczami - przed wojną należały do nich cztery duże kamienice.

Przede wszystkim to jednak lwowska elita intelektualna. Stefan, ojciec Wacława, jest inżynierem po studiach mechanicznych w Warszawie i elektrotechnicznych w Tuluzie. Przed rokiem 1939 był dyrektorem fabryki zbrojeniowej Arma, wiceprezesem automobilklubu i współwłaścicielem montowni amerykańskich samochodów. Jego żona Michalina skończyła chemię i jest krystalografem. U Szybalskich bywają najwybitniejsi literaci, artyści i profesorowie sławnych lwowskich uczelni.

Lwowska elita karmi wszy

Już raz Szybalskich dotknęły represje. Gdy latach 1939-41 Sowieci pierwszy raz okupowali miasto, najpierw odebrano im kamienice, później wydano karne paszporty z "paragrafem 11 nakazujące osiedlenie się w głębi Związku Radzieckiego. Uratował ich przyjaciel rodziny profesor Rudolf Weigl - słynny biolog, twórca pierwszej szczepionki przeciw tyfusowi. Rosjanom bardzo na niej zależało, dlatego profesora i jego instytut traktowali w specjalnie. A że we Lwowie mało kto znał rosyjski, Stefan Szybalski został osobistym tłumaczem Weigla. Objął też funkcję szefa transportu w instytucie. Kiedy po kilku miesiącach Sowieci obstawili kierownictwo placówki swoimi ludźmi i Szybalski stracił oba stanowiska, prof. Weigel zrobił z niego karmiciela wszy.

Stefan karmił je w 1941 roku, gdy miasto zajęli Niemcy. Co więcej, wystarał się, by w instytucie zatrudniono także jego obu synów. 20-letni Wacław, student chemii, został kierownikiem grupy hodowlanej oraz tak jak ojciec karmicielem wszy. A jego o sześć lat młodszego brata Stanisława zatrudniono jako preparatora tych pasożytów.

Praca w instytucie była niewdzięczna, ale chroniła przed wywózką. Szybalscy nie byli jedynymi przedstawicielami lwowskiej inteligencji, których uratowały wszy prof. Weigla. Wśród karmicieli przechowywał zakonspirowanych żołnierzy z dowództwa Armii Krajowej, studentów tajnych kompletów i najwybitniejszych naukowców. W grupie hodowlanej Wacława byli m.in. profesorowie ze słynnej lwowskiej szkoły matematycznej z prof. Stefanem Banachem na czele, sławny archeolog prof. Stefan Krukowski czy przedwojenny rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza Stanisław Kulczyński.

Gdy Niemcy ewakuowali instytut do Rzeszy, prof. Weigl został we Lwowie. Opuścił miasto, dopiero gdy stało się jasne, że zajmie je Armia Czerwona. Pojechał do centralnej Polski. Uciekło też wielu jego pracowników, m.in. Szybalscy. W lutym 1945 Stefan pojechał do Końskich, gdzie mieszkał jego brat, w marcu ciężarówką ewakuował tam rodzinę. We Lwowie został tylko Wacław, bo zależało mu na dokończeniu egzaminów na uczelni. Sesja właśnie się zakończyła, ma już dyplom i chce dołączyć do rodziny.

- Jak skończy się wojna i wszystko się uspokoi, wrócimy do Lwowa - zapewnia gosposię i czule się z nią żegna.

Już na ulicy patrzy na rodzinną kamienicę.

Gdańsk, wiosna 1945

Wacław Szybalski na Wybrzeżu jest od kwietnia. Przyjechał z Końskich. Gdańsk zastał tak zniszczony, że nie znalazł mieszkania. Pojechał do Sopotu, gdzie wyszukał trzypiętrową kamienicę niedaleko Grand Hotelu. Jego wytrychy pasowały do drzwi mieszkania na pierwszym piętrze. Zajął je. Znalazł też pracę. W urzędzie wojewódzkim potrzebowali wykształconych pracowników. Od ręki dostał posadę naczelnika wydziału przemysłu spożywczego. Dzięki temu korzystał ze służbowej stołówki.

Niemcy jeszcze niedawno bronili się na Helu. Skapitulowali dopiero na początku maja. Kilka dni wcześniej z Końskich przyjechał brat Wacława Staszek. Jemu też Wacław pomógł znaleźć pracę. Stach został członkiem straży wydziału aprowizacji i prawie od razu dostał niebezpieczne zadanie.

Po zdobyciu Helu Sowieci przejęli magazyny z żywnością, której w Gdańsku brakowało. Zaproponowali polskiej administracji, że oddadzą ją, ale za alkohol. Władze wojewódzkie sprowadziły więc z centralnej Polski duży konwój z wódką. Ciężarówki wstawili do garaży, gdzie miała ich pilnować właśnie ta straż - oprócz Staszka trzech wartowników z jedną pepeszą na wszystkich. Po sąsiedzku, w szpitalu, stacjonowali sowieccy żołnierze - potencjalni napastnicy. W obwarowanych worami z piaskiem garażach Stanisław spędza kolejne dni i noce. Aż wreszcie władza wymienia wódkę na żywność.

Jest pan przyjęty, kolego

Praca w aprowizacji nie jest jedyną, której podjął się Wacław. Dostał też posadę w Inspektoracie Standaryzacji i w Izbie Przemysłowo-Handlowej. Ale jego marzeniem jest praca naukowa. Wie, że w Gdańsku-Wrzeszczu przed wojną była wyższa szkoła techniczna i teraz ma być tam politechnika.

Gmach jest imponujący. Choć elegancją nie dorównuje Politechnice Lwowskiej, to wielkością - na pewno. Z daleka wydaje się trochę toporny, ale złudzenie mija, gdy podejdzie się bliżej. Powtykany między czerwone cegły biały kamień nadaje budowli lekkość.

Gdy w marcu Rosjanie szturmowali miasto, w budynku wybuchł pożar. Spłonęło mnóstwo sprzętu naukowego, którego Niemcy nie zdążyli wywieźć do Turyngii, gdzie miała się przenieść Reichshochschule Danzig. Wacław widział, jak Sowieci zabawiają się, strzelając do szklanego wyposażenia laboratorium chemicznego.

Teraz idzie, depcząc szklane okruchy, do sekretariatu wydziału chemii. W drzwiach spotyka starszego mężczyznę.

- Gdzie znajdę kogoś z władz wydziału? - pyta.

- Profesor Włodzimierz Wawryk, jestem dziekanem - przedstawia się starszy pan.

- Czy nie znalazłaby się praca dla absolwenta wydziału chemicznego Politechniki Lwowskiej? - mówi prosto z mostu Szybalski.

- Oczywiście - bez wahania odpowiada profesor. Widzi, że przybysz jest zaskoczony przyjęciem "od ręki.

Gdy dziekan pyta Wacława o lwowskich wykładowców, ten wymienia długą listę swoich mistrzów. Dla Wawryka te nazwiska także wiele znaczą, bo też jest ze Lwowa. Podobnie nowo mianowany rektor uczelni prof. Stanisław Łukasiewicz. Gdy dziekan prowadzi do niego Szybalskiego, rektor bez ceregieli pyta go o pomysły na urządzenie wydziału, a Wacław sypie nimi jak z rękawa. Łukasiewicz natychmiast proponuje mu utworzenie zakładu przemysłu spożywczego i biotechnologii na wzór działającego przed wojną we Lwowie.

Propozycję przyjęta jest entuzjastycznie. Zanim jednak Szybalski rozpocznie prace nad organizacją zakładu, trzeba zadbać o warunki. Dołącza więc do grupy studentów sprzątających budynek.

Gdańsk - Olsztyn, lato 1945

Serie z automatów są krótkie. Słychać świst kul, ale nie wiadomo, skąd lecą. Ludzie chowają się za stojącym na stacji pociągiem. Widać radzieckich żołnierzy, którzy do kogoś strzelają. Aleksander Karabon z dwoma synami - Iścisławem i Bohdanem - wdrapali się na zderzaki między wagonami. Tu są bezpieczni. Do strzałów są przyzwyczajeni, bo w Wilnie, skąd pochodzą, rok temu przeżyli szturm Armii Czerwonej oraz wileńskich oddziałów AK. Wtedy też się ukryli. Uciekli do lasu, gdzie przeczekali do końca walk. Teraz to jedynie potyczki, ale można stracić życie.

Aleksander Karabon, przedwojenny urzędnik kolei wileńskiej, wyjechał z synami i żoną Romualdą transportem w połowie lipca. Po dwóch tygodniach dotarli do Olsztyna. Jako doświadczonemu kolejarzowi zaproponowano mu tu pracę i mieszkanie. Odrzucił propozycję, bo w mieście nie ma wyższej uczelni technicznej. A jego synowie są nieprzeciętnie zdolni w przedmiotach ścisłych. W Wilnie skończyli tajne komplety i świetnie zdali maturę. Marzą o studiach. 17-letni Bohdan chce być chemikiem, dwa lata starszy Iścisław - inżynierem budowlanym. Miejscem osiedlenia musi być więc miasto z politechniką.

Najbliżej Olsztyna był Gdańsk, Aleksander zostawił więc żonę u znajomych w Olsztynie i pojechał z synami na Wybrzeże. Gdy oni poszli szukać uczelni, on rozglądał się za pracą. Chłopcy bez trudu znaleźli gmach we Wrzeszczu i zapisali się na wymarzone kierunki. Ale dla Aleksandra pracy nie ma. A Karabonowie nie dopuszczają myśli, że rodzina może się rozdzielić. Postanawiają więc wrócić do Olsztyna.

Ich wyprawa do Gdańska z uciążliwej (pociąg staje co kilkanaście kilometrów, a oni jadą na odkrytej przybudówce wagonu) niespodziewanie zmieniła się w niebezpieczną. Strzelanina w szczerym polu trwa już kilkanaście minut. Wreszcie terkot z automatów cichnie i pasażerowie wychodzą z ukrycia. Gdy Karabonowie znów siedzą na przybudówce, pociąg rusza. Po kilku godzinach są w Olsztynie.

Kilka dni później Aleksander dowiaduje się w olsztyńskiej kolei, że jest miasto na ziemiach zachodnich, gdzie potrzebują doświadczonych kolejarzy i gdzie jest politechnika.

Wrocław, jesień 1945

Iścisław i Bohdan Karabonowie niepewnie idą szeroką ulicą. Dookoła wypalone domy, gruzy i zgliszcza. Mijają rosyjskie patrole i nielicznych przechodniów.

- Gdzie tu jest politechnika? - pytają po niemiecku, bo w mieście autochtoni to ciągle większość. Kierują ich na ul. Rossmarkt (dziś ul. Szajnochy).

Karabonowie są we Wrocławiu już od miesiąca. Mieszkają w wagonie, na bocznicy Dworca Nadodrze. Aleksander zgłosił się co prawda do komisji mieszkaniowej, ale okazało się, że rozwiązali ją z powodu nadużyć. Na razie na mieszkanie nie ma więc szans.

Do trudnych warunków się przyzwyczaili. Wodę biorą z pobliskiej pompy. Herbatę parzą w samowarze. Chleb kupują na szaberplacu. A po obiady chodzą z menażkami do garkuchni PUR-u. Iścisław i Bohdan nie czekają jednak, aż ich ojcu uda się w końcu znaleźć mieszkanie, i już teraz, mieszkając w wagonie, chcą znaleźć uczelnię.

Przez zniszczone miasto idą już długo. Kamienice, które przetrwały oblężenie "Festung Breslau, straszą czarnymi otworami wypalonych okien. Z wielu pozostały pojedyncze ściany albo powyginane stalowe dźwigary. Wśród ruin lata pierze. Biały puch jest wszechobecny. To grasujący w mieście szabrownicy taszczą z opuszczonych domów pierzyny, rozpruwają je i opróżniają. Zabierają tylko poszwy, bo te łatwiej sprzedać.

Po długim marszu bracia docierają do kilkupiętrowego gmachu z czerwonej cegły. "Punkt rekrutacyjny Politechniki i Uniwersytetu Wrocławskiego - informuje tablica. W środku tłoku nie ma. Gdy pokazują urzędniczce świadectwa dojrzałości zdobyte na tajnych kompletach, informuje ich, że trzeba je jeszcze zweryfikować w kuratorium.

Gdy tam docierają, okazuje się, że to formalność. Iścisław i Bohdan zostają studentami.

Profesor Trzebiatowski daje wykład

W sali przy Borsigstrasse (dziś Smoluchowskiego) siedzi w ławkach około 80 młodych ludzi. Zaraz rozpocznie się pierwszy w historii Politechniki Wrocławskiej wykład z chemii organicznej. Wszyscy w grubych płaszczach, bo na dworze zimno, a ogrzewania nie ma. Ledwie kilka dni wcześniej na dachu położono dachówkę i zabito dyktą okna, żeby wiatr nie hulał.

Przed wykładem harmider okropny.

- Skąd jesteś?

- Z Wilna.

- Ja widzy, że koliga ze Wschodu. A ja tysz, tyli że zy Lwowa.

Bohdan Karabon, najmłodszy student pierwszego rocznika uczelni, z prawej ma chłopaka z Ostrzeszowa, a z lewej słyszy "bałakanie. Na sali nie ma tutejszych, wszyscy są skądś. Nastrój wyjątkowy.

Cisza zapada, dopiero gdy za katedrą pojawia się prof. Włodzimierz Trzebiatowski - przed wojną sława Politechniki Lwowskiej. Autor kanonicznego podręcznika do chemii zwanego po prostu "Chemią Trzebiatowskiego.

Profesor jakby nie czuł doniosłości chwili. Nie wygłasza podniosłego przemówienia, tylko wita się i charakterystycznym tubalnym głosem rozpoczyna wykład. Jest ciekawy. Niektórzy notują w zeszytach. Ale nie wszyscy je mają. Bracia Karabonowie znaleźli w jakieś piwnicy niemieckie kwity buchalteryjne. Z jednej strony są zadrukowane, ale z drugiej można notować.

Po zajęciach jeszcze długo rozgorączkowani studenci okupują korytarz. Dyskutują o wykładzie, polityce i wojnie. Szukają ludzi ze swoich stron. Ale jest coraz później i trzeba jechać do domu.

Karabonowie mają mieszkanie dopiero od kilku dni. Poszukiwania trwały tak długo, bo w mieście jest coraz mniej wolnych lokali. Aleksander wiele razy wyruszał z nową komisją mieszkaniowa na poszukiwania, ale nie przynosiły one rezultatu. W niektórych mieszkaniach natykali się na żółte chorągiewki na drzwiach. To znak, że wewnątrz ktoś choruje na tyfus. Tak pozostali w mieście Niemcy bronią się przed wysiedleniem. Komisja wie, że chorągiewki są oszustwem, ale nie ryzykuje forsowania drzwi.

Po miesiącu poszukiwań Aleksander w końcu znalazł dwa i pół pokoju z kuchnią na Sadebeckstrasse (dziś ul. Lompy). Bez szyb w oknach, z wyrwaną futryną drzwi, ale odpowiedniej wielkości - na pewno już nikogo nie dokwaterują. Starsze niemieckie małżeństwo, które zajmowało mieszkanie, dostało godzinę na zabranie rzeczy i wyjście. Takie czasy i zasady.

PS

Prof. Wacław Szybalski przez cztery lata był pracownikiem naukowym Politechniki Gdańskiej. W 1949 roku zainteresował się nim Urząd Bezpieczeństwa. Wtedy wyjechał do Danii, gdzie wcześniej wielokrotnie był zapraszany przez noblistów Henryka Dama i Nielsa Bohra. Stamtąd wyemigrował do USA. Pracował w sławnym laboratorium w Cold Spring Harbor, w Instytucie Mikrobiologii Uniwersytetu w New Brunswick, a w roku 1960 został profesorem onkologii na Uniwersytecie Wisconsin w Madison. Jest autorem dziesiątek prac naukowych, twórcą wielu nowoczesnych metod badawczych, laureatem nagród i jednym z najbardziej znanych na świecie polskich naukowców.

Prof. Bohdan Karabon skończył chemię na Politechnice Wrocławskiej. W latach 50. pracował w przemyśle, a potem, aż do emerytury, był wykładowcą na uczelni. Autor kilkudziesięciu publikacji, były członek Komitetu Karbochemii PAN. Zmarł 15 listopada 2010 roku.

Inżynier Iścisław Karabon pracował przy najważniejszych inwestycjach kolejowych na Dolnym Śląsku. Mieszka we Wrocławiu.

Powojenny transfer wiedzy

Od 1945 r. na ziemie zachodnie i do centralnej Polski przyjeżdżała na własna rękę lub w transportach repatriacyjnych lwowska i wileńska profesura - ludzie, którzy przed wojną byli wizytówką polskiej nauki. W ślad za swoimi mistrzami podążyli naukowcy młodszego pokolenia oraz młodzież, która maturę zdała tuż przed wojną albo w jej trakcie na tajnych kompletach.
Kontynuatorami tradycji lwowskiej nauki, czyli Uniwersytetu Jana Kazimierza oraz Politechniki Lwowskiej, są obie uczelnie wrocławskie - politechnika i uniwersytet. Tradycje wileńskiego Uniwersytetu Stefana Batorego przejął Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wybitni wileńscy i lwowscy profesorowie zasilili też uczelnie Warszawy, Łodzi, Krakowa, Poznania, Lublina i Gliwic.

Korzystałem z: "Z Wilna do Wrocławia - prof. Bohdan Karabon. "Dzieciństwo i młodość we Lwowie (1927-44) - Stanisław Szybalski. "Prof. Wacław Szybalski - lwowianin z dawnych czasów - Maria Dusza, Stanisław Kosiedowski, "Kurier Galicyjski."

http://wyborcza.pl/swoiobcy/1,110847,8826082,Gdzie_tu_jest_Politechnika_.html

Share this post


Link to post
Share on other sites
Dzień, w którym wyszły szczury

Tutejsi nie mogą zrozumieć, jak Polacy, którzy właśnie przyjechali ze wschodu, będą żyć w kamienicach z krowami i świniami

Gleiwitz, 22 stycznia 1945 roku. Dworzec jest zatłoczony, obładowani bagażami ludzie wypełniają szczelnie poczekalnię i perony. Niektórzy, nerwowo gestykulując, kłócą się o miejsce. Od tego, gdzie będą stali, zależy, czy uda im się dostać do wagonu, gdy pojawi się pociąg. Ale są i tacy, co siedzą zrezygnowani przy bagażach i ze stoickim spokojem czekają na to, co będzie.

Elfriede i Phillip Siemko przyszli się zorientować, jakie są możliwości ewakuacji rodziny w głąb Niemiec. Rozpytują o to kolejarzy, służby porządkowe i czekających ludzi. Nikt nie wie, kiedy będzie pociąg. Mimo mrozu wszyscy jednak cierpliwie czekają.

Rosjanie zajęli już Kraków i ofensywa trwa. Za kilka dni będą na Śląsku. Nikt nie ma wątpliwości - ucieczka to jedyny ratunek.

Wojna do niedawna w Gliwicach była pojęciem abstrakcyjnym. Owszem, wszyscy wiedzieli, że się toczy, ale gdzieś tam daleko - na wschodzie i zachodzie. Każdy ją jakoś odczuwał, Elfriede i Philipp w ten sposób, że ich dwóch najstarszych synów - Reinhardta i Hansa - wcielono do wojska. A córkę Christę do Arbeitsdienst - służby pomocniczej.

Ale bomby na miasto nie spadały i nikt tu do nikogo nie strzelał. Życie toczyło się w miarę normalnie. Dopiero kilka tygodni temu nad miastem pierwszy raz pojawiły się bombowce. Zawyły syreny. Pozostała trójka dzieci Siemków - 14-letnia Renate, dziewięcioletni Josef, siedmioletnia Brygitte - była wtedy w szkole. Gdy nauczyciele usłyszeli syreny, przerwali lekcje i wszystkim dzieciom kazali wracać do domu. Rodzeństwo Siemków było w drodze, gdy bombowce kołowały nad miastem. Przestraszone w pośpiechu schowały się w Luftschutzkeller, jednym z wielu piwnicznych schronów. Przeczekały nalot i wróciły do domu.

Po wizycie na dworcu Elfriede i Phillip nie mają złudzeń - na ucieczkę nie ma szans. Mogą spróbować pieszo, ale siedmioletnia Brygitte ciężko zachorowała, ma zapalenie płuc, gorączkuje. Poza tym jest jeszcze babcia Rosalia, 83 lata, nie wytrzyma wędrówki w trzaskającym mrozie.

Zresztą babcia Rosalia krzyczy, że nigdzie się nie ruszy: - Tu, w Gleiwitz, jest mój dom. Zostanę i go popilnuję, ale wy uciekajcie, a jak się wszystko uspokoi, wrócicie - zachęca córkę i zięcia.

Elfriede decyduje: - Też zostajemy, niech będzie, co ma być.

Wychodit' na ulicu!

Gleiwitz, 24 stycznia. Gwałtowny łomot w drzwi przerywa ciszę. To Ruscy. W mieście pojawili się już o świcie, ale przemknęli tylko przez osiedle i zniknęli. Przez kilka godzin był spokój.

Łomocą kolby karabinów. Elfriede i Phillip są przestraszeni, dzieci jeszcze bardziej. Brygitte, chyba nie do końca zdaje sobie sprawę, co się dzieje. Wciąż gorączkuje. Babcia Rosalia wydaje się spokojna. Gdy znów słychać walenie w drzwi, Elfriede idzie otworzyć. Teoretycznie Siemkowie nie powinni się bać. To katolicka rodzina. Phillip, tokarz w gliwickiej koksowni, jest człowiekiem ciężkiej pracy. Elfriede zajmuje się domem. Nigdy nie angażowali się w politykę, nie należeli do NSDAP, aw1933 r. nie głosowali na Hitlera, tylko na katolicką Partię Centrum.

Ale też, nie ma co ukrywać, jak większość Niemców docenili Hitlera. Nie można było nie dostrzec jego osiągnięć - pojawiła się praca, której wcześniej nie było, nieznane dotąd emerytury i system opieki. Obywatele czuli oparcie w państwie. A Elfriede dostała nawet Mutterkreuz, specjalny krzyż, który Hitler ustanowił dla matek wielodzietnych rodzin. Żyli spokojnie i dostatnio w swoim domku z ogródkiem na Erlengrund (Dolina Olch).

Niemieccy wypędzeni
Decyzje o wysiedleniu ludności niemieckiej z ziem zachodnich oraz Warmii i Mazur zapadły w sierpniu 1945 r. podczas konferencji w Poczdamie. Jeszcze przed konferencją doszło do wielu brutalnych akcji: "dzikie wypędzenia prowadziły 2. Armia Wojska Polskiego, MO, UB i KBW.
Zorganizowana i usankcjonowana operacja rozpoczęła się na początku 1946 roku. Formalnie trwała do końca 1947 roku, ale w rzeczywistości wyjazdy organizowano do 1950 r. W tym czasie wysiedlono ponad 3,5 mln obywateli niemieckich. Szacuje się, że wcześniej podobna liczba samodzielnie uciekła przed Armią Czerwoną.
Liczba ofiar śmiertelnych wysiedleń często była przedmiotem manipulacji. Niektóre organizacje niemieckie utrzymują, że przekroczyła 2 mln osób, ale to zawyżona liczba. Naukowcy, m.in. wybitny historyk niemiecki Ingo Haar, szacują, że podczas wysiedleń Niemców z ziem przyłączonych do Polski śmierć poniosło ok. 400 tys. osób.
W 1948 roku na ziemiach zachodnich pozostawał blisko milion osób narodowości niemieckiej, które musiały przyjąć polskie obywatelstwo.

Wojna wszystko zmieniła. Od początku byli nią przerażeni i za grosz nie wierzyli goebbelsowskiej propagandzie. "Jak w gazecie piszą, że na froncie zrobiliśmy krok do przodu, to oznacza, że naprawdę trzy kroki w tył - komentowała Elfriede doniesienia prasy. Byli w rozpaczy, gdy do Wehrmachtu wcielono ich synów. 23-letni Renihardt jest sanitariuszem na froncie wschodnim, Hans, 17-latek, służy we Francji, w Rouen nad samym Atlantykiem.

- Muż doma? - pyta czerwonoarmista, który wchodzi do domu z dwoma żołnierzami, gdy Elfriede otwiera drzwi.

Elfriede trochę rozumie po rosyjsku, więc potwierdza, a po chwili z piwnicy wychodzi Phillip.

- Wychodit' na ulicu - nakazuje mu żołnierz i każe oprowadzić się po domu.

Przeszukuje szafy i szuflady, patrzy pod łóżka. W sypialni na widok obrazu z Jezusem Chrystusem na chwilę przystaje i po krótkim momencie zawahania odruchowo żegna się trzy razy. Gdy są przy chorej Brygitte, Elfriede prosi go, żeby nie zabierał Phillipa: - Mąż jutro sam się zgłosi, dziś go nie bierzcie, bo nie wiem, czy nasze dziecko przeżyje do końca dnia.

Żołnierz nie reaguje. Jego uwagę przykuwa parciany worek, który widzi w jednym z pokoi.

- Czto eto? - pyta.

- Zioła, herbata. Parzymy i pijemy - wyjaśnia Elfriede. Czerwonoarmista chwyta worek i wychodzi. Phillip zostaje w domu.

Na ulicy stoi już kilkunastu mężczyzn wygarniętych z innych domostw. Jest sąsiad Siemków pan Labisch i jego zięć, pan Kern. Jest też Polak z naprzeciwka. Uciekł z żoną z Warszawy, gdy wybuchło Powstanie. W Gliwicach wynajęli pokój vis-a-vis domu Siemków, chcieli tu w spokoju doczekać końca wojny i wrócić do Warszawy.

Elfriede i Phillip widzą przez okno, jak Rosjanie zabierają gdzieś wszystkich mężczyzn.

Ta wojna nie przypomina poprzedniej

25 stycznia 1945 r. ziemia jest zmarznięta, kopanie w niej to męka. Ale kobiety z domów przy Erlendgrund jakoś ryją w ogródkach głębokie doły. Muszą pochować mężczyzn. Znalazły ich kilkaset metrów od domów. Rosjanie wprowadzili ich do niewielkiego wąwozu i rozstrzelali. Na całej ulicy tylko Phillip Siemko pozostał przy życiu. Pomaga sąsiadkom kopać. Pomagają w tym wszyscy z ulicy, nawet dzieci. Córka Siemków, Renate, kopie w ogrodzie sąsiadów.

Phillip myślał, że zna wojnę, w 1916 r. był pod Verdun. Wiele razy opowiadał dzieciom, jaka jest okrutna. Sam otarł się o śmierć. Był ciężko ranny, ale Bóg nad nim czuwał - przeżył. Tamta wojna była okrutna, ale Phillip pamięta, że jego dowódcy pilnowali, by żołnierze cywilom nie robili krzywdy. Był przekonany, że teraz obowiązują te same zasady. O tym, że tak nie jest, pierwszy raz pomyślał, gdy na urlop przyjechał Reinhardt. Syn opowiadał o tym, co się dzieje na wschodzie. Gdy Siemkowie poszli z nim w gości do sąsiadów, zwymyślał ich krewnego, służącego w żandarmerii polowej: - Wasza brutalność na wschodzie to zwykłe barbarzyństwo. Robicie złą robotę. Przez was ludność nas nienawidzi, a bez jej przychylności tej wojny nigdy nie wygramy! - krzyczał. Tamten tak się zdenerwował, że zagroził złożeniem na Reinhardta meldunku. Za defetyzm szło się wtedy pod ścianę. Elfride i Reinhardt z trudem załagodzili konflikt.

Phillip zrozumiał wtedy, że ta wojna nie przypomina poprzedniej. Ale na własne oczy przekonał się o tym dopiero dziś, gdy znaleziono ciała sąsiadów.

Kopanie trwa od rana, groby są już gotowe. U państwa Labischów trzeba było wykopać trochę większy, bo spoczną w nim razem pan Labisch i jego zięć - pan Kern. W ogrodzie naprzeciwko kończy kopać Polka.

Kupa gówna za łóżkiem

Gliwice, luty 1945 r. W całym domu strasznie śmierdzi. Odór wódki miesza się z zapachem stęchlizny i moczu. Meble zdewastowane. Na ziemi warstwa śmieci, w największym pokoju pod ścianą - kupa popiołu z pieca. Największy szok Elfriede przeżywa, gdy odsuwa łóżko, leży za nim mnóstwo zaschniętego ludzkiego kału.

Siemkowie dom opuścili kilka tygodni temu, bo Rosjanie postanowili w domach na całej Erlengrund urządzić swoje kwatery. Postawili u wjazdu na nią szlaban z wartownikiem i odtąd nikt oprócz nich nie miał tam wstępu.

Siemków przyjęli pod swój dach państwo Krotcy. Mieszkali niedaleko, mają duży dom i córkę jedynaczkę. Ale oprócz Siemków mieszkało tam jeszcze dwóch Rosjan - oficer z ordynansem. Zajęli dwa osobne pokoje. Oficer zażądał, by Elfriede mu gotowała. Jego ordynans, skośnooki chłopak z Kaukazu, jeździł po okolicy i kradł żywność. Przywoził drób, wieprzowinę, ziarno i mąkę. Oficer codziennie chciał bulionu, więc na kuchni ciągle bulgotał gar z mięsem. Ale dzięki żywności przywożonej przez ordynansa syci są także Siemkowie i Krotcy.

Po kilku dniach w nowym domu na rodzinę spadł cios. Władze kazały zgłaszać się do pracy wszystkim mężczyznom od 16. do 60. roku życia. Po tym, co wydarzyło się na Erlengrund, Elfriede i Phillip bali się najgorszego. Ale oficer ich uspokajał:

- Mężczyźni rozbiorą tylko fabryki, zapakują je do wagonów, a my wywieziemy je do Rosji. Potem wrócą do domów.

Phillip się zgłosił. Od razu go internowano, a potem, jak wszystkich innych Niemców, zapakowano do wagonów i wywieziono do Rosji.

Zdarzyło się jeszcze coś niepokojącego. Kilka dni temu sowieckiego oficera odwiedził polski żołnierz. Pili wódkę. Elfriede dowiedziała się od niego o jakiejś konferencji, która zakończyła się w Jałcie. Ustalono na niej, że wschodnie Niemcy będą przyłączone do Polski, a ludność niemiecka wysiedlona. Elfriede nie może w to uwierzyć: - Przecież to niemiecka ziemia.

Kilka dni po tej wizycie Sowieci wyprowadzili się z domów przy Erlengrund, Siemkowie mogli wrócić.

- Tu nie da się mieszkać, wracajmy do Krotkich - mówi Elfriede.

- Nie, to nasz dom. Trzeba go doprowadzić do porządku i mieszkać - nie zgadza się babcia Rosalia i bierze się do sprzątania.

Elfriede zaczyna jej pomagać.

Jak się odnajdziemy, jeśli wyjedziemy?

Gliwice, lato 1946r. Co drugi dom na ulicy stoi pusty. Niektórzy sąsiedzi uciekli, jeszcze zanim przyszli Rosjanie. Innych wysiedliły już polskie władze. Akcja trwa cały czas. Informują o tym plakaty rozwieszone w całym mieście. Ludzie rozważają decyzje o wyjeździe.

Siemkowie też się wahają. W grudniu 1945 roku, po dziesięciomiesięcznym pobycie na Kaukazie, do domu wrócił Phillip. W Gliwicach odzyskał dawną posadę w koksowni - znów jest tokarzem. Życie w mieście powoli się stabilizuje. Nikt na siłę Siemków z domu nie wygania. Decyzja o wyjeździe nie jest więc łatwa. Mieliby zostawić dorobek życia?

Elfriede i Phillip wiedzą już, jak to jest zaczynać życie na nowo. Gdy w1919 roku się pobrali, zamieszkali w Wirku, powodziło im się nieźle - mieli duży dom z ogrodem, urodziło im się pierwsze dwoje dzieci. Ale po plebiscycie w 1921 roku miasto znalazło się w Polsce. Większość Niemców przeprowadził się na niemiecką stronę, Siemkowie do Gliwic. Za pozostawiony majątek nigdy nie dostali rekompensaty.

Wtedy byli młodzi, pełni energii, dziś już mają swe lata. Nie chcą rozpoczynać życia w nowym miejscu, skoro nikt nie wygania ich ze starego.

I wciąż niepokoją się o starsze dzieci. Hans jest we francuskiej niewoli. Nie wiedzą, co się dzieje z Christą, która pracowała w służbie pomocniczej. Reinhardta koniec wojny zastał w Niemczech, dobrowolnie zgłosił się do Amerykanów, ale wzięli do niewoli samych oficerów, prostych żołnierzy przekazali Rosjanom. Trafił do obozu pracy na Syberii. Od całej trójki nie mają wiadomości.

- Listy muszą w końcu przyjść -ma nadzieję Elfriede. - A jak wyjedziemy, to je odeślą i jak się odnajdziemy?

Żadnych wątpliwości nie ma babcia Rosalia: - Nigdzie się nie ruszę, zostaję w swoim domu - zapowiada.

Wszędzie pełno odchodów

Gliwice 1947 r. - Szczur! Widziałem szczura!

- To nie do pomyślenia, u nas na ulicy nigdy ich nie było - Phillip jest wyraźnie wzburzony.

Szczury pojawiły się krótko po tym, jak do opuszczonych przez sąsiadów domów wprowadzili się polscy przesiedleńcy. Najpierw przyjechali ci z centralnej Polski i wtedy jeszcze szczurów nie było. Ale gdy do Gliwic zaczęły masowo przyjeżdżać transporty ze wschodu, ulica całkowicie zmieniła oblicze - dzisiejsza Olchowa z Erlengrund nie ma już wiele wspólnego.

Siemkowie i inni Niemcy nie mogli zrozumieć, jak Polacy chcą w miejskich domkach żyć z krowami, świniami i kurami, które przywieźli ze sobą. Gliwice to przecież nie wieś. Ale szybko w przydomowych ogródkach zaczęły powstawać drewniane budy, komórki i szopy. Właśnie w nich trzymają zwierzęta. Przechowują tam też karmę dla nich - odpadki żywnościowe, obierki po ziemniakach i ziarno. To wszystko stoi w wiadrach czasem po kilka dni, zanim zostanie zjedzone przez zwierzęta.

Po podwórku chodzą kury, które grzebią doły w ziemi. Wszędzie pełno odchodów. Gdy popada, kolorowe kiedyś od kwiatów ogródki przypominają błotne bagno.

Phillipa razi, że sąsiedzi są tak niezorganizowani. Jakby nie mogli sobie poradzić z własnym dobytkiem. Niektóre sprzęty domowe pozostawione w ogrodzie jednego dnia leżą tam przez kilka następnych. Domownicy jakby ich nie dostrzegali. Nie przejmują się, że pada na nie deszcz i niszczeją.

Zirytowany jest też porządkiem na ulicy. Gdy w zimie spadł śnieg, z chodników przed domami usunęli go tylko niemieccy gospodarze. Ale boją się Polakom zwrócić uwagę, bo przecież oni są tu teraz u siebie. Zresztą nie zachowują się wobec Niemców źle - są bardzo grzeczni, uczynni, nawet serdeczni. Konfliktów nie ma, ale przyjaźni też raczej nie -nacje trzymają się na dystans.

Elfriede i Phillip żałują, że nie zdecydowali się na wyjazd, bo z każdym dniem w rodzinnym mieście czują się coraz bardziej obco. Niedawno spadł kolejny cios - zmarł niemiecki ksiądz z ich parafii i zastąpił go Polak.

Jak mają się teraz spowiadać?

Ślubu nie będzie

Gliwice, 1948 r. - Nigdy w życiu nie pozwolę, żeby poślubił pan moją córkę - Elfriede mówi stanowczo, ale stara się być uprzejma i nie podnosić głosu. Jest wyraźnie skonfundowana sytuacją, w jakiej się nagle znalazła - naprzeciw niej stoi przystojny mężczyzna, który przed chwilą poprosił o rękę jej córki Renate. To Polak, repatriant ze wschodu. Siemkowie woleliby, żeby ich dzieci poślubiały wyłącznie Niemców.

Renate ma już 17 lat i nie jest w tej kwestii tak zasadnicza. Chodziła do polskiej szkoły, nauczyła się języka, zna wielu Polaków. Kazika poznała latem, podczas wakacji we Wrocławiu. Pochodzi ze Złoczowa w dawnym województwie tarnopolskim, jest nauczycielem. Gdy zapytał, czy mógłby odwiedzić ją w Gliwicach, zgodziła się i dała mu adres. Przyjechał szybciej, niż się spodziewała, już po dwóch tygodniach.

Jest nie mniej skonfundowany i oszołomiony niż Elfriede. Tak zdecydowanej odmowy się nie spodziewał. Ale nie nalega, tylko grzecznie dziękuje za wysłuchanie iwychodzi. Niemal od razu obrażony wyjeżdża zGliwic.

Renate jest zrozpaczona, bardzo lubi Kazika, ale rozumie też mamę. Wie, że dla niej to człowiek zinnego świata.

***

PS. Elfriede i Phillip Siemko nigdy nie zaadaptowali się w polskich warunkach. Wyjechali do Niemiec w 1957 roku podczas tzw. pierwszego łączenia rodzin niemieckich. Zamieszkali w Solingen (Nadrenia Północna-Westfalia), miejscowości, do której po plebiscycie w1921 roku wyjechała część rodziny.

Christa po zakończeniu pracy w służbie pomocniczej została w Niemczech i zamieszkała w Solingen. Zmarła w1982 r.

W tym mieście do dziś mieszka też Hans, który z niewoli we Francji wrócił wprost do Niemiec.

Reinhardt Siemko z Syberii wrócił w 1950 roku. Zamieszkał w Reklinghausen (Nadrenia Północna-Westfalia). Zmarł w 1982 r.

Babcia Rosalia zmarła w 1948 roku w Gliwicach i tam jest pochowana.

Josef i Brygitte zostali w Polsce. Brygitte zmarła w Gliwicach w 1953 roku na chorobę Heinego-Medina jeszcze przed wyjazdem Elfride i Phillipa do Niemiec. Josef do końca życie mieszkał w Gliwicach, zmarł w 1990 roku.

Związek Renate z Kazimierzem przetrwał. Pobrali się w 1956 roku przy akceptacji jej rodziców. Zostali w Polsce, mają dwie córki. Kazimierz zmarł w1994 roku. Renate mieszka we Wrocławiu, jest przewodniczącą Niemieckiego Towarzystwo Kulturalno-Społecznego.

***

Korzystałem z książek: "Obce miasto Wrocław 1945 i potem, Gregor Thum, wyd. Via Nowa; "Wysiedlenia, wypędzenia i ucieczki 1939-59. Atlas ziem Polski pod redakcją dr. Witolda Sienkiewicza i dr. Grzegorza Hryciuka"

http://wyborcza.pl/swoiobcy/1,110847,8839198,Dzien__w_ktorym_wyszly_szczury.html

Share this post


Link to post
Share on other sites
Panowie skąd zaczerpnęli te opowiadania z cyklu płaszcza i szpady?
Nie powtarzajcie ludzie głupot.
To nie rząd ,,Ludowy,, sprzedał kresy Związkowi Radzieckiemu,a Rządy Stanów Zjednoczonych i W Brytanii.
Pisałem Wam nie manipulujcie historią,Ludzie ci będąc Polakami nie zostali wysiedleni a przesiedleni na ziemie Polskie.
Te Ziemie które jako odszkodowanie za utracone ,,Kresy,,myśmy dostali od Rządu Radzieckiego.
Ludzie do podręczników polityki na zachodzie przeszło pytanie W.Churchila do Stalina,,dlaczego chce dać Szczecin Polsce,a on odpowiada bo Tam stoją radzieckie czołgi,a dlaczego Wrocław bo tam też stoją radzieckie czołgi.
Jeśli uważacie że Stalin skrzywdził nasz kraj to nic prostszego oddajcie ziemie zachodnie i północne Niemcom i po problemie.
Z odzyskaniem Kresów będzie problem,bo je trzeba będzie zdobyć.
Zorganizujcie wyprawę wojenną i po problemie Ameryka i Brytania wam pomogą/ha,ha/
Pan profesor Wam to wyjaśnił to było przesiedlenie bo obywateli polskich rząd ZSRR nie chciał,bo miejsce obywatela Polski jest w Polsce.
Panowie jeśli popytacie jak podróżowano w tych czasach to te szykany nie będą szykanami.
Wiecie co ja już czasami myślę że jestem na forum niemieckim.
Czy SS wypędzało ludzi kultularniej?,mówili Bitte?
Ja wiem że większość prasy jest w niemieckich rękach,ale czy Wy szanowni czytelnicy macie amnezję?
Dostali Niemcy to na co zasłużyli.
Przesiedlali i zostali przesiedleni.
Dzięki temu od ponad 65 lat mamy spokój na granicy zachodniej.

Share this post


Link to post
Share on other sites
ja sobie tak mysle gdyby ludzie niepisali takich swoich pogladów jak komunisci i faszyscu to żyło by sie lepiej

Share this post


Link to post
Share on other sites
poglądy dobra rzecz gorzej jak ich się nie ma lub czerpie z aktualnie preferowanej prasy kolego

Share this post


Link to post
Share on other sites
poglady niech sobie mają tylko w miare rozsadne
bo znam kilku pseudo potryjotów ktuzi bez hitlera Polski niewidzą

Share this post


Link to post
Share on other sites
a jak sobie slucham jak mi opowiadają o bohaterskich szkopach to mnie za pszeproszeniem ch*j strzela

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa
...

Marcin Zaremba* 2010-12-29, ostatnia aktualizacja 2010-12-29 21:12:40.0

Gdy granice są płynne, łamane czy przekraczane, nie czujemy się bezpiecznie. Po wojnie w całym pasie granicznym Polacy nie czuli się bezpiecznie

Zobacz inne teksty Gazety Wyborczej" z cyklu Sami swoi i obcy"


W latach 1945-46 kształt terytorialny kraju należał do jednego z najczęściej poruszanych tematów w codziennych rozmowach. Nie tylko nikt nie wiedział, jaka będzie ta nowa Polska, ale również, jakie będą jej ostateczne granice. Niby z jednej strony spodziewano się, że ziemie na wschód od Buga przypadną ZSRR, z drugiej - łudzono się, że nie wszystko stracone, że za miesiąc, rok wrócimy do Wilna i Lwowa".

Wywołana w ten sposób niepewność umacniała poczucie tymczasowości, miała wpływ na huśtawkę nastrojów. Ludzie są gatunkiem terytorialnym. Mamy instynktowną potrzebę zaznaczenia granic. Gdy są one płynne, łamane czy przekraczane, nie czujemy się bezpiecznie . Po wojnie praktycznie w całym pasie granicznym Polacy nie czuli się bezpiecznie.

Początkowo największa niepewność wiązała się z przyszłością Wilna i Lwowa. Utrata obu tych stolic polskości na północno- i południowo-wschodnich kresach nie mieściła się w głowie. Niemożność pogodzenia się z tym można tłumaczyć nacjonalizmem. W listopadzie 1944 r. ktoś pisał do rodziny z wyraźną nutą wyższości nad Litwinami:

Kochani! Najsmutniejszym jest to, że trzeba opuścić rodzinne kochane miasto Wilno, miasto gorących i prawdziwych Polaków. A jakże się będą czuli Litwini bez swojej większości narodowej, Polaków?".

Niełatwe pożegnanie z Lwowem

Jednak tu chodziło o coś więcej niż nacjonalizm - mapę kraju, którą każdy przedwojenny, przynajmniej trochę wykształcony człowiek miał pod powiekami, myśląc o kształcie geograficznym ojczyzny. Na tej mapie zawsze" były: Gdynia, Poznań, Kraków, Warszawa, Wilno i Lwów, z rzek Wisła i Niemen. To były punkty odniesienia w przestrzeni, które połączone tworzyły siatkę wyznaczającą terytorium kraju, obszar bezpieczeństwa.

Miały one także potężny wymiar symboliczny, były miejscami, miastami świętymi. Z pewnością żadne nie dorównywało bogactwem kulturowych odniesień Warszawie i Krakowowi, ale Wilno i Lwów zajmowały trzecią pozycję. Walki o Lwów po I wojnie światowej były wyryte nie tylko na Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie, ale także stanowiły część żywej pamięci przeszłości. Opowieść o udziale w nich polskich dzieci - Orląt Lwowskich - stała się jednym z mitów założycielskich dwudziestolecia. Nic więc dziwnego, że pożegnanie z Lwowem nie przychodziło łatwo.

Zgodę PPR na oddanie miasta traktowano jak narodową zdradę, jeden z najważniejszych argumentów delegitymizujących polskich komunistów, z czego zresztą ci ostatni doskonale zdawali sobie sprawę. Władysław Gomułka w liście z marca 1944 r. wysłanym do Moskwy ujmował to w ten sposób: Gdyby w Polsce bractwo św. Antoniego stanęło na gruncie rewizji wschodnich granic Polski, to też zostałoby okrzyczane przez reakcję jako agentura moskiewska, działająca za moskiewskie pieniądze dla oddania narodu polskiego pod but stalinowski" .

Oczywiste jest, że najbardziej stan tymczasowości, rozterki zostać, nie zostać" przeżywali mieszkańcy Lwowa, ale także innych miejscowości na Kresach, w sumie około dwóch milionów Polaków. Jednak niepokój i nadzieje nie pozwalały spać również gdzie indziej. Sięgnijmy do dzienników Anny Kowalskiej, która 15 lutego 1945 r. zapisała:

„Wczoraj p. Kowalczyk potwierdził wiadomość Anielki. Polska ma należeć do strefy wpływów angielskich. Województwo lwowskie, tarnopolskie i stanisławowskie mają należeć do Polski. Nie spałam całą noc. Całą noc mówiłam: »Te Deum laudamus «. Biedny, męczeński Lwów zatopiony w beznadziejności”.

Także po decyzjach konferencji w Jałcie, kiedy mogło się wydawać, że już wszystko zostało przypieczętowane, niepewność co do przynależności państwowej Lwowa ciągle pulsowała. Właścicielka kilku większych nieruchomości" w Warszawie (tak ją opisał w aktach znajdujących się w IPN agent UB) zwierzyła się konfidentowi UB:

Konferencja odbyła się w Jałcie. Omawiano granice Polski. Brześć i Lwów mają należeć do Polski, a Wileńszczyzna do Litwy. Na zachodzie - do Odry. Koniec wojny w najbliższym czasie".

Polska aż po Dniepr?

Amalgamat braku wiedzy i nadmiaru nadziei miał wpływ na - jakbyśmy dziś powiedzieli - proces decyzyjny. Mieszkańcy Kresów nie wiedzieli, czy powinni zostać, czy przeciwnie - ewakuować się. Ci, którzy wierzyli, że Polska komunistyczna jest tworem tymczasowym, wahali się, ociągali się z wyjazdem. W ich decyzjach umacniały ich jeszcze nastroje wojenne. Jak mówiono: Jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa". Na temat granicy wschodniej krążyły zupełnie fantastyczne opinie, np. że w wyniku zwycięskiej wojny z ZSRR przypadną nam tereny aż po Dniepr. Stan tymczasowości pokazują fragmenty listów, które przeszły przez cenzurę:

Warszawa, kwiecień 1945 r.:

U nas 25 kwietnia będzie coś nowego, może posuną granicę na stare miejsce, podobno.



Zakopane, kwiecień 1945 r.:

Dowiedzieliśmy się, że ewakuują Lwów, wczoraj zaś mówiono, że ewakuacja jest wstrzymana, Lwów należy do Polski. Nie wiadomo komu wierzyć, która wersja prawdziwa.



Jarosław, kwiecień 1945 r.:

Teraz zaś mówią, że granice zostaną na pewno przesunięte aż pod Złotą Lipę. Ze Sambora mało kto wyjeżdża na zachód, gdyż tam nie wątpią, że to nadal będzie nasze, zwłaszcza Lwów i Zagłębie Borysławskie".



Zwłaszcza w drugiej połowie 1944 r. w podobny bliski kontakt z poczuciem tymczasowości weszli mieszkańcy Białostocczyzny. Pamiętali, że za - jak wówczas mówiono - pierwszego Sowieta", w latach 1939-41, region włączony został do ZSRR. Strach, że historia może się powtórzyć, był więc jak najbardziej uzasadniony. Wzmacniała go w dwójnasób wyjątkowo liczna obecność jednostek Armii Czerwonej połączona z akcjami pacyfikacyjnymi, a także częste, nieprzemyślane posunięcia władz lokalnych w sferze symbolicznej.

We wrześniu w parku miejskim z braku portretów Naczelnego Dowódcy" powieszono portret Stalina. Niektóre odezwy do ludności zdobiły pięcioramienne czerwone gwiazdy. Utrzymujące się bardzo długo trudności komunikacyjne między Białymstokiem a resztą kraju tworzyły wrażenie odcięcia. Nic przeto dziwnego, że jeden z odwiedzających miasto urzędników konstatował: Ludność konkretnie nie wie, czy miasto jest polskie, czy sowieckie".

Podobne obawy przed bezinteresownością w wyzwalaniu ziem polskich przez Armię Czerwoną" odczuwali również mieszkańcy regionu suwalskiego. Suwalszczyzna, podobnie jak region białostocki, w wyniku paktu Ribbentrop-Mołotow przypadła w 1939 r. ZSRR.

''Dobra gleba i zupełne wyludnienie kraju powinny stać się czynnikiem atrakcyjnym''

Niejasny przebieg granicy budził niepokój również na północy, choć w tym przypadku jego geneza nie wiązała się z przeszłością, lecz wynikała z bieżącej sytuacji. We wrześniu 1945 r. radzieckie władze w Królewcu dokonały przesunięcia linii granicznej w głąb polskiego terytorium o 12-14 kilometrów. Zajęte zostały m.in. tereny powiatów Bartoszyce, Gierdawy, Darkiejmy. Również Malbork po raz kolejny objęty został administracją radziecką.

Jak donosił pełnomocnik rządu na okręg mazurski Jakub Prawin: Naruszenie granicy spowodowało zamęt w organizacji administracji terenowej i fatalnie odbiło się na samopoczuciu ludności polskiej. Niepewność stosunków granicznych paraliżuje napływ osadników do północnych powiatów okręgu, a nawet powoduje ich ucieczkę z tych terenów, pomimo że dobra gleba i zupełne wyludnienie kraju powinny stać się czynnikiem atrakcyjnym".

Dokładnie rok później na Lubelszczyźnie uporczywie krążyły pogłoski o przesunięciu linii granicznej na niekorzyść Polski. Łupem ZSRR miały paść tereny trzech powiatów, z których ludność miała zostać wysiedlona na zachód. Jak donoszono stamtąd: wersje te wywołały panikę i szkodliwe komentarze". Wojewódzki urząd informacji i propagandy ulotkami z podpisem wojewody usiłował pogłoski te dementować. Kasandryczne przepowiednie okazały się po części prawdziwe. Na początku września 1946 r. oddziały radzieckie przesiedliły część ludności m.in. ze wsi Hrebenne. Wszystko wskazuje na to, że celem akcji była walka z podziemiem ukraińskim.

Strach przed kolejną zmianą granic towarzyszył również mieszkańcom terenów graniczących z Czechosłowacją. Pierwszy jego wybuch nastąpił w czerwcu 1945 r. w związku ze sporem granicznym o przyszłość terytoriów poniemieckich, które przypadły w myśl porozumień poczdamskich Polsce, między innymi Kotliny Kłodzkiej oraz rejonu Głubczyc i Raciborza. Czesi zajęli ich cześć, co spotkało się z kontrakcją władz polskich i rozpoczęciem z ich strony przygotowań do akcji bojowych". Jednocześnie środki masowego przekazu domagały się przyłączenia do Polski Śląska Zaolziańskiego.

Pojawianie się i znikanie ośrodków administracji czeskiej oraz wojna propagandowa nie wzmacniały poczucia stabilizacji wśród napływających polskich osadników. Niepokój utrzymywał się co najmniej do lata 1946 r. W położonej między Złotoryją a Jelenią Górą Bystrzycy: Lud wiejski jest przekonany, że na wiosnę będzie zmuszony opuścić strony zachodnie, które przypadną Czechosłowacji". Wrogą agitację" prowadzili repatrianci zza Buga. Rzekomo z ich winy, a także częstych napaści i rabunków żołnierzy radzieckich aż 50 proc. ludność nieodległego Lwówka Śląskiego miało wyjechać do województw centralnych.

Ziemie Odzyskane? Znaczy Niemcy!

Bez wątpienia najsilniej poczucie tymczasowości zakorzeniło się na ziemiach poniemieckich. Ci, którzy na nie trafiali, często nie mieli pojęcia, dokąd dokładnie jadą, jakie zastaną warunki, czy i jak uda im się zorganizować na nowo życie. Jeden z przesiedleńców wspominał: dostrzegłem na budynku stacji zamalowaną, ale czytelną niemiecką nazwę miejscowości. Pospiesznie złażę z platformy, przeskakuję kilka torów i biegnę do strażnika stojącego z automatem na ramieniu.

Pociągi pod specjalnym nadzorem


- Panie! Gdzie jesteśmy? - pytam z daleka.

- Na Ziemiach Odzyskanych!

Byłem teraz tak samo mądry jak poprzednio, bo takiego kraju nie znałem, a dotąd nikomu nie przyszło do głowy, by zapytać o ostateczny cel naszej podróży. Każdy wiedział, że jedzie do Polski, i na tym koniec.

- A nie wie Pan przypadkiem, dokąd jedziemy?

- Na Ziemie Odzyskane - odparł z uśmiechem.

Wróciłem więc na platformę i głośno zakomunikowałem, że wiozą nas do Niemiec, bo nazwa Ziemie Odzyskane niczego mi nie mówiła".

Tam tymczasowość była najbardziej rozpowszechniona i przetrwała najdłużej. Polscy osadnicy od Szczecina i Kołobrzegu na północy do Jeleniej Góry i Opola na południu żyli w głębokim stresie, nie wiedząc, czy nie grozi im znów nowa wojna, a z nią przesunięcie linii granicznej i powrót Niemców. Różne odmiany strachu: niepokój, ojaźń", lęk, niepewność, odnajdziemy bez trudu w setkach raportów, doniesień i sprawozdań z Ziem Odzyskanych. Strach zapisał się także w pamięci zbiorowej mieszkańców zachodniej i północnej Polski. Był tajemnicą poliszynela, wszyscy o nim wiedzieli, nawet jeśli nie wszyscy go odczuwali. Władze komunistyczne budowały na nim swoją legitymację jedynych obrońców piastowskich ziem, jednocześnie go podsycając.

Zwłaszcza w pierwszych powojennych latach dochodziło do paniki przejawiającej się zachowaniami ucieczkowymi. Dobrze ilustruje to fragment listu, którego autorka, mieszkanka Nysy na Dolnym Śląsku, pisała do matki jesienią 1948 r.:

U nas też w Nysie ruch wielki. Ludzie się wyprowadzają, żebyśmy chociaż przebywali jeszcze zimę, bo do wiosny trzeba uciekać z tobołkami, a meble, tutaj mamy już zapłacone, zostawić Niemcom. Tak kochana Mamusiu - my tutaj już dziś a jutro trzeba się z Nysy wynieść, ale gdzie? Ale może ze Śląska się rozrzedzi to i dla nas miejsce będzie".

Ludzie w poczekalni, siedzący na tobołkach, żyjący w lęku przed wypędzeniem - to metafora emocjonalnej kondycji części osadników na Ziemiach Odzyskanych. Jak sądzę, przede wszystkim tych pochodzących z Kresów, polskich chłopów, źle wykształconych, nieogarniających złożoności świata, siłą rzeczy niezakorzenionych i zagubionych. Oni wiedzieli, czego należy się bać, ponieważ już co najmniej raz przeżyli tragedię wypędzenia.

Inna sprawa, że w połowie 1945 r. polska granica zachodnia ciągle pozostawała płynna. Casus Szczecina, który przechodził z rąk do rąk - raz był polski, później, od maja do lipca, znów niemiecki, wreszcie znów trafił w polskie ręce - dawał do myślenia. Nieustannie chodziły słuchy, że podobny los spotka Zgorzelec. W kwietniu 1945 r. w Gliwicach głośno było o jakimś tajnym porozumieniu niemieckim, [...] że ziemie opolskie nie przejdą do Polski i powstaną tutaj Czerwone Niemcy". W październiku 1946 r. z gminy do gminy wokół Strzelec Opolskich krążyła opinia, że wszystko [...] jest obecnie tymczasowe". Przepowiadano datę rozpadu Polski - 30 października.

Przyczyną miało być nieuregulowanie granic zachodnich na trwającej wówczas konferencji pokojowej. Ciągłe rozdygotanie, zmora tymczasowości. Niepewność podsycał również pozytywny stosunek radzieckich władz wojskowych wobec ludności niemieckiej, co zaskakiwało polskich obserwatorów. Co oni knują z tymi Niemcami? Może chcą ich zostawić?" - takie pytania stawiano sobie powszechnie. Niekiedy źródłem niepokoju byli sami żołnierze radzieccy, którzy powtarzali niesprawdzone informacje o rzekomo pewnej zmianie granic. Ktoś w prywatnym liście do Francji w ten sposób opisywał klimat tymczasowości na Ziemiach Odzyskanych (8 września 1945 r.):

Teraz pojechali gdzieś na gospodarkę na zachód. Za darmo gospodarki dają ludziom. Nie chcą jechać. Jeden drugiemu na łbie siedzi, kłócą się, biją a tam nie chcą być, bo teraz jest Rząd Tymczasowy, to mówią, że jak nastanie inny Rząd to Niemcy mogą wszystko wygrać, bo Niemcy już mają coraz większe prawa".

Strach w latach 60. Bo ''może będzie wojna''

Najsilniejszym impulsem do nerwowego poderwania się z tobołków okazywało się zagrożenie wojenne. Lata 1946-53 i 1960-62 (zestrzelenie U2 nad terytorium ZSRR, budowa muru berlińskiego, kryzys kubański) należały do najbardziej podminowanych strachem. Gdy nie było dokąd uciec, to na jakiś czas wstrzymywano prace polowe, nie inwestowano w poniemieckie domy i gospodarstwa. Chłopski pamiętnikarz z Olsztyńskiego zapamiętał, mając chyba na myśli jesień 1946 r.:

„[W] zeszłym roku mój sąsiad nie orał na zimę ani metra. Pytam dlaczego, bo wiem, że miał czas na to i sposobność, bo ma parę koni, a to powiada: »Może będzie wojna «. Drugi sąsiad posiał tylko 100 kg żyta, a mógł więcej - pytam dlaczego - powiada: »Ja się napracuję i koni namęczę, a nie wiem czy będę tym wszystkim korzystał «. Takich przykładów różnego rodzaju spotyka się tysiące, a szczególnie na Ziemiach Odzyskanych, gdzie życie człowieka nie wiele się różni od życia zająca pod miedzą”.

Takie samo poczucie tymczasowości i strachu nie dawało spać osiedleńcom w Rzepinie leżącym na wschód od Frankfurtu nad Odrą. W 1948 r. jeden z nich diagnozował wyniszczający lęk nawet u 90 proc. swoich sąsiadów. W pamiętniku zanotował:

„Najgorzej ze wszystkich przeżyć oddziaływa na stan naszego żywota niepewność jutra. Co to ma znaczyć? Znaczy to, że ludzie boją się przyszłości na tych ziemiach. 90% ludzi w gromadzie, okolicy, również w mieście po prostu wegetuje z tego duchowego załamania. Powszechnie się mówi »Może tutaj nie będziemy «, »Jeszcze może przyjść zmiana «, »Ziemie to polskie, ale gospodarki niemieckie «, »Nie daj Boże wojny to tutaj przepadniemy «” .

Nie ma wątpliwości, strach przed zmianą granic i towarzyszące mu poczucie tymczasowości to jeden z najważniejszych czynników kształtujących powojenną rzeczywistość, rzutujących na takie zachowania i zjawiska, jak: wyuczona bezradność, apatia, dezintegracja społeczna, silniejsza na Ziemiach Odzyskanych legitymizacja władzy, wysoki poziom dystansu wobec Niemców, gospodarczy uwiąd poniemieckich terenów.



dr Marcin Zaremba - (ur. 1966 r.) pracuje w Instytucie Historii UW i Instytucie Studiów Politycznych PAN


http://wyborcza.pl/swoiobcy/1,110847,8883349,Jedna_bomba_atomowa_i_wrocimy_znow_do_Lwowa.html

Share this post


Link to post
Share on other sites
O mój Boże takie bzdety piszą zawodowi Historycy?
To jest Polska świadomość historyczna?
Gazetę Wyborczą rozumiem,/ha,ha/
Ktoś kiedyś napisał że współczesna tfórczość jest lepsza jak za komuny.
Nie lepsza tylko taka sama.
Panowie to są teksty propagandowe grające na uczuciach,stara kobieta ,bite dziecko,robiący co chcą żołnierze sowietcy,to proste jak drut zagrania propagandowe.
Panowie komuna robiła to samo na moje pokolenie to nie działa.
Musicie zmienić sposoby.
Poprostu napiszcie prawdę prawda nie boli,zacznijcie Od tego ,,Na mocy Porozumień zawartych pomiędzy Rządami....
Dalej już możecie pisać.
Pamiętajcie, kłamstwo powtarzane tysiąc razy nie staje się prawdą, jest po prostu tysiąc razy powtarzanym kłamstwem.

Share this post


Link to post
Share on other sites
A gdzie tu widzisz kłamstwo? Co, czyżby tego nie było? Nie było przedtem Polski po prawej stronie mapy, a Odra była zawsze polska? Tu masz naocznie zeznania ludzi którzy to przeżyli, a interpretacja pozostawiona jest dla czytelnika.

Share this post


Link to post
Share on other sites



×
×
  • Create New...

Important Information