Jump to content

totalny pech


Recommended Posts

Witam.
Czy komus z Was przytrafilo sie to co mi dzisiaj?
Otóż,dzisiaj,gdy tylko wysiadłem z auta i ruszyłem w stronę lasu troszke poszperać,po przejściu kilku metrów skręciłem nogę w kostce.I z wyprawy nici,tzn.zakończyła się ona ale wizytą u lekarza i nakazem leżenia w łóżku :(.
Opiszcie swoje taki przygody"
Pozdrawiam kurujących się :(:(:(.
Paweł
Link to comment
Share on other sites

Moja przygoda nie był może taka bolesna jak Twoja za to trochę śmieszna otóż w drodze na miejscówkę (odległą jakieś 50 km od domu)przypomniał mi się że nie zabrałem mapy z oznaczeniem miejsca ,-nic to, pomyślałem ,-jakoś znajdę
nie będę się przecież wracał.Dojechałem,szukam miejsca ,kombinuję ,przypominam sobie szczegóły z mapy.No dobra to pewnie tu (miejsce odludne ).Sięgam wykrywę z samochodu ,przebieram się ,włączam i....cisza Padły baterie ,do cywilzowanego sklepu parę kilometrów ,godzina 6.00 w kieszeni pusto(tylko karta płatnicza - na wsi warta tyle co nic)Wsiadłem do samochodu i pojechałem do domu.Żona wstała rano i pyta -czemu nie pojechałeś?Pewnie zaspałeś?
Link to comment
Share on other sites

Ja niedawno przeprowadzałem rozpoznanie starej chałupy na obrzeżach Kampinosu. Oczywiście wszedłem również na strych. W kacie zobaczyłem stertę starych butelek, zrobiłem kilka kroków w tamtą stronę, po czym nagle moje nogi znalazły się piętro niżej, powoli zapadałem się w podłogę strychu (czy też sufit, zależy, z jakiej perspektywy spojrzeć:-). Aby rozłożyć ciężar położyłem się na plecach, po czy runąłem na całą długością na podłogę, wynurzając" się z sufitu, jak powiedział mój kolega. Następnie z sufitu spadł mój kapelusz, a potem chmura pyłu i trocin - sufit był z trzciny zlepionej gliną. Gdy wreszcie podniosłem się z podłogi, wyglądałem jak potwór z bagien, nie mogłem złapać oddechu - uderzenie wyrzuciło mi powietrze z płuc. Miałem farta, bo metr dalej był połamamny kredens, na który mogłem się nadziać. Skończyło się na siniakach i otarciach.
daniel
Link to comment
Share on other sites

Mnie kiedyś udało się pojechać na wykopki bez saperki :-)))))). A najlepsze było to, że parę dni później okazało się, że saperka jednak w samochodzie była, tylko wpadła głębiej pod koło zapasowe :-))).

Odpukać na razie nie miałem żadnych wyjazdów po których wracałbym uszkodzony (poza komarami, kleszczami osami itp. itd.)

Pozdrawiam
MILBAS
Link to comment
Share on other sites

Jeden z moich pierwszych wypadów. Koniec listopada. Przedzieram się przez krzaki to wypatrzonej wcześniej transzei. Jestem cały mokry. Docieram na miejsce i przekręcam pokrętło volume a tu... cisza... no tak, cały czas miałem wrażenie że ten wykrywacz jest jakiś dziwnie lekki... zapomniałem baterii:) I z szukania nici. Tylko przeziębienie z tamtąd przywiozłem:P
Link to comment
Share on other sites

kiedyśc pojechałem kopać z wykrywką. zabrałem się przy okazji wyjazdu na grzyby. podjechałem do sklepu, kupiłem dwie baterie i w las! wysiadłem w lesie, a grzybiarze pojechali dalej. Pochodziłem jakiś czas i siadły mi baterie. Nic to, mam przecież nowe:) wyciągam nowe baterie, patrzę, a mam tylko 2! sztuki - potrzebne były 4 :) ponad półtorej godziny zeszła mi droga do najbliższego sklepu i spowrotem do lasu. Ale przynajmniej było wesoło - całą drogę się śmiałem z siebie.

Innym razem zaraz na początku kopania zaatakowało mnie faszystowskie szkło.moje przedramię jest na fotce obok. po długiej walce jednak wygrałem, co prawda mam dziś ładną" bliznę :)

Link to comment
Share on other sites

Salvette,

Kiedys wybralem sie z kumplem na wykopki. Mielismy jego wlasniej produkcji wykrywacz.
Tylko wyszlismy, rozwinelismy sprzet i ...kolega nadepnal sobie na talerz od sprzetu....w wyniku czego glowny nazwijmy go kij - trzymajacy talerz pekl i pozrywal kabelki. Na reanimacje takiego sprzetu tzrenba by miec domowe laboratorium.... Wiec poszlo pare dlugich i krotkich i wrocilismy do domu...

Pozdrawiam

Gandalf de Grey
Link to comment
Share on other sites

W tamtym roku pojechałem troche pogrzebać a najdziwniejsze było to że pojechałem bez wykrywacza:) Trudno sobie wyobraźić moją mine gdy po otworzeniu plecaka zamiast sprzętu znajdowały się tam fanty z poprzedniego kopania. Momentalnie przypomniałem sobie że wyciągnąłem go w domu i zostawiłem za szafą. Dobrze że było blisko do domu:) Pozdro!
Link to comment
Share on other sites

Ja kiedyś jadąc na pewne miejsce jakieś 30 km od chatki wstąpiłem po drodze do małego lasku, wyszło kilka łuseczek,nie czekając dłużej spakowałem sprzęt" i pognałem do głównego celu wyprawy ok. 25km. w tym kilka w trudnym terenie:)) gdy już byłem na miejscu wysiadka rozkładam wykrywkę i... biorę saperkę, a raczej chciałbym żeby tak było;((( niestety nie zabrałem jej z poprzedniego miejsca... wsiadam w samochód i pędze 25km. tego dnia już sobie nie pokopałem. Co do krwawych zajść na wykopkach tylko lekkie skaleczenia na poniemieckich śmietnikach. I grożby saperki w plecy od ziomali:))
Link to comment
Share on other sites

Dziś zabrałem kumpli w teren.Bez wykrywki.Tak zapoznawczo-badawczo-rekraacyjnie i oto co nam się przytrafiło:
Namówiłem kumpli na rowery tak żeby sobie zobaczyli a to to Orły, Sarny,
zające,sowy i wieczorem oświetlone kombajny w polu. Ehhhhh gdyby tylko nie ta
dętka kumpla i te wcześniejsze wyprawy rowerowe do Błonia i z powrotem po ośmiu wydajnych godzinach pracy fizycznej(30 km na rowerze trzeci dzien z rzędu)No
ale dziś nie spotkaliśmy Orląt za to warto było i tak bo znalazłem starą studnię a w niej jakąś starą żelazną aparaturę, kolosalnie wielki
odciąg do jakiegoś wielkiego słupa. Mam chyba już wystarczające dowody na to iż
w okolicy są miejsca gdzie się trzeba udawać w razie pogorszenia
sytuacji z Białorusią ->Okopy!.Wyprawka słowem
udana ale bardziej udana by była gdybym nie zapomniał zapalniczki! Tak oto
przeszliśmy spory kwadrat pól z pięknymi widokami
postmoderngieseskoindustrialnymi w 4 godzinki a zrobiliśmy 12 km bez
papierosów,na piechotę i nie spotkaliśmy orła za to pana w samochodzie jadącego
przez rżysko (on też nie miał zapałek),póżniej spotkaliśmy koziołka sarny wraz z
szanowną maużonką na skraju pola,póżniej wszystko zepsuła akcja dętka!Była
zapasowa dętka i pompka też była ale nie było czym odkręcić koła! snake oczywiście
klucze do kół zostawił w domu z myślą - co będę drzwigał? Przeciez dziś już
przejechałem 33 kilosy to pojedziemy tylko na chwilę.Napijemy się (colusi)
zapalimy po papierosku i wracamy.Nie drzwigam!. Ale zachwilę pomyślał snake: -a
jak się komuś cos stanie? E! dętkę zostawię (miałem przygodę z bratem pod
Dulagiem)Ktoś napewno będzie miał pompkę! to zostawiam jeszcze łatki i łyżki do
zdejmowania opony oraz klej do łatek.Biorę lornetkę i pomimo iż nogi napażają
mnie jak stopięćdziesiąt ruszam w trasę a jedzie nas trzech! i tak to oto
uznająć lornetkę za najwazniejszą wydedukowałem że zapomnę zapalniczki wcale o
niej nie myśląc. Nagle!: - Czy ja wziołęm swój kombajniasty scyzoryk?- Maca snake po
boku paska -Jest! Ruszamy. Jak się okazało z ogniem daliśmy sobie radę po
przedarciu się przez krzaki sięgające do brody, spowrotem. Od pana w samochodzie
na środku pól do cywilizowanego przybytku jakim jest leszowa droga a tuż przy
niej ostoja ogniowa-Cmentarz! Po długich konwersacjach na temat zabobonów że od
cmetarnej świeczki papierosów się nie przypala doszliśmy do wniosku ze
przypalając drzazgę a od drzazgi papierosa i schylając głowe przy grobie
nieznanej nam osoby nie zbeszcześcimy niczyjego spokoju ani nikogo z nas piorun
pechowy nie czaśnie!.Jak uradziliśmy tak zrobiliśmy.Zaraz po tym zrodził się
pomysł by przejechać centralnie przez środek pól paląc papierosy na zmianę(
ostatni niedopałek zgasł za jakieś 10 minut).Nie paliliśmy nic przez cała drogę
ale mało tego.Tuż po eksplozji żalu za ostatnią kroplą źródła ognia naszym oczom
ukazuje się wspomniana para sarenek i w oddali (tak dalekiej że nawet moja
lorneta nie dała takiego zbliżenia),usłyszeliśmy piekny pisk,śpiew,płacz? Orła!
Niestety nie uzyskaliśmy dostatecznego zbliżenia by usatysfakcjonowało to
kolegów ale za to dalsze losy potoczyły się w takim tepie że dziękowali mi
kumple za odrobinę przygody.Podziwiali. Nie mogąc sie nasycić widokiem, co raz
to nerwowo wyrywając sobie lornetkę na wzajem: A to elektrownię w zachodzie
słońca a to kombajny pracujące w polu z nocnym oświetleniem.Jedziemy sobie na
luziku (po mimo braku ognia-kudłaty jara dwie ramy dziennie) aż tu
nagle!:-Jeba..a mać!-Klnie Dymszon- mam gumę!Środek pól.Istny dramat!
-Mam dętkę-wali snake!
-Mam pompkę -dodaje Dymszon
-A macie czym odkręcić koło?- Pyta spokojnie kudłaty
-Mam! tego nie zapomniałem!-błyska snake-Mam swój kombajniasty scyzoryk z
kombinerkami!
I tak to teraz z jednego scyzoryka mam dwa a śrób przy kole roweru i tak nie udało się odkręcić.
Natępne 6 km (chyba?.Zapomniałem sprawdzić licznik), dymaliśmy na
piechotkę.Przed blokiem spotkaliśmy pana w samych slipach narombanego tak że
nawet nie wiedział gdzie jest ulica na którą zmierza. Ba! w pierwszym momecie
nawet nie wiedział jak ta ulica się nazywa!Do nas nagle zaczoł mieć pretensję że
my nie wiemy do kąd on idzie.Nie wiedział nawet jak się nazywa ale po mimo tego
że był w sanych slipach i skarpetkach na jego ręku nawet wisiał
zegarek!.Podyskutował z nami 5 min albo i dłużej... Doszedł w koncu do wniosku
że jednak przez Powstańców w kierunku Helenowa do Komorowskiej nie dojdzie!.Eureka! Przypomniał sobie nazwę ulicy!Nie samowite jak taki pan w samych slipkach w środku miasta o godzinie 22.00 reaguje na własne przemyślenia.Nie
pytaliśmy skąd idzie bo capiło od niego jak ze zwałki śmieci.Wskazyliśmy
mu drogę na wschód i ruszył po następnych pięciu minutach namowy.Długo się
zastanawiałem jak mógłbym mu pomódz ale jednak wyszło na to że: - Gość mógłby
poszukać sobie innego hobby niż chlanie do rozpuchu.Po za tym wytrzeźwiałka ponoc teraz
taka droga...E! nikt mu cykora lidlaka" nie zakosi.Po czym rosttaliśmy się do domów.
.Over
--
Są tajemnice w mieście...
Link to comment
Share on other sites

Cześć!
Ja nie miałem wielkich przeżyć, po prostu zapomniałem słuchawek i jak już szliśmy na miejscówkę przez bagienko po kępach traw, to wujek mnie o coś zapytał, obejrzałem sie za siebie..... no i zaliczyłem bagienko po pas :)
pozdrowienia Polzin
Link to comment
Share on other sites

Przypomniało mi się, jak to w trójkę łaziliśmy po stoku w lesie i tak leźliśmy do góry z wykrywkami i nagle przed nami taka polanka urocza, ja szedłem szybciej obok lasem, a mój kumpel wlazł na tą polankę i nagle chlup i zaczął się zapadać, a to kawał chłopa było i taki wrzask ...ratuj" ;-)). Obok kolega go złapał pod pachy i go jakoś wyciągnął.. I to kto by pomyślał, dość wysoko w górach bagienko jak polanka, zresztą na nim żadne drzewo nie rosło. He he he.
Link to comment
Share on other sites

To jeszcze ja. Kiedyś ruszyliśmy w daleką drogę, ciemno już było, po piwku, no to się chciało, więc widzimy lasek, to stop i na bok. No i wskoczyłem, coś tak miękko, ale nic, robię swoje, a coś mnie tu łaskocze po nogach. Okazało się, że wlazłem w mrowisko dość dużych mrówek, w aucie jeszcze je dobijałem, porządnie mnie oblazły.
Pozdrawiam
Link to comment
Share on other sites

Jesli chodzi o wykrywkowe" historie, to żadnych ciekawszych nie mam. Podobne były już opisywane. Jedyną historią jest to, że po półgodzinnym tłuczeniu się w autobusie, wysiadłem na miejscówkę i pocałowałem klamkę" (jak to się mówi). W plecaku było wszystko prócz sondy :/ Byłoby dobrze wszystko, tylko niestety to byla sobota i autobusy kursowały nieczesto...

Co do historii z gwoździami.. Raz u rodziny na wsi postanowiłem odwiedzić stryszek starej chaty w sąsiedztwie. Tak więc przedzieram się przez pole depcząc, to co zostało niedawno zasiane... Przeszedłem przez pole docierając do przewróconego, spruchniałego płotu. No to dalej idziemy, idziemy, bo chatka tuż tuż... no i ałł. Poczułem jak przez moje buty o gumowej podeszwie przechodzi gwóźdź i zatrzymuje się w mojej stopie. Krótki wrzask i odskoczyłem na bok. Skok był tak niefortunny, że rozległ się drugi wrzask. Tych zamaskowanych gwoździ- pułapek było chyba tam dużo, obie stopy przebite (nie na wylot :P ). Wróciłem jakoś do domu spowrotem, szybka kuracja i nic mi nie pozostało jak siedzieć na dupie i gryźć się w myślach co na tym stryszku jest?". W pewnym momencie pomyślałem nawet, że to jakieś stygmaty (oczywiście w żarcie) hehe...

Pozdrawiam wszystkich pechowców :)
Link to comment
Share on other sites

Pojechałem z kumplem , byliśmy super przygotowani - mapy, informacje, trasa, wykrywka naładowana, sapery, łopaty, wszystko gicior. Stanęliśmy na polu gdzie wg info niedaleko stała bateria flak ostrzeliwująca ruskie KV. Przebrnęliśmy przez pole i dotarliśmy do małego lasu połaziliśmy ale teren okazał się zbyt grząski na jakiekolwiek szukanie. Zresztą do tego padało wcześniej, no i też rozpadało się w chwili gdy wracaliśmy do auta. Włazimy wszystko git, na dworze pada a tu suchutko, próbuję ruszyć i d.... utknęliśmy na polu. Polder (napęd na tył) boksował i zamiast do przodu przesuwał się tyłkiem w bok, no masakra, wypadliśmy z drogi na pole w jeszcze większe bagno. Próbowaliśmy podłożyć jakieś sklejki a nawet saperę i nic. Rwało , wyrzucało spod samochodu wszystko co podłożyliśmy, wszędzie błoto na aucie, kumpel urąbany błotem po pas bo próbował pchać auto. No nic dałem po garach na maxa i w końcu jakimś cudem wyjechaliśmy. No to jedziemy na następną miejscówę, też błoto i nie da rady szukać, nic to jedziemy gdzie ponoć stały Ger Tigery. Znaleźliśmy... 1 fennigówkę. Później jeszcze pojechaliśmy na inną miejscówkę i znów bida. No i ogólnie wyszło że na 150 zrobionych kilometrów nasza zdobycz to ta nieszczęsna monetka:-)
Link to comment
Share on other sites

No ja miałem może nie aż tak. Pojechałem na miejsce dawnej bitwy, jest lasek, wszytko git, zacieram rączki na myśl o XVIII wiecznych fantach idę, patrzę a obszar ogrodzony i piękna tablica z napisem wstęp wzbroniony teren wojskowy" - trafiłem na cholerny poligon.
Link to comment
Share on other sites

Po dłuższym czasie około roku nieobecności na wykrywce, duzo dłuższych przygotowaniach do wyjazdu (szykowanie sprzętu, map, wywiadu srodowiskowego, organizowania całodniowego wypadu 100 km od domu wraz z 1 dniowym urlopem)trafiam wreszcie w miejsce rozbrajania się oddziałów polskich we wrześniu'39 (mam 100% pewności, że rzucali broń w tym rkm browning wz 28, żyją świadkowie), wchodzę cichaczem do lasu, żeby mnie nikt nie widział z wykrywaczem, patrzę i .............niespodzianka: dokładnie w tym samym miejscu na skraju lasu obóz harcerski (kilka namiotów - jakaś drużyna strzelca") wszyscy w pogotowiu czekający na przyjazd saperów bo zgłosili, znalezione (bez wykrywacza) w krzakach pociski moździerzowe z kampanii wrześniwej. Dałem sobie w tym dniu spokój, ale miejsce na 100% pewne.
Link to comment
Share on other sites

Ja kiedyś wybrałem się w nowy nieznany mi teren, uprzednio załadowawszy namiary punktu docelowego do GPSa.
Podczas kalibracji mapy zamieniłem omyłkowo współrzędne N i E.
Jako że miał to być środek lasu, nie drukowałem mapki.
Wysiadam z samochodu, włączam GPSa, patrze
- odległość do przebycia 8000km. :)
Link to comment
Share on other sites

Dzisiaj penetrowałem leśne dukty .Mała polanka, na niej kilka starych moniaków i następny sygnał...
Wychodzi coś z mosiądzu , a przy tym coś mi wzrok wiruje.
Wykopałem gniazdo os i całe szczęście , że były troszkę śnięte ,ale i tak spie... prawie jak Juan Torena albo E. Zatopek.
Cód ,że tego nikt ze znajomych nie widzial.
Pzdr
Link to comment
Share on other sites

Archived

This topic is now archived and is closed to further replies.

×
×
  • Create New...

Important Information