Skocz do zawartości

Jedburgh_Ops

Użytkownik forum.
  • Zawartość

    12 367
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    33

Ostatnia wygrana Jedburgh_Ops w dniu 29 Grudzień 2021

Użytkownicy przyznają Jedburgh_Ops punkty reputacji!

2 obserwujących

Ostatnie wizyty

6 384 wyświetleń profilu

Jedburgh_Ops's Achievements

0

Reputacja

  1. Sprawy takie wyglądały bardzo różnie i nie ma tutaj prostych reguł. Wszystko zależy od epoki, miejsca, frontowych wydarzeń i danego państwa z jego generałami. Badałem takie sprawy niemało lat i w literaturze, i w realu w latach 90. dopóki jeszcze żyli kumaci weterani posługujący się e-mailem. Montgomery powinien siedzieć (obok Niemców, rzecz jasna) za to, co jego pychą i brakiem wyobraźni wyrządził Holandii i dziś za zagłodzenie na śmierć wszystkich holenderskich dzieci i dorosłych przez Niemców w zemście za Market Garden miałby Montgomery wytoczoną przez Holandię taką samą sprawę karną, jak czwórka bandytów, którzy nad Donieckiem zestrzelili Boeinga 777. A że przypadek Montgomery'ego wyglądał inaczej, bo i czasy były inne, to już tylko mieszanina wojskowości z polityką. Poziom marszałkowski, już nie generalski, to już polityka, a tam jak wiadomo rozliczanie idzie opornie. Tak samo Montgomery powinien być karnie rozliczony za operację Varsity, ale to już inna sprawa. Natomiast z rozliczaniem zachodnioalianckich generałów podczas II wojny nie było tak, jak piszesz. Od 6 czerwca 1944 roku na zachodnioeuropejskim TDW to jest rzeźnia generałów. Tylko dwóch generałów na tym TDW (z dwóch różnych państw) było nietykalnych wyłącznie z przyczyn politycznych, mimo że nikt nie chciał walczyć z ich dywizjami za to, co ci generałowie robili i chciano tych generałów usunąć, lecz się nie dało przez politykę. Cała reszta generałów z głównych państw koalicyjnych (USA, UK, Kanada) wylatywała z dowodzenia w sekundę i bezceremonialnie. We Francji po inwazji kanadyjski gen. George Kitching dowodzący 4. DPanc wyleciał z dowodzenia w sekundę, nawet nie dostał radiogramu, że wylatuje. Przyjechał po niego wóz sztabowy, z wozu wysiadł pułkownik z kwitkiem i z nowym dowódcą gen. Harrym Fosterem. Kwitek został wręczony i Kitching wyleciał tak, jak stał, aż się chłopina z wściekłości, goryczy i upokorzenia popłakał - wywiózł go ten sam samochód bez specjalnego czekania na niego. I to była reguła. Samochód, kwitek, kopniak, żegnamy. Nikt się nie cackał z generałami. A weźmy elitarną amerykańską 90. DP - jedną z czterech, jakie desantowały się w D-Day (ta dywizja zdążyła lądować częściowo). Po 6 czerwca do końca wojny miała siedmiu dowódców. Najbardziej drastyczny przypadek to wyrzucenie z dowodzenia dywizją dwugwiazdkowego generała Landruma - bardzo lubianego i cenionego w dywizji, ale Bradley go nie znosił i to on go wyrzucił. Dywizja powiedziała, że się zemści i się zemściła. Gdy była już po wojnie w Czechosłowacji i przyszedł rozkaz zdania całego archiwum dywizji to oficerowie to opóźniali, bo skopiowali całe archiwum w jednym celu - żeby nie dać się kłamstwom i propagandzie Pentagonu na temat dywizji. Nikomu się nie przyznali, że skopiowali dokumentację, jakoś na lewo ją wywieźli do USA i do końca życia przechowywał ją w swojej willi jeden z kapitanów dywizji. I tak to leciało w tamtych innych czasach. Dziś, za taki numer, jak Market Garden, za kompletne nieliczenie się z holenderskimi ofiarami cywilnymi w razie niepowodzenia opercji, to Montgomery nie wychodziłby przez lata z przesłuchań w parlamencie, a rząd Holandii, NGOsy i organizacje watchdogowe załatwiłyby mu niezłą liczbę procesów. I jeszcze byłoby do tego wielu prawników pracujących pro bono, żeby ukarać Montgomery'ego. Byłoby tak, jak z zaszczuwaną przez Pentagon i CIA żoną zestrzelonego nad Irakiem pilota Michaela S. Speichera, którego zgubił AWACS i zwiad satelitarny. A jego żonę zaszczuwano i grożono, żeby siedziała cicho i nie generowała afery. Aż ją wzięli w obronę prawnicy i rozgonili towarzystwo z Pentagonu i służb.
  2. Ta książka jest tak świetna, że będzie z niej wynikało sporo rzeczy dla rekonstruktorów historycznych, ale też dla sensowności istnienia tego podforum - czy warto pokazywać pewne rzeczy i doradzać coś rekonstruktorom, czy nie? Weźmy samą tę ww. stronę 8 książki, gdzie podane są liczby zakupionych manierek, menażek, kubków, pojemników na kawę, cukier i sól, sztućców itp. rzeczy do jakiegoś względnie kulturalnego jedzenia, picia i życia w terenie. Dorzucę pewien dokument od siebie współgrający i z tą książką, i z kilkoma wątkami tutejszego podforum. Dokument jest z przełomu lat 1918/1919. Z książki już wiadomo, że polskie zakupy tych ww. rzeczy do bytowania w terenie odbywały się do końca maja 1919 roku. Może być pytanie, czy jak USA sprzedały WP 200 tys. takich kompletów to był to dla Amerykanów jakiś problem, czy nie, bo 200 tys. to jednak nie jest mała liczba? W wątku manierkowym sugerowałem, że na początku I wojny światowej Amerykanie raczej musieli szanować te najnowsze aluminiowe zestawy manierkowo-kubkowe M1910, bo nowość, bo wciąż nowa technologia, bo nieustanne korekty technologii, konstrukcji, wykonania, materiałów, wzmacniania tych przedmiotów itp. i do tego produkcja jeszcze nie taka masowa jak na amerykańskie wojsko rozpędzające się do stanu osobowego prawie 5 mln ludzi. Z Amerykanami - gdy jest wojna światowa - zawsze jest tak, że na początku jest dramat, bo wszystkiego brakuje; w środkowym okresie wojny jest trochę lepiej, ale nie rewelacyjnie; pod koniec wojny jest względnie dobrze, ale nie idealnie. I zawsze jest tak, że jak już jest koniec wojny to magazyny pękają od nadmiaru nikomu nie potrzebnego sprzętu z olbrzymiej nadprodukcji biegnącej siłą rozpędu, gdy już nikt tego nie potrzebuje. Poniżej wspomniany amerykański dokument z przełomu lat 1918/1919. Można sobie stwierdzić, czy sprzedaż Polsce 200 tys. takich kompletów stanowiła jakiś problem dla USA? Asortyment, jaki jest w tym dokumencie właśnie był zakupiony przez Wojsko Polskie.
  3. Dla jasności - wnętrza tych kapelutków są wyściełane mohairem. Zjawisko ogólnoświatowe.
  4. Cóż za zawód, takie to mało ambitne i skromne zarazem. A powinno być: ● Księżycowi zmienić nazwę na Trump ● Wenus zmienić nazwę na Melania
  5. Tak tylko by the way... GROM ma nowego dowódcę. Gen Polko: Nie musi udawać twardziela. Nie potrzeba w wojsku ludzi o zachowaniach kibolskich Doskonale wiadomo, do którego męta generał Polko pije...
  6. No nie mówię, że widoki, jak z Pearl Harbor? Już chyba raczej nie AI.
  7. Wojciech Mazur USA: Zakupy i propozycje, cz. 1 Seria wydawnicza – Wielki Leksykon Uzbrojenia, Wrzesień 1939, tom 344 Wydawca – My Hobby Media 4U ISBN 978-83-68424-22-5 Wydanie – marzec 2026 r. Stron 64 Ilustracji 65 Tabel 4 Książka idealnie wpisuje się w tutejsze podforum, ponieważ stanowi jak gdyby jego zasadniczą podstawę. Wszyscy wiemy, w jakim dramatycznym niedostatku znalazło się Wojsko Polskie po 11 listopada 1918 roku. Opowieść o tym, jak z tego nieszczęścia wychodzono, jak sobie z nim radzono oraz kto, jak i czym w tym dziele pomagał już z definicji musi być bardzo ciekawa. I jest w wydaniu autora. Od tutejszego podforum książka różni się kalibrem omawianych spraw. W książce są one fundamentalne, urzędowe, przyporządkowane bardziej do zamiarów, ich realizacji oraz kompetencji i możliwości aparatu państwa. My tutaj zajmujemy się bardziej sprawami kolekcjonerskimi i poradnictwem dla rekonstruktorów historycznych pragnących ubarwienia portretowanej postaci czymś z zasobów amerykańskich pozyskanych przez międzywojenne Wojsko Polskie. Dlatego i ta książka, i tutejsze podforum będą się dobrze uzupełniały. Łączna wiedza historyczna o obu tych „kalibrach” spraw amerykańsko-polskich zawsze jakaś już będzie. W warstwie różnych danych liczbowych książka będzie ważnym sygnałem dla grup rekonstrukcji historycznych odtwarzających międzywojenne WP. Na stronie 8 autor podaje, ile i czego kupiono z zasobów US Army spośród rzeczy należących między innymi do osobistego wyposażenia żołnierskiego (np. 200 tys. zestawów do jedzenia i picia w trakcie bytowania w terenie). Biorąc pod uwagę stany osobowe międzywojennego WP wahające się w zależności od roku i wydarzeń od ok. 250 tys. do ok. 960 tys. ludzi oznacza to, że od ok. 20 do ok. 80 proc. polskich żołnierzy miało na sobie, albo przy sobie, coś amerykańskiego. I były to rzeczy, jakie opisujemy i opisywać będziemy nadal na tym podforum. A zatem w danej GRH międzywojennego WP odsetek nasycenia różnymi amerykańskimi przedmiotami powinien być taki sam. Szczególnie wśród tych GRH, które nie tylko „walczą”, ale podczas imprez rekonstrukcyjnych mają również swoje stanowiska wystawiennicze. Nieraz narzekam, także tutaj, ale też jak wszyscy zainteresowani tym tematem, że nic, albo prawie nic, nie wiadomo o tym, skąd się „to wszystko” w II RP wzięło, bo nie widać dokumentów na takie tematy, tak samo, jak nie ma publikacji na takie tematy. „To wszystko”, czyli to wszystko amerykańskie, czego używali polscy żołnierze okresu międzywojennego i wojny obronnej 1939 roku. Za sprawą autora obecnie mamy i publikację, i pierwsze jakiekolwiek dokumenty, i przynajmniej jakąś wstępną wiedzę o polsko-amerykańskich relacjach handlowych na polu wojskowości w międzywojniu. W dzisiejszej terminologii Wojska Polskiego istnieje pojęcie „wojskowych spraw zagranicznych” i jest za nie odpowiedzialny w MON departament o takiej właśnie nazwie. Rzec by można, że książka podejmuje tematykę wojskowych spraw zagranicznych Drugiej RP z trzema kategoriami amerykańskich podmiotów: • z agendą rządową (United States Liquidation Commission – War Department) • z NGO, jakim jest Amerykański Czerwony Krzyż • z podmiotami komercyjnymi amerykańskiej branży zbrojeniowej Spośród militariów poznajemy w książce historię oferowania Polsce: • kuchni polowych • systemów artyleryjskich opl bazowania lądowego • systemów artyleryjskich opl dla marynarki wojennej • systemów celowniczych słynnej z obu wojen światowych firmy Sperry • urządzeń i know-how do produkcji komponentów artylerii, w tym luf • systemów artyleryjskich dla wojsk lądowych • systemów artyleryjskich dla kawalerii (haubica juczna M1A1, słynna też z II w.ś.) • broni strzeleckiej Książka opowiada oczywiście nie tylko o tym, co Polsce oferowały Stany Zjednoczone, ale także o tym, co realnie pozyskiwano. I ta opowieść toczy się nie tylko w warstwie tekstowej, ale również za pośrednictwem świetnych jakościowo fotografii. Widzimy na nich Harleya-Davidsona polskich lotników oraz ich samochody marek Cadillac, Dodge i Ford, jak również amerykański samochód warsztatowy z napędem 4×4 służący w 12. Eskadrze Wywiadowczej. Teraz coś o pewnej ilustracji, na którą być może uśmiechną się „dzieci PRL” pamiętające, jak w LWP nosiło się pistolety maszynowe PM-63 RAK. To, co wspomnę teraz nie jest wadą książki, ponieważ trudno, żeby wadą była duża ciekawostka. Jest owo coś fascynujące i sam widzę to pierwszy raz, a jedynie odrobinę zabrakło do tego czegoś dopowiedzenia. Wprawdzie w sekundę widać, co to jest oraz spod ręki jakich ambitnych projektantów i biznesmenów to coś wyszło oraz w jakim państwie, tylko właśnie zabrakło małego dopowiedzenia, czy aby na pewno było to coś oferowane Polsce tylko przez Amerykanów, czy może wspólnie w „konsorcjum zadaniowym” przez Amerykanów i Brytyjczyków? Na pewno było to coś oferowane Francji, skoro francuski jest opis tego czegoś z katalogu przygotowanego właśnie na rynek francuski. Tłumaczę o co chodzi. Jedyna rzecz, której nie do końca w tej świetnej książce rozumiem, czy też nie potrafię zdefiniować tego, z oferty jakiego państwa pokazane rzeczy pochodzą, to ilustracja otwierająca tę publikację, czyli rozkładane podwójne skrzydło I strony okładki. Co zatem widzimy na wspomnianej podwójnej ilustracji okładkowej? Zgodnie z tytułem książki głównym bohaterem fotografii jest pistolet maszynowy Thompson, ponieważ były te pm-y Polsce oferowane. Każda broń musi mieć swoje oporządzenie już choćby na magazynki, ładowniki, łódki nabojowe lub inne rozwiązania do noszenia przy sobie amunicji. I to wszystko mamy na tej bardzo ciekawej ilustracji z francuskim opisem. Drobny problem jedynie w tym, że widać tam dzieło firmy amerykańskiego oficera kawalerii Ansona Millsa, który po rozstaniu z wojskiem stał się biznesmenem branży „webbingu”, czyli wojskowego oporządzenia parcianego. Gentleman ów założył w Stanach Zjednoczonych firmę Mills Equipment Company, ale po jakimś czasie rozstał się ze swoją ojczyzną (ponoć z przyczyn podatkowych) i wyemigrował do Wielkiej Brytanii. Tam założył firmę Mills Equipment Company Ltd. Amerykańska firma-matka zdążyła jeszcze naprodukować sporo oporządzenia parcianego dla pierwszowojennych American Expeditionary Forces, ale potem już Mills rozwijał się wyłącznie w Wielkiej Brytanii. Tam projektował dużo różnych kompletów wojskowego oporządzenia parcianego, które wchodziło, albo nie wchodziło na wyposażenie jakichś sił zbrojnych. No właśnie – wchodziło, albo nie wchodziło. Sam Mills był bardzo ambitny, chciał być wizjonerem branży oporządzenia i w pewnym stopniu nim był i takich też miał współpracowników. Firma projektowała i oferowała dużo, robiła krótkie serie doświadczalne oporządzenia i organizowała im prezentacje, bo była mistrzem marketingu. I na tej właśnie francuskojęzycznej ilustracji widzimy projekty zespołu Millsa wywodzące się już wyłącznie z brytyjskiej firmy. Jest to taki niedefiniowalny komplet oporządzenia z jakiejś oferty handlowej firmy Mills – prawdopodobnie dla Francji. Są tam elementy brytyjskiego oporządzenia Pattern 1908, ale ogólnie rzecz biorąc są to „wariacje na temat”. Spośród P1908 tak naprawdę jest tam tylko pas główny, manierka i torba noszona na pasie głównym. Cała reszta pomysłów Millsa to oporządzenie ściśle podporządkowane używaniu przez żołnierza pm-u Thompson. Nic z tych rzeczy nie było używane w jakichś siłach zbrojnych, natomiast kabura na Thompsona bez kolby myślę, że niejednemu czytelnikowi wniesie uśmiech na twarz i skojarzenie z polskim RAK-iem. I dlatego do tej bardzo ciekawej ilustracji miło byłoby wiedzieć, czy oferując Polsce Thompsony Amerykanie próbowali zjednoczyć siły z brytyjską firmą Mills? Wyłącznie tej jednej małej ciekawostki brakuje mi w tej książce, a to dlatego, że chyba nie ma na świecie człowieka, który przy wielu nieustannych projektach Millsa z tamtych czasów znałby wszystkie jego wojskowe „webbingowe” pomysły i co, jeśli w ogóle, na finał z tego wychodziło oraz w jakich państwach? Podsumowując: Jest to książka „na gwarancji”. Historyk dr hab. Wojciech Mazur to właśnie gwarant jakości tej publikacji. Gdzieś tak od ok. 20 lat obserwuję pasję i specjalizację tego historyka w wojskowych sprawach zagranicznych Drugiej RP i w tym zakresie tematycznym historyk ten jest po prostu klasą sam dla siebie. Książka może niewielka, albo bardzo znacząca i dużo wnosząca do podjętego tematu. Gorąco polecam. _____________________________________________________________________________________ „USA: Zakupy i propozycje, cz. 2” - wydawnictwo zapowiada na 14 maja tego roku.
  8. Bez wątpienia jego rodzice nosili takie kamizelki, dlatego po napromieniowaniu tatusia i mamusi wyszło z nieboraka, co wyszło. Napawajmy się chwilą - takich imbecyli już nigdy w życiu nie zobaczymy/nie usłyszymy. Nie aż takich, bo to niemożliwe.
  9. Dobre Ten FP-1 faktycznie ma już stałą przepustkę do największych ruskich obiektów strategicznych.
  10. Upadek wiarygodności biznesowej idzie w parze z upadkiem wiarygodności politycznej i sojuszniczej. Maski opadły i chyba nikt już nie ma złudzeń nie tylko co do tego, że będziemy tutaj zasilani w razie „W” setkami tysięcy amerykańskich rakiet, bo nie będziemy nawet za nasze pieniądze, ale także, że amerykański pies z kulawą nogą przybędzie nam zza oceanu na pomoc. Nic z tych rzeczy się nie wydarzy.
  11. Bo warto wiedzieć, że ta irańska rakieta wystrzelona na Irlandię to była operacja fałszywej flagi po to, żeby wznowić wojnę pomiędzy Irlandią a Aberbajdżanem. Ten przeklęty Aberbajdżan ciągle bruździ. W ramach ośmiu zakończonych przez Trumpa wojen on już raz zakończył wojnę pomiędzy Armenią a Aberbajdżanem, a ten ostatni nie dość, że atakuje teraz Irlandię to jeszcze wspiera go Iran.
  12. Myślisz? No to Onet dał ciała.
  13. No naprawdę nieźle. Obrazek jak z Pearl Harbor.
  14. Odpowiedź jest tylko jedna i jedynie prawdziwa: Ile byśmy nie dostali to biorąc pod uwagę to, jak wyglądają współczesne wojny to dostaniemy może (oby!) 5 proc. tego, co realnie będzie potrzebne w razie „W”.
  15. A nas to kowboje nie załatwią koncertowo?
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie