Świetne to.
Drugie w historii amerykańskiej wojskowości upokorzenie na taką skalę i druga związana z tym tak olbrzymia lekcja pokory oraz szacunku dla innych ludzi z konkretnych środowisk wojskowych.
Jak było oblężenie Bastogne to żeby uratować okrążonych trzeba się było ukorzyć przed najlepszymi spadochroniarzami-pathfinderami, których najchętniej wsadziłoby się do ancla, bo to grzeczni chłopcy nie byli. A potem trzeba było na kolanach przyjść do najlepszych pilotów lotnictwa transportowego - samolotowych i szybowcowych - których wiecznie traktowano jako mięso armatnie, lekceważyło się ich profesjonalizm i notorycznie pomijało w awansach i odznaczeniach. I te trzy środowiska uratowały tyłki najwyższych US dowódców, żeby ich amerykańska opinia publiczna potem nie zjadła za fakt, że gdyby Bastogne upadło, to wielu Amerykanów być może byłoby tam wymordowanych jak w Malmedy i/lub zmarłoby z hipotermii, głodu i ran.
A teraz przychodzi się na kolanach do Zełenskiego po systemy antydronowe. Do tego Zełenskiego, którego wcześniej traktowało się jak ścierkę do sprzątania podłogi po wymiotach. Jak się ma skrajnego prymitywa, chama i aroganta za prezydenta to teraz nadszedł czas odebrania lekcji pokory pierwszej tak wielkiej od czasu oblężenia Bastogne. A nawet lekcji większej, bo wtedy przyszło się po prośbie do swoich, a teraz trzeba się ukorzyć dodatkowo, bo przed obcymi.
Jakim zadufanym w sobie prymitywem bez najmniejszej wyobraźni trzeba być, żeby wybrać się na wojnę z ojczyzną Shahedów oraz innych dronów bojowych i być święcie przekonanym, że nie będzie się przesaturowanym przez taki sprzęt? A teraz mamuniu ratuj, bo w nadchodzących midtermsach polegnę jeszcze bardziej niż wyglądało to przed żałosną operacją „Epic Fury” zorganizowaną tak amatorsko i partacko, że nawet trudno to z czymś porównać.