Jump to content

MO - Milicja Oprychów


Recommended Posts

Jak Milicja Obywatelska władzę ludową umacniała. Milicja Oprychów

Po wojnie milicjanci, zamiast wprowadzać ład i porządek, często siali chaos. Niekiedy byli sprawcami najcięższych przestępstw.

Trzy przykłady: 14 maja 1945 r. „Gazeta Lubelska” doniosła o skazaniu na śmierć milicjanta, który zabił dwie osoby. Wyrok wykonano. Wiosną 1947 r. w Wiśniewie niedaleko Ełku komendant tamtejszego MO Konstanty Uliasz zgwałcił trzy kobiety: dwie Polki, jedną Niemkę, dwie z nich w siedzibie posterunku. Został wydalony z MO i aresztowany. 4 lipca 1946 r. w Kielcach rozegrał się największy z powojennych antysemickich pogromów; w dużej mierze dokonał się on przy udziale tamtejszych funkcjonariuszy MO.
My ze spalonych wsi

Po wojnie ciągnęło do milicji młodych mężczyzn, najczęściej bez wykształcenia, zarażonych wojennym stylem życia, zdemoralizowanych. Na terenie województwa kieleckiego 50 proc. oficerów MO było pochodzenia włościańskiego, 30 proc. robotniczego. W przypadku podoficerów i szeregowych aż 65 proc. pochodziło ze wsi, 22 proc. deklarowało pochodzenie robotnicze. Dla nich był to awans społeczny.

Wielu milicjantów ukończyło najwyżej kilka klas szkoły powszechnej, więc przypadki analfabetyzmu dałoby się odnotować prawdopodobnie w każdej komendzie. O poziomie umysłowym ludzi, którzy trafiali do MO, świadczą sporządzone przez nich raporty – napisane językiem mówionym, z licznymi błędami ortograficznymi, logicznymi i stylistycznymi. Funkcjonariuszy pozbawionych elementarnego wykształcenia, po sześciu latach wojny i czasami długim pobycie w partyzantce charakteryzował ogólny bardzo niski poziom wiedzy i kompetencji poznawczych. Tak popularne w PRL dowcipy i anegdoty o milicjantach nie wzięły się z powietrza.

Oficerowie najczęściej deklarowali przynależność do PPR (8–10 proc.), jednak zdecydowana większość podoficerów i szeregowych nie należała do żadnej partii politycznej. W czasie okupacji znaczna część otarła się o konspirację. Do milicji z marszu trafiali żołnierze podziemia komunistycznego. Wiele komend powiatowych i miejskich MO zostało zorganizowanych przez oddziały AL, np. w Lublinie, Kraśniku, Rzeszowie, Siedlcach, Garwolinie, Częstochowie. W szeregach milicji nie brakowało również dawnych członków oddziałów partyzanckich BCh i AK. Były powiaty, w których akowcy stanowili nawet połowę obsady komisariatów. Niektórzy poszli tam z rozkazu swoich konspiracyjnych dowódców, stając się dla nich ważnymi informatorami. Jak piszą autorzy „Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego”, „w latach 1944–1947 w wielu miejscowościach wytworzyła się cicha koegzystencja milicji i podziemia”.

Leśne oddziały podziemia często cechował niski poziom moralny. Niektóre grupy miały na swym koncie napady bandyckie i morderstwa; zamiast walczyć z okupantem, łupiły okoliczną ludność, zabijały ukrywających się Żydów. Motywem wstąpienia do milicji mogła być chęć ukrycia się przed wymiarem sprawiedliwości zgodnie z zasadą, że najciemniej jest pod latarnią. Tylko w sierpniu 1946 r. zwolniono ze służby w woj. wrocławskim sześciu funkcjonariuszy, w tym: oskarżonego o dezercję, za podpisanie volkslisty, za przynależność do ukraińskich oddziałów SS oraz niemieckiego policjanta. Zdaniem analityka Delegatury Rządu na Kraj, „na czele milicji powiatowych, jak miejskich tak wiejskich stoją zawsze ludzie o nieczystych rękach. Bardzo dużo wśród nich złodziei i bandytów z przed 1939 r., względnie szmuglerów z okresu okupacji niemieckiej”.

Milicjantami zostawali również ci, którzy wybierali tę służbę jako bezpieczniejszą – jak się im wydawało – niż w wojsku. Akces do MO w 1944 r. możemy postrzegać jako swoistą dezercję, ucieczkę przed frontem. Dla części był to zapewne naturalny wybór, gdyż wcześniej wchodzili w skład lokalnych grup samoobrony. Wielu z nich wstąpiło w szeregi milicji, ponieważ nie umiało nic innego poza posługiwaniem się bronią i patrolowaniem, natomiast pamiętało wysoką pozycję, jaką cieszyła się przed wojną Policja Państwowa, tzw. granatowa. Praca w niej wiązała się z relatywnie wysokimi zarobkami i motywowanym strachem społecznym posłuchem.

Manifest PKWN nakazywał natychmiastowe rozwiązanie policji. Na jej miejsce, dekretem z 7 października 1944 r., powołano MO. Za tymi decyzjami stały ważne racje polityczne i moralne. Nowa władza potrzebowała nowego i posłusznego organu przymusu, a policję granatową oskarżano o udział w faszyzacji ustroju przedwojennego i nierzadko o kolaborację z Niemcami. Niemniej, w sytuacji powojennego chaosu, rozwiązanie doświadczonej formacji i powołanie na jej miejsce zupełnie świeżej przyniosło chyba więcej szkody niż pożytku. Do nowej służby trafiło tylko niewielu dawnych granatowych, np. w woj. rzeszowskim 3 proc. Wszyscy pozostali policyjnego fachu dopiero musieli się nauczyć.
Z przodu łata, z tyłu łata...

Samo pochodzenie, wcześniejsza zbędność, wojenne doświadczenia nie tłumaczą dostatecznie powojennego, nagannego zachowania wielu milicjantów. Można wskazać na wiele dodatkowych przyczyn.

Szeregowy milicjant otrzymywał 500–550 zł miesięcznie (1945–46 r.), co było na ówczesne warunki pensją głodową. Narzekania na brak butów, umundurowania, niedostateczne wyżywienie napływały ze wszystkich komend wojewódzkich. „W opinii miejscowej ludności milicjant staje się pośmiewiskiem z uwagi na nędzę rodzin milicyjnych” – donoszono z Poznania. Warszawa – „Milicjanci są zgorzkniali z powodu złych warunków materialnych, braku umundurowania, nie zaopatrzenia rodzin itd. Stąd niechęć do służby, (...) liczne wypadki dezercji”. Jak głosiło popularne wówczas powiedzonko o funkcjonariuszach nowej władzy: „Z przodu łata, z tyłu łata, oto idzie demokrata”.

W oficjalnym raporcie kieleckiej Komendy Wojewódzkiej MO z listopada 1945 r. sugerowano nawet możliwość wybuchu buntu, jeśli nie otwartego, to swoistego strajku włoskiego. „W związku z zimą i brakiem płaszczy, sukiennego umundurowania, ciepłej bielizny oraz butów jest ogólnie duże rozgoryczenie wśród milicjantów. (...) Sprawa milicjantów i ich rodzin musi być ujęta przez silniejszą rękę i nie powinna leżeć odłogiem, bo inaczej milicjant opuszcza się w pracy, co jest wynikiem wzrostu przestępczości, na czym cierpi społeczeństwo, a tym samym podważa się powaga Rządu Jedności Narodowej”. W kolejnych raportach ten wątek powracał. W marcu 1946 r. milicyjni delegaci na kielecką konferencję partyjną PPR uchwalili rezolucję, w której żądali wyjaśnienia, dlaczego nie otrzymują podobnych do robotniczych przydziałów żywności, opału, artykułów tekstylnych i paczek UNRRA.

Rozgoryczenie milicjantów byłoby z pewnością mniejsze, gdyby nie funkcjonariusze UB. Frustrujące dla milicjantów było nie tyle to, że oni nie mają, ile to, że mają mniej niż funkcjonariusze bezpieczeństwa. Np. w Krakowie: „Ostatnio milicjanci zwracają uwagę na to, że funkcjonariusze UBP wszyscy dostali płaszcze, a milicjanci – nie”. Rozgoryczenie milicjantów wynikało jednak nie tylko z tego, że tzw. bezpieczniacy mieli płaszcze, porządne buty i dużo wyższe uposażenia. Milicjantów drażniło również ich szarogęszenie się, a mówiąc językiem socjologii – manifestowanie wyższej pozycji na drabinie władzy i prestiżu. Na porządku dziennym były, wynikające z tej niesymetryczności, konflikty między członkami obu tych formacji. Na „nietaktowne” zachowanie ubeków, „błędnie uważających się za coś nadrzędnego” wobec milicjantów, wskazywano w Krakowie. Na porządku dziennym, zwłaszcza w 1945 r., były bójki, postrzelenia jednych przez drugich, konflikty kompetencyjne. W Wodzisławiu w pow. Jędrzejów pijany referent UB chciał rozwiązać spór, rzucając pod nogi milicjantom granat.

Dochodziły do tego krzyżujące się naciski: z jednej strony władz politycznych, z drugiej oddolne, społeczne. Milicjanci mieli stać na straży władzy ludowej i sojuszu z „bratnim Związkiem Radzieckim”, walczyć z „bandami podziemia” i realizować politykę kontyngentów na wsi. Część z nich, chłopskich synów, akceptowała przebudowę stosunków społecznych, popierała rewolucję agrarną. Jednak większość społeczeństwa nie legitymizowała ani rządzących, ani ich celów politycznych, ani użytych środków. Milicjanci znaleźli się więc w sytuacji mało komfortowej psychicznie. Opowiedzenie się po stronie władzy oznaczało wyobcowanie, oskarżenia o zdradę, współpracę ze znienawidzonym UB.

Taka sytuacja u jednych funkcjonariuszy mogła rodzić ideologiczny fanatyzm („będę bronił władzy ludowej przed reakcją”), u innych – pogłębiać konformizm. Z kolei zdecydowane opowiedzenie się po stronie społeczeństwa prowadziło do dezercji z szeregów milicji i współpracy z podziemiem, umiarkowane – do sabotowania poleceń przełożonych. Płaszczyzną spełnienia społecznych oczekiwań względem roli stróża porządku była obrona przed radzieckimi maruderami i antysowietyzm. „tosunek milicjantów do Związku Radzieckiego i do Armii Czerwonej nie jest pozytywny. Ogół milicyjny nie rozumie całokształtu zagadnienia stosunków polsko-sowieckich, nie ocenia dokładnie faktu wyzwolenia Polski przez Armię Czerwoną, sąd o Związku Sowieckim i o Armii Czerwonej wyrabia sobie na podstawie maruderów sowieckich” – to z raportu z Krakowa. W innym ostrzegano: „Musimy przyjąć, że nastroje ludności cywilnej znajdują zawsze oddźwięk i odbicie w nastrojach milicjantów”.

Postawa antyradziecka groziła brakiem awansu lub wręcz zwolnieniem ze służby. Istniała jednak płaszczyzna porozumienia ze społeczeństwem, dająca możliwość zamanifestowania swojego dystansu wobec władzy, jednocześnie bezpieczniejsza, ponieważ niegrożąca (przynajmniej początkowo) surowymi konsekwencjami służbowymi – antysemityzm.

To kolejny ważny element wyłaniającego się obrazu. O rozpowszechnieniu przekonań antysemickich w tej grupie zawodowej świadczą chociażby czystki w milicji przeprowadzone w Krakowie w 1945 r. oraz województwach dolnośląskich, kieleckim i poznańskim po pogromie w Kielcach i wydarzeniach w Kaliszu.

Były pogłoski, że granat do sierocińca żydowskiego w Rabce w sierpniu 1945 r. wrzucili tamtejsi milicjanci. Dwóch funkcjonariuszy z Komendy Powiatowej w Dzierżoniowie na przełomie lipca i sierpnia 1946 r. obrzuciło kamieniami synagogę. Ostrzelali także wartownika Komitetu Żydowskiego. W całym kraju podobnych antysemickich ekscesów z udziałem milicjantów było więcej. Trzeba pamiętać o konflikcie między MO a UB – niewykluczone, że właśnie milicjanci najmocniej podzielali stereotyp odnoszący się m.in. do oficerów ­Urzędów Bezpieczeństwa: „Żydzi rządzą”.

We wrześniu 1945 r., w Komendzie MO przy ul. Wilczej w Warszawie, odbył się dla tamtejszych śledczych wykład „Rasizm i antysemityzm”. Z sali padały głosy: „dopóki Żydzi będą zajmowali stanowiska w Polsce, będzie źle...”, „jesteśmy pokrzywdzeni przez Żydów – niskie płace nasze i robotnicze to wina Żydów, to ich polityka”, „Żydów trzeba wyniszczyć i wygnać”. Słychać było wyraźne szepty: „precz z Żydami!”, „Wypędzić Żydów z bezpieki”.
Obrońcy bimbrowni

Z trudnościami bytowymi powojnia milicjanci radzili sobie, jak mogli, a mogli wiele. „Milicja i UB nie otrzymują zaopatrzenia i wobec tego rabują” – przyznawał Aleksander Zawadzki, wówczas członek BP KC PPR i wojewoda śląsko-dąbrowski. Najważniejszym sposobem na wypełnienie pustego portfela na tzw. Ziemiach Odzyskanych był szaber, względnie przejmowanie towaru od złapanych szabrowników.

„Milicja jest b. słaba, źle uzbrojona i na niesłychanie niskim poziomie moralnym” – oceniano sytuację na Opolszczyźnie. „Milicjanci biorą udział w rabunkach, są często w cichej zmowie z »szabrownikami«”. Powszechne było łapówkarstwo: drobne od „naręcznej handlarki” i znacznie poważniejsze – od rekinów czarnego rynku. Na terenach wiejskich brali od chłopów chcących wymigać się od kontyngentów. „Atmosferę panującą w MO cechuje sprzedajność do tego stopnia, że w powiatach np. dziwią się, jeśli ktoś przyjeżdża na inspekcje z Komendy Głównej i, wyjeżdżając, niczego nie żąda”. Milicjanci powielali zachowania z partyzantki, nagminnie rekwirując żywność i ubrania.

Na terenach bimbrowniczych – np. w okolicach Warszawy – milicyjne grupy przestępcze otaczały wymuszoną opieką nielegalne gorzelnie, zajmując się również dystrybucją samogonu. Zdarzały się wypadki, że milicjanci strzelali „zza płota” do ośmielających się naruszyć mir „ich bimbrowni”.

Pijaństwo milicjantów i nadużywanie przez nich władzy to codzienność powojnia. „Stwierdziłem osobiście – zwracał się do swoich podkomendnych komendant powiatowego posterunku MO w Brzegu – że niektórzy milicjanci nadużywają większą ilość alkoholu (bimbru) i przez takie spijanie się nie są zdolni do pełnienia obowiązków służbowych”. Plagą niektórych miejscowości stały się zdemoralizowane obsady posterunków, które łupiły okoliczną ludność. Miały na koncie wymuszenia, kradzieże, bandyckie napady. Oficer wizytujący woj. warszawskie po tym, co zobaczył, domagał się oddania „pod sąd złodziei i bandytów, znajdujących się jeszcze w MO”. Pijani awanturowali się, wszczynali burdy. W okolicach Chełma w 1944 r.: „[milicjanci] zabierają wódkę, upijają się i wreszcie rozpoczynają polowanie, już nie na dobytek, ale na żywych ludzi”.

Większość była brutalna i chamska, swoim zachowaniem podnosiła poziom i tak wysokiego poczucia opresji i braku bezpieczeństwa. 4 maja 1947 r. we wsi Mały Płock (pow. łomżyński) odbyła się zabawa, podczas której bawiący się na niej Edward Cytrian został zastrzelony przez jednego z milicjantów. Ojciec zabitego chłopaka zeznał później: „Komendant [MO] dał rozkaz zatrzymać wszystkich i szukać bandyty. (...) Ja zwróciłem się do Komendanta ze słowami: »Za co zabiliście mi syna, coście zrobili?«. Komendant nastawił mi do głowy pistolet i rzekł, że zaraz i mnie zabije. Ciało mego syna wyniesiono na podwórko. Zarządzenie Komendanta był, że ma tu leżeć do rana. Matka zabitego zrozpaczona otrzymała kilka kopnięć od Komendanta i została oderwana od syna i odepchnięta (...). Komendant nie chciał mi wydać ciała, gdy ja w rozpaczy powiedziałem, że zabiorę, wtedy Komendant kpr. Woźniak uderzył mnie kilka razy w twarz ręką (rozpacz moja nie miała granic) poczem wydobył rewolwer i dał trzy strzały nad samą głową, tak że ogień pryskał mi w oczy, poczym dał mi kilka ciosów rewolwerem”.

Kilkanaście, może kilkadziesiąt zdemoralizowanych posterunków w całości zostało rozwiązanych przez służby wewnętrzne. W całym kraju było parę akcji weryfikacji kadr w MO. Na przykład w Gdańsku zwolniono w 1945 r. 3 tys. osób, w woj. śląsko-dąbrowskim – 1,6 tys., na Dolnym Śląsku – ponad 2 tys.

Łatwymi ofiarami, które nie miały komu się poskarżyć, byli przedstawiciele mniejszości narodowych – na Ziemiach Odzyskanych Niemcy, w woj. rzeszowskim – Ukraińcy. Przetrzymywanie ich w aresztach bez powodu, gwałcenie kobiet, okradanie podczas wysiedleń było na porządku dziennym. W tym kontekście bardziej zrozumiałe wydają się motywy uczestnictwa części milicjantów w antysemickim pogromie w Kielcach. Sfrustrowani i źli prawdopodobnie chcieli przeprowadzić rutynową kradzież pod pozorem rewizji w domu zajmowanym przez gminę żydowską. Jako zasłony dymnej użyli opowieści o rzekomym porwaniu przez Żydów chrześcijańskich dzieci. Być może także zadziałał freudowski mechanizm przeniesienia agresji z postrzeganych jako Żydzi ubeków, którym trudno było zaszkodzić, na cywilną ludność żydowską.

Jak widać, złe czasy rodzą złych ludzi; podobnie było w wielu innych krajach i po wielu innych wojnach, choćby amerykańskiej secesyjnej, gdy szeryf nierzadko zamieniał się rolą ze ściganym bandytą.

Marcin Zaremba

Więcej pod adresem http://www.polityka.pl/historia/1521232,1,jak-milicja-obywatelska-wladze-ludowa-umacniala.read?print=true#ixzz1eRME8JOE
Link to post
Share on other sites
Jak Milicja Obywatelska władzę ludową umacniała. Milicja Oprychów

Po wojnie milicjanci, zamiast wprowadzać ład i porządek, często siali chaos. Niekiedy byli sprawcami najcięższych przestępstw.
Trzy przykłady: 14 maja 1945 r. „Gazeta Lubelska” doniosła o skazaniu na śmierć milicjanta, który zabił dwie osoby. Wyrok wykonano. Wiosną 1947 r. w Wiśniewie niedaleko Ełku komendant tamtejszego MO Konstanty Uliasz zgwałcił trzy kobiety: dwie Polki, jedną Niemkę, dwie z nich w siedzibie posterunku. Został wydalony z MO i aresztowany. 4 lipca 1946 r. w Kielcach rozegrał się największy z powojennych antysemickich pogromów; w dużej mierze dokonał się on przy udziale tamtejszych funkcjonariuszy MO.
My ze spalonych wsi
Po wojnie ciągnęło do milicji młodych mężczyzn, najczęściej bez wykształcenia, zarażonych wojennym stylem życia, zdemoralizowanych. Na terenie województwa kieleckiego 50 proc. oficerów MO było pochodzenia włościańskiego, 30 proc. robotniczego. W przypadku podoficerów i szeregowych aż 65 proc. pochodziło ze wsi, 22 proc. deklarowało pochodzenie robotnicze. Dla nich był to awans społeczny.
Wielu milicjantów ukończyło najwyżej kilka klas szkoły powszechnej, więc przypadki analfabetyzmu dałoby się odnotować prawdopodobnie w każdej komendzie. O poziomie umysłowym ludzi, którzy trafiali do MO, świadczą sporządzone przez nich raporty – napisane językiem mówionym, z licznymi błędami ortograficznymi, logicznymi i stylistycznymi. Funkcjonariuszy pozbawionych elementarnego wykształcenia, po sześciu latach wojny i czasami długim pobycie w partyzantce charakteryzował ogólny bardzo niski poziom wiedzy i kompetencji poznawczych. Tak popularne w PRL dowcipy i anegdoty o milicjantach nie wzięły się z powietrza.
Oficerowie najczęściej deklarowali przynależność do PPR (8–10 proc.), jednak zdecydowana większość podoficerów i szeregowych nie należała do żadnej partii politycznej. W czasie okupacji znaczna część otarła się o konspirację. Do milicji z marszu trafiali żołnierze podziemia komunistycznego. Wiele komend powiatowych i miejskich MO zostało zorganizowanych przez oddziały AL, np. w Lublinie, Kraśniku, Rzeszowie, Siedlcach, Garwolinie, Częstochowie. W szeregach milicji nie brakowało również dawnych członków oddziałów partyzanckich BCh i AK. Były powiaty, w których akowcy stanowili nawet połowę obsady komisariatów. Niektórzy poszli tam z rozkazu swoich konspiracyjnych dowódców, stając się dla nich ważnymi informatorami. Jak piszą autorzy „Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego”, „w latach 1944–1947 w wielu miejscowościach wytworzyła się cicha koegzystencja milicji i podziemia”.
Leśne oddziały podziemia często cechował niski poziom moralny. Niektóre grupy miały na swym koncie napady bandyckie i morderstwa; zamiast walczyć z okupantem, łupiły okoliczną ludność, zabijały ukrywających się Żydów. Motywem wstąpienia do milicji mogła być chęć ukrycia się przed wymiarem sprawiedliwości zgodnie z zasadą, że najciemniej jest pod latarnią. Tylko w sierpniu 1946 r. zwolniono ze służby w woj. wrocławskim sześciu funkcjonariuszy, w tym: oskarżonego o dezercję, za podpisanie volkslisty, za przynależność do ukraińskich oddziałów SS oraz niemieckiego policjanta. Zdaniem analityka Delegatury Rządu na Kraj, „na czele milicji powiatowych, jak miejskich tak wiejskich stoją zawsze ludzie o nieczystych rękach. Bardzo dużo wśród nich złodziei i bandytów z przed 1939 r., względnie szmuglerów z okresu okupacji niemieckiej”.
Milicjantami zostawali również ci, którzy wybierali tę służbę jako bezpieczniejszą – jak się im wydawało – niż w wojsku. Akces do MO w 1944 r. możemy postrzegać jako swoistą dezercję, ucieczkę przed frontem. Dla części był to zapewne naturalny wybór, gdyż wcześniej wchodzili w skład lokalnych grup samoobrony. Wielu z nich wstąpiło w szeregi milicji, ponieważ nie umiało nic innego poza posługiwaniem się bronią i patrolowaniem, natomiast pamiętało wysoką pozycję, jaką cieszyła się przed wojną Policja Państwowa, tzw. granatowa. Praca w niej wiązała się z relatywnie wysokimi zarobkami i motywowanym strachem społecznym posłuchem.
Manifest PKWN nakazywał natychmiastowe rozwiązanie policji. Na jej miejsce, dekretem z 7 października 1944 r., powołano MO. Za tymi decyzjami stały ważne racje polityczne i moralne. Nowa władza potrzebowała nowego i posłusznego organu przymusu, a policję granatową oskarżano o udział w faszyzacji ustroju przedwojennego i nierzadko o kolaborację z Niemcami. Niemniej, w sytuacji powojennego chaosu, rozwiązanie doświadczonej formacji i powołanie na jej miejsce zupełnie świeżej przyniosło chyba więcej szkody niż pożytku. Do nowej służby trafiło tylko niewielu dawnych granatowych, np. w woj. rzeszowskim 3 proc. Wszyscy pozostali policyjnego fachu dopiero musieli się nauczyć.
Z przodu łata, z tyłu łata...
Samo pochodzenie, wcześniejsza zbędność, wojenne doświadczenia nie tłumaczą dostatecznie powojennego, nagannego zachowania wielu milicjantów. Można wskazać na wiele dodatkowych przyczyn.
Szeregowy milicjant otrzymywał 500–550 zł miesięcznie (1945–46 r.), co było na ówczesne warunki pensją głodową. Narzekania na brak butów, umundurowania, niedostateczne wyżywienie napływały ze wszystkich komend wojewódzkich. „W opinii miejscowej ludności milicjant staje się pośmiewiskiem z uwagi na nędzę rodzin milicyjnych” – donoszono z Poznania. Warszawa – „Milicjanci są zgorzkniali z powodu złych warunków materialnych, braku umundurowania, nie zaopatrzenia rodzin itd. Stąd niechęć do służby, (...) liczne wypadki dezercji”. Jak głosiło popularne wówczas powiedzonko o funkcjonariuszach nowej władzy: „Z przodu łata, z tyłu łata, oto idzie demokrata”.
W oficjalnym raporcie kieleckiej Komendy Wojewódzkiej MO z listopada 1945 r. sugerowano nawet możliwość wybuchu buntu, jeśli nie otwartego, to swoistego strajku włoskiego. „W związku z zimą i brakiem płaszczy, sukiennego umundurowania, ciepłej bielizny oraz butów jest ogólnie duże rozgoryczenie wśród milicjantów. (...) Sprawa milicjantów i ich rodzin musi być ujęta przez silniejszą rękę i nie powinna leżeć odłogiem, bo inaczej milicjant opuszcza się w pracy, co jest wynikiem wzrostu przestępczości, na czym cierpi społeczeństwo, a tym samym podważa się powaga Rządu Jedności Narodowej”. W kolejnych raportach ten wątek powracał. W marcu 1946 r. milicyjni delegaci na kielecką konferencję partyjną PPR uchwalili rezolucję, w której żądali wyjaśnienia, dlaczego nie otrzymują podobnych do robotniczych przydziałów żywności, opału, artykułów tekstylnych i paczek UNRRA.
Rozgoryczenie milicjantów byłoby z pewnością mniejsze, gdyby nie funkcjonariusze UB. Frustrujące dla milicjantów było nie tyle to, że oni nie mają, ile to, że mają mniej niż funkcjonariusze bezpieczeństwa. Np. w Krakowie: „Ostatnio milicjanci zwracają uwagę na to, że funkcjonariusze UBP wszyscy dostali płaszcze, a milicjanci – nie”. Rozgoryczenie milicjantów wynikało jednak nie tylko z tego, że tzw. bezpieczniacy mieli płaszcze, porządne buty i dużo wyższe uposażenia. Milicjantów drażniło również ich szarogęszenie się, a mówiąc językiem socjologii – manifestowanie wyższej pozycji na drabinie władzy i prestiżu. Na porządku dziennym były, wynikające z tej niesymetryczności, konflikty między członkami obu tych formacji. Na „nietaktowne” zachowanie ubeków, „błędnie uważających się za coś nadrzędnego” wobec milicjantów, wskazywano w Krakowie. Na porządku dziennym, zwłaszcza w 1945 r., były bójki, postrzelenia jednych przez drugich, konflikty kompetencyjne. W Wodzisławiu w pow. Jędrzejów pijany referent UB chciał rozwiązać spór, rzucając pod nogi milicjantom granat.
Dochodziły do tego krzyżujące się naciski: z jednej strony władz politycznych, z drugiej oddolne, społeczne. Milicjanci mieli stać na straży władzy ludowej i sojuszu z „bratnim Związkiem Radzieckim”, walczyć z „bandami podziemia” i realizować politykę kontyngentów na wsi. Część z nich, chłopskich synów, akceptowała przebudowę stosunków społecznych, popierała rewolucję agrarną. Jednak większość społeczeństwa nie legitymizowała ani rządzących, ani ich celów politycznych, ani użytych środków. Milicjanci znaleźli się więc w sytuacji mało komfortowej psychicznie. Opowiedzenie się po stronie władzy oznaczało wyobcowanie, oskarżenia o zdradę, współpracę ze znienawidzonym UB.
Taka sytuacja u jednych funkcjonariuszy mogła rodzić ideologiczny fanatyzm („będę bronił władzy ludowej przed reakcją”), u innych – pogłębiać konformizm. Z kolei zdecydowane opowiedzenie się po stronie społeczeństwa prowadziło do dezercji z szeregów milicji i współpracy z podziemiem, umiarkowane – do sabotowania poleceń przełożonych. Płaszczyzną spełnienia społecznych oczekiwań względem roli stróża porządku była obrona przed radzieckimi maruderami i antysowietyzm. „tosunek milicjantów do Związku Radzieckiego i do Armii Czerwonej nie jest pozytywny. Ogół milicyjny nie rozumie całokształtu zagadnienia stosunków polsko-sowieckich, nie ocenia dokładnie faktu wyzwolenia Polski przez Armię Czerwoną, sąd o Związku Sowieckim i o Armii Czerwonej wyrabia sobie na podstawie maruderów sowieckich” – to z raportu z Krakowa. W innym ostrzegano: „Musimy przyjąć, że nastroje ludności cywilnej znajdują zawsze oddźwięk i odbicie w nastrojach milicjantów”.
Postawa antyradziecka groziła brakiem awansu lub wręcz zwolnieniem ze służby. Istniała jednak płaszczyzna porozumienia ze społeczeństwem, dająca możliwość zamanifestowania swojego dystansu wobec władzy, jednocześnie bezpieczniejsza, ponieważ niegrożąca (przynajmniej początkowo) surowymi konsekwencjami służbowymi – antysemityzm.
To kolejny ważny element wyłaniającego się obrazu. O rozpowszechnieniu przekonań antysemickich w tej grupie zawodowej świadczą chociażby czystki w milicji przeprowadzone w Krakowie w 1945 r. oraz województwach dolnośląskich, kieleckim i poznańskim po pogromie w Kielcach i wydarzeniach w Kaliszu.
Były pogłoski, że granat do sierocińca żydowskiego w Rabce w sierpniu 1945 r. wrzucili tamtejsi milicjanci. Dwóch funkcjonariuszy z Komendy Powiatowej w Dzierżoniowie na przełomie lipca i sierpnia 1946 r. obrzuciło kamieniami synagogę. Ostrzelali także wartownika Komitetu Żydowskiego. W całym kraju podobnych antysemickich ekscesów z udziałem milicjantów było więcej. Trzeba pamiętać o konflikcie między MO a UB – niewykluczone, że właśnie milicjanci najmocniej podzielali stereotyp odnoszący się m.in. do oficerów ­Urzędów Bezpieczeństwa: „Żydzi rządzą”.
We wrześniu 1945 r., w Komendzie MO przy ul. Wilczej w Warszawie, odbył się dla tamtejszych śledczych wykład „Rasizm i antysemityzm”. Z sali padały głosy: „dopóki Żydzi będą zajmowali stanowiska w Polsce, będzie źle...”, „jesteśmy pokrzywdzeni przez Żydów – niskie płace nasze i robotnicze to wina Żydów, to ich polityka”, „Żydów trzeba wyniszczyć i wygnać”. Słychać było wyraźne szepty: „precz z Żydami!”, „Wypędzić Żydów z bezpieki”.
Obrońcy bimbrowni
Z trudnościami bytowymi powojnia milicjanci radzili sobie, jak mogli, a mogli wiele. „Milicja i UB nie otrzymują zaopatrzenia i wobec tego rabują” – przyznawał Aleksander Zawadzki, wówczas członek BP KC PPR i wojewoda śląsko-dąbrowski. Najważniejszym sposobem na wypełnienie pustego portfela na tzw. Ziemiach Odzyskanych był szaber, względnie przejmowanie towaru od złapanych szabrowników.
„Milicja jest b. słaba, źle uzbrojona i na niesłychanie niskim poziomie moralnym” – oceniano sytuację na Opolszczyźnie. „Milicjanci biorą udział w rabunkach, są często w cichej zmowie z »szabrownikami«”. Powszechne było łapówkarstwo: drobne od „naręcznej handlarki” i znacznie poważniejsze – od rekinów czarnego rynku. Na terenach wiejskich brali od chłopów chcących wymigać się od kontyngentów. „Atmosferę panującą w MO cechuje sprzedajność do tego stopnia, że w powiatach np. dziwią się, jeśli ktoś przyjeżdża na inspekcje z Komendy Głównej i, wyjeżdżając, niczego nie żąda”. Milicjanci powielali zachowania z partyzantki, nagminnie rekwirując żywność i ubrania.
Na terenach bimbrowniczych – np. w okolicach Warszawy – milicyjne grupy przestępcze otaczały wymuszoną opieką nielegalne gorzelnie, zajmując się również dystrybucją samogonu. Zdarzały się wypadki, że milicjanci strzelali „zza płota” do ośmielających się naruszyć mir „ich bimbrowni”.
Pijaństwo milicjantów i nadużywanie przez nich władzy to codzienność powojnia. „Stwierdziłem osobiście – zwracał się do swoich podkomendnych komendant powiatowego posterunku MO w Brzegu – że niektórzy milicjanci nadużywają większą ilość alkoholu (bimbru) i przez takie spijanie się nie są zdolni do pełnienia obowiązków służbowych”. Plagą niektórych miejscowości stały się zdemoralizowane obsady posterunków, które łupiły okoliczną ludność. Miały na koncie wymuszenia, kradzieże, bandyckie napady. Oficer wizytujący woj. warszawskie po tym, co zobaczył, domagał się oddania „pod sąd złodziei i bandytów, znajdujących się jeszcze w MO”. Pijani awanturowali się, wszczynali burdy. W okolicach Chełma w 1944 r.: „[milicjanci] zabierają wódkę, upijają się i wreszcie rozpoczynają polowanie, już nie na dobytek, ale na żywych ludzi”.
Większość była brutalna i chamska, swoim zachowaniem podnosiła poziom i tak wysokiego poczucia opresji i braku bezpieczeństwa. 4 maja 1947 r. we wsi Mały Płock (pow. łomżyński) odbyła się zabawa, podczas której bawiący się na niej Edward Cytrian został zastrzelony przez jednego z milicjantów. Ojciec zabitego chłopaka zeznał później: „Komendant [MO] dał rozkaz zatrzymać wszystkich i szukać bandyty. (...) Ja zwróciłem się do Komendanta ze słowami: »Za co zabiliście mi syna, coście zrobili?«. Komendant nastawił mi do głowy pistolet i rzekł, że zaraz i mnie zabije. Ciało mego syna wyniesiono na podwórko. Zarządzenie Komendanta był, że ma tu leżeć do rana. Matka zabitego zrozpaczona otrzymała kilka kopnięć od Komendanta i została oderwana od syna i odepchnięta (...). Komendant nie chciał mi wydać ciała, gdy ja w rozpaczy powiedziałem, że zabiorę, wtedy Komendant kpr. Woźniak uderzył mnie kilka razy w twarz ręką (rozpacz moja nie miała granic) poczem wydobył rewolwer i dał trzy strzały nad samą głową, tak że ogień pryskał mi w oczy, poczym dał mi kilka ciosów rewolwerem”.
Kilkanaście, może kilkadziesiąt zdemoralizowanych posterunków w całości zostało rozwiązanych przez służby wewnętrzne. W całym kraju było parę akcji weryfikacji kadr w MO. Na przykład w Gdańsku zwolniono w 1945 r. 3 tys. osób, w woj. śląsko-dąbrowskim – 1,6 tys., na Dolnym Śląsku – ponad 2 tys.
Łatwymi ofiarami, które nie miały komu się poskarżyć, byli przedstawiciele mniejszości narodowych – na Ziemiach Odzyskanych Niemcy, w woj. rzeszowskim – Ukraińcy. Przetrzymywanie ich w aresztach bez powodu, gwałcenie kobiet, okradanie podczas wysiedleń było na porządku dziennym. W tym kontekście bardziej zrozumiałe wydają się motywy uczestnictwa części milicjantów w antysemickim pogromie w Kielcach. Sfrustrowani i źli prawdopodobnie chcieli przeprowadzić rutynową kradzież pod pozorem rewizji w domu zajmowanym przez gminę żydowską. Jako zasłony dymnej użyli opowieści o rzekomym porwaniu przez Żydów chrześcijańskich dzieci. Być może także zadziałał freudowski mechanizm przeniesienia agresji z postrzeganych jako Żydzi ubeków, którym trudno było zaszkodzić, na cywilną ludność żydowską.
Jak widać, złe czasy rodzą złych ludzi; podobnie było w wielu innych krajach i po wielu innych wojnach, choćby amerykańskiej secesyjnej, gdy szeryf nierzadko zamieniał się rolą ze ściganym bandytą.
Marcin Zaremba

Więcej pod adresem http://www.polityka.pl/historia/1521232,1,jak-milicja-obywatelska-wladze-ludowa-umacniala.read?print=true#ixzz1eRME8JOE
Link to post
Share on other sites
Baju baju będziesz w raju.Co można napisać może tak:
MO-mogą okraść,ORMO-oni również mogą okraść.
Ja już Wam pisałem do 48 r nie było milicji komunistycznej to byli zwykli mieszkańcy którzy pilnowali porządku i dla nich Żyd czy nie Żyd to nie był problem,bo Oni widzieli jak niemcy mordowali Żydów.
Pisanie takich bzdur to po prostu strata czasu.
Lepiej napisać-nienawidzę komuny i wtedy jest wszystko proste.
Bo gdy śpi rozum to szaleją demony.
Link to post
Share on other sites
Jacek, bez obrazy, ale z Twych wypowiedzi miarkuję, że byłeś komunistycznym trepem, znam po prostu to charakterystyczne, prostackie słownictwo propagandowe, którego używasz. Jeśli się mylę, to sprostuj, ale jestem na 99% pewien, że wychowali Cię oficerowie polityczno- wychowawczy".
Link to post
Share on other sites
Do tworzenia milicji przystąpiono niedługo po wkroczeniu wojsk sowieckich i polskich na terytorium obecnej Polski. 27 lipca 1944 r. utworzony kilka dni wcześniej w Moskwie (bo przecież nie w Lublinie) Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego wydał nader krótki, bo liczący zaledwie pięć artykułów dekret „O ustanowieniu Milicji Obywatelskiej”. Dekret ten postanawiał, że każda rada narodowa, miejska albo gminna, powołuje MO do pilnowania bezpieczeństwa i porządku na podległym sobie terytorium, a następnie sprawuje nad nią nadzór pod względem gospodarczym i finansowym oraz z punktu widzenia kontroli społecznej. Merytoryczną podstawą działań MO miały być natomiast rozporządzenia, zarządzenia i instrukcje wydawane przez kierownika resortu bezpieczeństwa publicznego.

Dziennik ustaw na przemiał

MO miała być więc formacją podporządkowaną władzom lokalnym. Taka koncepcja aparatu represji nie spodobała się jednak Sowietom i tym polskim komunistom, którzy okres okupacji spędzili w ZSRR i zapatrzeni byli w tamtejsze wzorce. Ich zdaniem, podstawową rolę w tym zakresie winien był odgrywać centralizowany aparat bezpieczeństwa – wzorowany na sowieckim NKWD – zaś formacja porządkowa powinna być jedynie jego uzupełnieniem.

W następstwie wspomnianego sprzeciwu doszło do rzeczy niebywałej – choć dekret o utworzeniu MO został opublikowany w Dzienniku Ustaw (oznaczonym numerem 2) z 15 sierpnia 1944 r., to nie tylko, że nie został on wprowadzony w życie, ale cały nakład wspomnianego Dz.U. po prostu poszedł na przemiał. W nowej edycji dziennika ustaw o Milicji Obywatelskiej nie było już mowy.

Tak, jak chcieli Sowieci

Druga wersja dekretu o MO została uchwalona 7 października 1944 r. Dekret ten stanowił, że Milicja Obywatelska jest publicznoprawną formacją służby bezpieczeństwa publicznego, podległą kierownikowi resortu bezpieczeństwa publicznego. Pierwszym Komendantem Głównym MO został Franciszek Jóźwiak ps. Witold (1895 – 1966), który funkcję sprawował do 1949 r. (następnie został szefem NIK).

Milicja stała się więc częścią aparatu, którego głównym celem było nie tyle chwytanie zwykłych przestępców, co raczej tępienie ludzi uznanych za przeciwników „władzy ludowej” i generalne zastraszenie społeczeństwa – tak, by pokornie pozwoliło ono narzucić sobie „najbardziej postępowy na świecie” ustrój polityczny i społeczny, jaki od blisko trzech dekad istniał już w ZSRR.

http://kalendarium.polska.pl/wydarzenia/article.htm?id=247508
Link to post
Share on other sites
kindzale ja to znam z opowieści prostego ludu-polityki na tym szczeblu nie było bo być nie mogło.
Zresztą taka ciekawostka ,za komuny funkcjonowało coś takiego jak straż obywatelska.Takiej formacji oficjalnie nie było tworzono to w okresie szczególnego zagrożenia.
Ja to pamiętam ze wsi Sonina k/Łańcuta.
Był taki okres że nieznany sprawca podpalał budynki we wsi.
Te dyżury/patrole/szły od domu do domu i każdy musiał brać w nich udział./chodziło się po wsi i rewidowało się osoby napotkane-czy to było legalne czy nie to nie wiem ale takie coś było/
Trwało to parę miesięcy,tyle zeszło ujęcie podpalacza przez ha,ha Milicję Obywatelską.
Znam to bo w zastępstwie mojego dziadka ja chodziłem uzbrojony w kij sękaty/o taka ciekawostka/
Link to post
Share on other sites
Ja bym tak sowietów do wszystkiego nie mieszał.
Dla mnie to była prosta walka o władzę.
A także proponowałbym aby MO do represji nie mieszać.Jako aparat represyjny byli Oni nie pewni.Ludzie ich znali,znali gdzie mieszkali i znali ich rodziny.To z tego okresu po 48r pochodzi kawał,,Ojciec porządny,matka porządna -syn milicjant,,
Całą brudną robotę wykonywały specsłużby/UB czy KBW/
Zresztą tak jest i dziś do brudnej roboty są CBŚ i inne,,firmy,,.
Policja raczej nie./?/
Zresztą nikt mądry nie wymyślił jeszcze coś lepszego niż Policja,Milicja czy podobne formacje porządkowe.
Ostatnia kwestia Milicja Oprychów?.
Absolutnie nie/mam na myśli MO bez specsłużb/
Ja bym napisał inaczejMilicja miała takich ludzi jak społeczeństwo byli lepsi i gorsi,czy byli bandyci niestety też,tak jak zresztą i dziś.
Na koniec- piszący te słowa nie był ani nikt z mojej rodziny nie był powiązany z tą formacją więc myślę że tych parę słów mogłem napisać.
Mój dziadek do 48r był w Milicji przestał być kiedy to zabroniono chodzić do kościoła /to jego słowa/ z tym że nie był ,,zawodowym milicjantem On pracował w szpitalu i miał dyżury w komisariacie.Czyli wg moich wyobrażeń był takim ORMO.
Z tym jak On mi mówił nosili mundury wojskowe i pepesze.
Jeżdzili samochodem ciężarowym, acha patrole były sześcioosobowe.Tyle pamiętam z opowieści dziadka.Dziadek był kapralem przedwojennym i walczył we wrześniu,dostał się do niewoli.W domu często odwiedzali Go żołnierze niemieccy rodzina bauera i sąsiedzi gdzie pracował.
Wszyscy o Tym wiedzieli a mimo to do Milicji go przyjęto od wyzwolenia tj1944.
Z tego okresu/milicyjnego nie zachowały się żadne dokumenty,poza wspomnieniami jego ,mojego ojca i sąsiadów.
Dziadek był wiejskim specjalistą samoukiem umiał praktycznie wszystko on to z mieszkańcami wsi odbudowywał mosty na rzeczce Sawie w Soninie gdzie rozbrajała się dobrowolnie niemiecka dywizja pancerna,która zostawiła na pamiątkę tam swoje czołgi w tym co najmniej jednego Tygrysa.
Z tego to czołgu przez wiele lat miałem pamiątkę w postaci/ kanistrów/.
Link to post
Share on other sites

Archived

This topic is now archived and is closed to further replies.



×
  • Create New...

Important Information