Jump to content

Archived

This topic is now archived and is closed to further replies.

JAZON75

Swietłana Aleksijewicz - Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"

Recommended Posts

Fragment książki;

„Ktoś nas wydał... Niemcy dowiedzieli się, gdzie jest miejsce
postoju partyzantów. Otoczyli las ze wszystkich stron i zablokowali
drogi do niego. Chowaliśmy się w dzikich gąszczach,
ratowały nas bagna, na które ścigający się nie zapuszczali. Trzęsawisko
wciągało i sprzęt, i ludzi. Całymi dniami, tygodniami
nawet staliśmy po szyję w wodzie. Była z nami radiotelegrafistka,
która niedawno urodziła. Dziecko głodne, chce piersi... Ale
matka sama jest głodna, mleka nie ma, dziecko płacze. Niemcy
są tuż obok... Z psami... Jak psy usłyszą, to zginiemy wszyscy.
Cała grupa, trzydzieści osób... Rozumie pani?
Zapada decyzja.
Nikt nie mnie przekazać rozkazu dowódcy, ale matka sama
się domyśliła. Zanurza zawiniątko z dzieckiem w wodzie i długo
trzyma... Dziecko już nie krzyczy. Nic nie słychać... A my nie
możemy podnieść wzroku. Ani na matkę, ani na siebie
nawzajem...
„Kiedy braliśmy jeńców, przyprowadzaliśmy do oddziału... Nie
rozstrzeliwaliśmy ich, to za lekka śmierć, zakłuwaliśmy jak
świnie, wyciorami, krajaliśmy ich na kawałki. Chodziłam, żeby
na to popatrzeć... Czekałam! Długo czekałam na chwilę, kiedy
z bólu zaczną pękać oczy... Źrenice...
Co pani o tym może wiedzieć?! Oni moją mamę i siostrzyczki
spalili na stosie pośrodku wsi..."
„Nie zapamiętałam z wojny ani kotów, ani psów, pamiętam
szczury. Wielkie... Z żółtoniebieskimi oczami... Było ich nieprzebrane
mnóstwo. Kiedy jakoś wydobrzałam po tym, jak
byłam ranna, ze szpitala skierowano mnie z powrotem do
oddziału. Stacjonowaliśmy w okopach pod Stalingradem. Dowódca
rozkazał: «Zaprowadźcie ją do panieńskiej ziemianki».
Weszłam do ziemianki i po pierwsze zdziwiło mnie to, że
nie ma tam żadnych rzeczy. Puste posłania z gałęzi świerkowych
i tyle. Nie uprzedzili mnie... Zostawiłam w ziemiance
plecak i wyszłam, a kiedy pół godziny później wróciłam, plecaka
już nie zastałam. Nawet śladu po nim nie było, nawet
grzebienia i ołówka. Okazało się, że szczury wszystko zaraz
zjadły...
A rano pokazali mi poogryzane ręce u ciężko rannych...
Na najstraszniejszych nawet filmach nie widziałam, jak
szczury uciekają z miasta przed ostrzałem artyleryjskim. Nie
w Stalingradzie... To już było pod Wiaźmą... Rano po mieście
biegały stada szczurów, uciekały na pola. Czuły śmierć. Były
ich tysiące... Czarne, szare... Ludzie w przerażeniu oglądali to
złowieszcze widowisko i przyciskali się do ścian domów. I dokładnie
w tej chwili, kiedy szczury znikły nam z oczu, zaczął
się ostrzał. Nadlatywały samoloty. Zamiast domów i piwnic
zostawał kamienny pył...

„Rano grupa pacyfikacyjna podpaliła naszą wieś... Zapaliły
się słomiane dachy. Uratowali się tylko ci, którzy uciekli do
lasu. Uciekli bez niczego, z pustymi rękami, nawet chleba
ze sobą nie zabrali. Ani jajek, ani słoniny. W nocy ciocia Na-
stia, nasza sąsiadka, biła swoją Juleczkę, bo ta cały czas płakała.
Ciocia Nastia miała pięcioro dzieci. Juleczka, moja przyjaciółka,
była najsłabsza. Zawsze chorowała... A z nią czterech braci, i
wszyscy prosili jeść. Cioci Nastii wtedy się rozum pomieszał:
«Uuu... Uuu...». A w nocy usłyszałam... Juleczka prosiła:
«Mamusiu, nie top mnie. Ja już nie będę... Już nie będę prosiła
o jedzenie, nie będę...».
Rankiem już nie zobaczyłam Juleczki... Już nikt jej nie
widział.
Ciocia Nastia... Kiedy wróciliśmy do wsi na węgielki... Wieś
spłonęła... Ciocia Nastia powiesiła się na czarnej jabłoni
w swoim ogrodzie. A dzieci stały koło niej i prosiły jeść..."

Jedna z lepszych książek jakie ostatnio czytałem.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Pozycja absolutnie obowiązkowa dla wszystkich interesujących się szerokimi aspektami II wojny światowej (a zwłaszcza dla tych, którym najbliższy jest tym ten drobny trybik w machinie śmierci - człowiek).
Dodam, że spore wrażenie robi podejście autorki do tematu. Przychodziła na rozmowy z weterankami i zazwyczaj na pierwszy plan wysuwał się mąż, obwieszony medalami gawędziarz z historiami Jak to na wojence ładnie".
Swietłana Aleksiejewicz odsuwała delikwenta na bok wskazując, że z Panem nie chcę rozmawiać, chcę rozmawiać z Pańską żoną".
I słuchała opowieści o życiu, śmierci, utraconych dzieciach, ciężkim karabinie, za dużych butach i o tym, że wysyłając je na front nikt nie pomyślał o problemach z menstruacją...
Wrażliwych ostrzegam - książka wywołuje żywe emocje. pozostawia obojetnym może wywołnie

Share this post


Link to post
Share on other sites
Nie polecam, za to, Cynkowych chłopców...

W zasadzie wszystkie zacytowane historie sprowadzają się do tragedii matek, poranionej psychiki poborowych i przy N-tej opowieści już robi się to udne"...

Ja się w połowie książki poddałem...

Share this post


Link to post
Share on other sites



×
×
  • Create New...

Important Information