Jump to content

Speedy

Forum members
  • Content Count

    593
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

0 Neutral

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Ależ to nie jest zarzut, tylko stwierdzenie faktu. Wikipedia też od tego jest, podaje fakty, a faktem jest że wtedy tak prasa pisała o Starfighterach. Parę lat temu trafiłem na jakimś rosyjskim forum na recenzję książki o Su-7. Były tam obszerne cytaty z książki, fragmenty poświęcone właśnie zagadnieniom bezpieczeństwa. Autor posługiwał się tam specyficznym wskaźnikiem, liczbą godzin wylatanych na 1 wypadek/katastrofę z utratą samolotu (niezależnie od przyczyny - awaria, błąd pilota czy obsługi, warunki meteorologiczne czy wszelkie inne powody). Otóż w 1964 czyli wtedy gdy w miarę masowo był już w jednostkach, Su-7B miał 1 wypadek na 1770 h lotu. MiG-21 w tym czasie nieco ponad 3300 h na 1 wypadek. Potem się to poprawiło, ale i tak Su-7 nie przekroczył wskaźnika 2300 h za całą eksploatację. MiG-21 doprowadził się stopniowo do sensownych rezultatów powyżej 4500 h. F-104 za całą eksploatację miał średnio 1 wypadek na niecałe 6300 h lotu. Statystykę nabija włoski F-104S, bardzo dobry i bezpieczny samolot, a poza tym długo używany, aż do początków XXI w, czyli już w czasach komputerowo-GPSowych gdy bezpieczeństwo lotów ogólnie znacznie wzrosło. W dawniejszych czasach oczywiście było gorzej i F-104G Luftwaffe miał 2970 h na 1 wypadek. Starfightery USAF wypadły lepiej, w 1965 miały ponad 5200 h na 1 wypadek. Ale też nie wykonywały aż takich trudnych zadań. Wersja G dostosowana była do atakowania celów naziemnych w dzień i w nocy w dowolnych warunkach atmosferycznych i trzeba było ćwiczyć i takie rzeczy.
  2. Swoją drogą, jaki to fajny przykład, gdy prasowy slogan utrwala się w społecznej pamięci i uchodzi potem za fakt niezbity. Czy nazwałbyś MiGa-21 latającą trumną? Albo myśliwsko-bombowego Su-7B?
  3. No właśnie; jeśli się nie mylę, to jest ten "podejrzany" rozbity Junkers jakoby spod Radomia. On już tu wystąpił w którymś z tych fotograficznych wątków o samolotach Luftwaffe, spróbuję go odszukać w wolnej chwili. Rzecz w tym, że tam było tych zdjęć dużo więcej, jak gdyby z oględzin wraku, w tym również z jego wnętrza. I tu był mały zonk: był to Ju 52 w konfiguracji bombowej, z zamontowanymi w kadłubie pionowymi wyrzutnikami DSAC 250. A skądinąd wiadomo, tzn. jest ustalone z wielkim prawdopodobieństwem, że w agresji na Polskę bombowe Ju 52 nie brały udziału, wycofano je wcześniej.
  4. Tyle zawiera pocisk artyleryjski kal. ok. 130 mm. A np. amerykańska 500-funtowa (230 kg) bomba AN-M64 - 124 kg TNT. Takiego pojemnika to raczej się nie da zrobić
  5. Z grubsza biorąc tak. Operator manipulował tą machiną tak, by uzyskać w słuchawkach jak najgłośniejszy sygnał. W RRH akurat operatorów było dwóch, jeden naprowadzał "trąby" w płaszczyźnie poziomej, drugi w pionowej, a trzeci operator odczytywał ze specjalnego wskaźnika współrzędne celu, co im wyszły z tego ustawiania.
  6. Jednak jest różnica między pociskiem artyleryjskim, a bombą lotniczą, tak jak ta ostatnio w Szczecinie. Pocisk art. który nie wybuchł przy upadku niemal na pewno nie wybuchnie w czasie wydobywania i transportu. Może gdyby w wyniku wypadku drogowego znalazł się w płonącym samochodzie, czy w podobnie drastycznej sytuacji, to jeszcze. Ale generalnie to bardzo mało prawdopodobne. Bomby lotnicze, w szczególności brytyjskie i amerykańskie, często uzbrajano w wymyślne zapalniki - pułapki, mające spowodować wybuch przy próbie wykręcenia zapalnika, manipulacji przy bombie czy po upływie długiego czasu - kilku godzin czy nawet kilku dni. W szczególności te ostatnie odpowiadają moim zdaniem za liczne w ostatnich dekadach wypadki przypadkowej detonacji w Niemczech (chyba i w Austrii się zdarzyło...). Nie chcę tu wchodzić bardzo głęboko w jakieś szczegóły techniczne, ale trochę muszę; otóż najogólniej były to chemiczne zapalniki czasowe. Mechanizm uderzeniowy (iglica podparta napiętą sprężyną) był w nich zablokowany jakimś elementem wykonanym z celuloidu; jednocześnie w układzie znajdował się zbiorniczek z rozpuszczalnikiem (roztwór acetonu), który uwalniał się przy upadku czy przy zrzucie bomby. Rozpuszczalnik trawił ów celuloidowy element, a gdy ten rozpuścił się i rozmiękł w dostatecznym stopniu, siła sprężyny przełamywała jego opór i popychała iglicę w kierunku spłonki, inicjując detonację bomby. Zapalniki te nie były bardzo niezawodne; w szczególności gdy bomba upadła w pozycji np. poziomej czy odwróconej (bo np. koziołkowała czy zrykoszetowała od ściany czy coś) aceton nie zalewał poprawnie rozpuszczanego elementu, proces trawienia przedłużał się znacznie i wybuch następował z większym od planowego opóźnieniem, albo i nie następował wcale. Jednakże teraz, dziesiątki lat po wojnie, doszedł dodatkowy czynnik. Celuloid starzeje się sam z siebie i nawet bez żadnego rozpuszczalnika stopniowo traci swe własności mechaniczne - staje się kruchy i skłonny do pękania. Jeśli sprężyna uderzeniowa, napięta przez całe dekady, nie straciła swych własności (a niestety robiono je raczej solidnie) to katastrofa jest tylko kwestią czasu. W Niemczech (czy Austrii? - chyba jeden z nich tam) odnotowano przypadki eksplozji tkwiącej pod ziemią bomby w czasie prac młotem pneumatycznym w sąsiedztwie, czy nawet wskutek drgań gruntu spowodowanych wjazdem ciężkiego sprzętu na plac budowy.
  7. W tego rozważaniach ważna jest nie tylko wielkość przeciążenia ale i czas jego działania. Skacząc ze stołka na ziemię też prawdopodobnie uzyskamy ze 100 g czy kilkadziesiąt - ale przez czas naprawdę krótki, setne sekundy może. Stapp o którym była tu już mowa doznawał owych kilkudziesięciu g przez 1, 4 s.
  8. Bomba na plaży Podczele to niemiecka SC 50 (wagomiar 50 kg).
  9. Speedy

    Maus

    Chyba prądnicę? Zdaje mi się, że w tym miejscu pod wieżą właśnie wypadała. Dla przypomnienia, Maus miał elektryczny układ napędowy, podobnie jak Tiger (P) czy Ferdinand/Elefant: silnik spalinowy napędzał generator prądotwórczy, ten zaś dostarczał energię do silników elektrycznych połączonych z kołami napędowymi.
  10. Gwoli ścisłości, powiedziałbym że to jest raczej DB-3 ie f", któraś z wcześniejszych wersji. DB-3f to późniejszy Ił-4, z oszklonym dziobem o wydłużonym, zaostrzonym kształcie. A samolot na zdjęciu ma ten krótszy, ępy" dziób ze stanowiskiem strzeleckim.
  11. Tak. Niewielką liczbę Bf 109G 4 i G 6 przebudowano na szkolne dwustery. Miejsce na drugą kabinę wygospodarowano kosztem zmniejszenia kadłubowych zbiorników paliwa, dlatego G 12 latały zwykle z podwieszonym n stałe zbiornikiem dodatkowym pod kadłubem. Zwykle nie były uzbrojone, lub tylko w 1-2 k.masz. w kadłubie.
  12. Gwoli ścisłości, rosyjski odpowiednik i w pewnym sensie przodek M-346 to Jak-130. Oznaczenie Jak-140 nosił projekt naddźwiękowego myśliwca z 1955 r. który jednak przerwano przed oblataniem prototypu. http://www.aviastar.org/air/russia/yak-140.php
  13. A ta nazwa to specjalnie po to, żeby się myliło? Był już kiedyś program Wilk - realizowany w OBRUM w Gliwicach pod koniec lat 80. ub.w. projekt modernizacji czołgu T-72.
  14. Tak bardzo się nie zapędziłeś :) Rosjanie w czasie II wojny faktycznie w pewnym stopniu opanowali technologię wolframowych rdzeni do pocisków ppanc. czy powiedzmy byli w trakcie wdrażania jej. Produkowali np. partie amunicji 14,5 mm do rusznic ppanc. (14,5x114) z takim właśnie rdzeniem (z węglika wolframu). I chyba też do wkm 12,7 mm (12,7x108). Ale akurat do działek 23 mm - nie.
  15. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze... Właśnie takie bomby, 500-funtowe i mniejsze, zrzucane były często przez Brytyjczyków i Amerykanów jako przeszkadzajki" mające utrudnić usuwanie skutków nalotu. Uzbrajano je w zapalniki czasowe z długą zwłoką (nawet kilka dni), często wyposażone w wymyślne pułapki, mające spowodować wybuch przy wszelkich manipulacjach, próbach rozbrojenia czy przeniesienia bomby. W Niemczech było w ostatnich latach parę wypadków właśnie z takimi rzeczami.
×
×
  • Create New...

Important Information