Jump to content

Siekiera, motyka, bimber, szklanka


pustertal

Recommended Posts

Temat jak najbardziej na czasie (Wielkanocnym):

Siekiera, motyka, bimber, szklanka"
Piotr Semka, Rzeczpospolita",
Tekst z dodatku Plus Minus" marzec 2012.


Kto nie znał okupacyjnej Warszawy, ten nie wie, jakie dziwne i różne trafiały się tam lokale. W ogóle sytuacja tego miasta w czasie wojny stanowiła chyba coś wyjątkowego na całym świecie. Choćby to, że wszyscy od rana pili bimber. Sprzedawano go po prostu na ulicach. W kioskach z wodą sodową, w sklepikach z tekstyliami w Halach, wszędzie. Patrole niemieckie krążyły po mieście. Niemcy nie tylko wiedzieli o tym powszechnym piciu, ale sami również brali w nim udział. Zabić człowieka to dla nich drobnostka, za to pili jak my. Zostawiali leżącego na ulicy trupa i beztrosko szli na wódkę, właściwie na bimber. Zupełnie dziwne rzeczy.

Ten fragment z powieści „Miałem tylko jedno życie" to próbka niesamowitego dzieła Kisiela o człowieku, który równolegle do pracy w konspiracji, z miłości do piwa, dostępnego tylko w jednym z nielicznych lokali – wpędza się w ponurą aferę obyczajową, by w końcu ulec samozagładzie. Powieść Kisielewskiego to dobry punkt wyjścia w podróż po różnych piętrach okupacyjnego alkoholowego mikrokosmosu.

Lekarstwo na strach

Pierwszą rzeczą, której musieli nauczyć się mieszkańcy okupowanej przez Niemców i Sowietów Polski w 1939 roku, było to, że kara śmierci stała się czymś absolutnie powszechnym i powszednim. Że mogła się zdarzyć dosłownie w każdej chwili, bez żadnej poważnej przyczyny. To była różnica w porównaniu z poprzednimi okupacjami z lat pierwszej wojny światowej. Zginąć można było zarówno za przypadkowe potrącenie esesmana, jak i za zajmowanie wysokiego stanowiska w strukturze państwa podziemnego. Zastrzelić mógł podpity Niemiec, któremu wydało się, że Polak na niego krzywo patrzy, i można było być zakatowanym po tygodniach udręki w alei Szucha.

Kazimierz Brandys w „Mieście niepokonanym pisze: „Śmierć groziła za słoninę i za złoto, za broń i za Żydów. Dowcipni powiadali, że boją się wyroków dopiero powyżej kary śmierci; uważali tę karę za coś w rodzaju mandatu ulicznego, jaki płaciło się przed wojną za nieprawidłowe przejście z chodnika na chodnik. Nad miastem zawisł śmiertelny absurd, posępna groteska zakazów obnażała Warszawę straceńczym humorkiem, pełnym drwiny i pogardy dla Niemców".

Stawianie czoła wszechobecnemu terrorowi ze strony Niemców, jak i Sowietów wymagało odreagowywania. A najłatwiejszą jego formą było picie alkoholu. Byle powrót z miasta po ominięciu łapanek skłaniał do strzelenia „jednego głębszego. Każda wizyta Niemców w sklepie czy w biurze zakończona bez incydentu aż prosiła o nagrodzenie siebie kieliszkiem alkoholu za silne nerwy. Lęk o aresztowanego brata czy męża rozpamiętywane w długie wieczory godziny policyjnej też ułatwiał sięganie po butelkę. Dla odmiany w zaborze sowieckim kieliszki wódki regulowały mijanie bezsennych godzin w późną noc, gdy nasłuchiwano sygnału zagrożenia – tupotu sołdackich buciorów NKWD po schodach lwowskich czy wileńskich kamienic.

Stefan Korboński, szef Kierownictwa Walki Cywilnej, ale i znakomity kronikarz okupacji, notował: „Kraj pod okupacją pił więcej niż przed wojną. Ludzie zalewali robaka jak kto mógł i czym mógł. Chęć oderwania się od ponurej rzeczywistości, niepewności jutra, świadomość tego, że dziś się żyje, a jutro mnie nie będzie – wytwarzały nastrój pełnej beznadziejności, a wiadomo, że dobry trunek na frasunek. Do tego dochodził brak wszelkich rozrywek, a – szczególnie u ludzi w konspiracji – życie w ciągłym napięciu, które wymagało od czasu do czasu odprężenia.

Ale alkoholowy rausz prowadził niekiedy do wyczynów, które ścinały krew w żyłach pasażerom zapchanych wagonów. Józef Mackiewicz opisuje swoją pijaną podróż z równie podbitym panem K. pociągiem na okupowanej przez Sowietów Wileńszczyźnie wiosną 1941 roku.

„Pan K. śpiewał w dalszym ciągu romanse, dawno już wyszły z obiegu w Rosji, następnie odstawił walizkę i zaczęliśmy grać w karty. Było to zachowanie na tyle rażące (gra w karty była surowo zakazana), że zajrzał do nas jeden, a potem drugi z przypadkowo jadących oficerów sowieckich.
– No i cóż – powiada – grażdanie, wiesielities'?

Wagon był pełen ludzi.

– Komuż – odpowiadam – wiesielitsia, jak nie nam, starym kontrrewolucjonistom?

Właśnie w tym momencie, po słowach »starym kontrrewolucjonistom«, nastało w wagonie to śmiertelne milczenie. Kilka osób powstało z dalszych ławek, by zajrzeć w naszą stronę, większość bała się nawet patrzeć, nawet ruszyć. Było tak cicho, że w rytmicznym stukocie kół słyszało się nie tylko oddechy pasażerów, ale nieomal szelest ich przerażonych myśli. W ten sposób zastyga widownia teatralna, gdy na scenie aktor mający popełnić samobójstwo wyciąga już pistolet. Ten zbiorowy paraliż całego wagonu, tłumu ludzi, którym nic w istocie nie groziło, zadziałał mi na nerwy jak wyzwanie. Zacząłem wymyślać władzy sowieckiej i wychwalać dawne czasy. (...) No i co? No i nic. Zaprosiliśmy w końcu »krasnawa komandira«, żeby zagrał z nami w karty. Nie – rzekł – nam nie wolno. Po przybyciu pociągu wysiedliśmy spokojnie przez nikogo nie indagowani".

Towar numer jeden

Niemiecki zarząd cywilny w Generalnej Guberni przejął w 1939 roku wszystkie gorzelnie przedwojennego polskiego monopolu spirytusowego i tytoniowego.

Priorytetem dla polskich fabryk pod zarządem Niemców była oczywiście produkcja na potrzeby frontu. W swych dziennikach gubernator Hans Frank pyszni się: „proszę pomyśleć, że Generalna Gubernia dostarczyła na front wschodni (Wehrmachtu) pół miliona litrów wódki i 150 mln papierosów. Jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę, że wysłano stąd na front wschodni wielkie transporty żywności – to dopiero ocenić można wysiłek GG.

Alkohol, głównie wódka, był dostępny w sklepach bez kartek. I jak wspomina jeden ze świadków: „o marmoladę było trudniej niż o wódkę".

Dla Hansa Franka alkohol był elementem specyficznego „kupowania Polaków – wódką monopolową płacono w pewnej części chłopom za oddane kontyngenty rolne. Z drugiej strony okupanci w masowej dostępności wódki upatrywali elementu degradowania Polaków do roli bydła roboczego, które lepiej aby w wolnym czasie upijało się, niż zaczęło myśleć o buncie.

Tomasz Szarota, badacz życia codziennego w okupowanej Warszawie, wskazuje: „Alkoholizm był po cichu akceptowany przez okupanta. W miastach po cichu wspierano knajpy, a na chłopach oszczędzano zamieniając część należnej zapłaty za produkty rolne poprzez płacenie niezwykle tanią w produkcji wódką. Wielu Polaków doskonale wyczuwało tę intencję okupanta i czuło, że trzeba się przed tak podsuwaną pokusą bronić. Nie oznacza to, że w kręgach niemieckich nie było też innych sposobów myślenia. Na przykład tych, którzy wskazywali, że powszechny alkoholizm musi się odbić na jakości pracy świadczonej Niemcom. Ale, jak się wydaje, zwyciężyła chęć uzyskania zysków z monopolu wódczanego i rasistowski pogląd, że Polaków trzeba utrzymywać w wódczanym przytępieniu, co w dalszej skali wyniszczy genotyp skazanego na zagładę narodu. Tomasz Szarota cytuje tekst Biuletynu Informacyjnego AK z 27 stycznia 1944 roku. „Wzrost pijaństwa w czasie tej okupacji jest zastraszający. Nie tylko mężczyźni piją, ale coraz częstsze są wypadki alkoholizmu wśród kobiet i młodzieży.

W opozycji do produkcji monopolu spirytusowego GG była praktyka masowego pędzenia bimbru. Tej chałupniczej produkcji własnego alkoholu nadawano niekiedy nawet wymiar czynu patriotycznego – odmowy zasilania kasy Hansa Franka pieniędzmi na wódkę. Jeśli wczytać się we wspomnienia okupacyjne Stanisława Rembeka – to niemal co trzeci wpis krąży wokół zdobywania bimbru, jego picia i przewożenia.

Bimber najłatwiej było pędzić poza miastem, ale to w miastach był nań największy popyt. Stąd „narodowy sport" przemytu bimbru w niemieckich i sowieckich podmiejskich pociągach. Publiczną tajemnicą było istnienie w okolicy okupacyjnej Warszawy paru zagłębi bimbrowniczych.

Ambiwalencja konspiratorów

Jaki stosunek do alkoholu miało podziemie? Wiesław Chrzanowski, który w grudniu 1941 roku złożył konspiracyjną przysięgę jako członek Narodowej Organizacji Wojskowej, która weszła potem w skład AK, wspomina:
„Wśród młodzieży konspiracyjnej była moda na niepicie wódki jako elementu okupacyjnej demoralizacji. My postrzegaliśmy się wtedy jako młoda elita i częste były śluby: nie wypiję kieliszka alkoholu aż do zwycięstwa. Ale młodzi nie żyli w próżni, a wtedy młodym łatwiej przychodziło zarabiać i mieć własne pieniądze niż starszym. A jak miało się własne pieniądze, to można było się bawić, tak jak się chciało. Na łamach podziemnej prasy wyszydzano takie obluzowanie obyczajów, szczególnie w damsko-męskim towarzystwie. W pamięci utkwił mi nawet prześmiewczy wierszyk o tym, jak to po konspiracyjnej wieczorynce: »koleżanka Iga rzyga, a kolega Pakosz takoż«. Im dłużej trwała wojna, tym mniej z tego indywidualizmu zostawało. Gdy w mojej podchorążówce ukończyliśmy zajęcia, i zdobyliśmy pierwszy stopień, było naturalne, że musimy to uczcić jakimś toastem.

Próby abstynencji praktykowane w w miejskiej konspiracji, nie do pomyślenia było w warunkach leśnej partyzantki – zimnej i głodnej. Marek Nowakowski nasłuchał się po wojnie partyzanckich wspomnień i wskazuje: „W lesie wódka była ważna. Pomagała leczyć choroby, znaleźć ukojenie przed chłodem i wilgocią partyzanckiej ziemianki. Po każdej akcji – strzelanina, rozwalenie żandarma, szybka ucieczka do lasu – było jasne, że chłopcy muszą próbę nerwów odreagować bimbrem. Mój znajomy po każdej akcji mawiał: „Po robocie bimber i mliko". To owe „mliko to była aluzja do kwaśnego mleka jakim leczyło się nazajutrz kaca."

Alkohol służył też do rozpracowywania kogoś niepewnego, co do którego były jakieś wątpliwości. Nowakowski mówi: „Ileż słyszałem takich okupacyjnych opowieści, że »niewyraźnego« faceta zapraszało się na wódkę, ażeby się spił. A nóż coś się z niego wyciągnie po pijaku?".

Oazy luksusu

Gdy jedni pili kiepsko oczyszczony bimber, byli i tacy, głównie w Warszawie, których stać było na najbardziej wyszukane alkohole. Wojna szybko wykreowała specyficzną warstwę nuworyszy – społecznych drapieżników, którzy wykorzystywali nienormalne warunki do robienia fortun. Byli to ludzie wykorzystujący dostęp do poszukiwanych dóbr, dokumentów lub np. szmalcownicy. Były to jednostki obdarzone bezwzględnością i sprytem do żyrowania na słabszych. Mniej moralnych wątpliwości budzili spekulanci, którzy mieli talent do robienia podejrzanych interesów. Ta warstwa obdarzona była złą sławą, głównie z powodu utrzymywania kontaktów handlowych z Niemcami, którzy zaskakująco łatwo dawali się korumpować. Warszawa była głównym punktem kolejowych transportów ogromnej ilości towarów na front wschodni. Mimo przysłowiowego niemieckiego porządku stale zdarzały się cudowne zniknięcia z bocznicy wagonu konserw czy luksusowych koniaków z Francji. Niemcy, którzy do takich cudów dopuszczali, musieli mieć siatkę polskich kooperantów, którzy „zachachmęcony towar rozprowadzali potem na targowiskach całej Generalnej Guberni. Słynna była transakcja zakupu całego wagonu żółwi w okupowanej Warszawie, które potem spróbowali sprzedać „na zupę" liczni handlarze na warszawskich targowiskach.

Rekiny czarnego rynku musiały mieć swoje specjalne knajpy, w których znajdowały się dyskretne gabinety, gdzie przy doskonałych trunkach i delikatesowych przysmakach negocjowano z niemieckimi decydentami. Taką rolę w jednym z odcinków „Stawki większej niż życie odgrywał salon pani Kubasowej, w której to udający podpitego Hans Kloss zdzielił pięścią zbyt bezczelnego jak na poczucie niemieckiego oficera, polskiego handlarza Zająca.

Tu dochodzimy do problemu pijaństwa Niemców. Było ono zwalczane w ramach niemieckich norm dyscypliny, ale nawet przywykli do dyscypliny Niemcy musieli jakoś odreagować ogarniającą ich wrogość czy lęk przed kulką w plecy. Wielu Niemców, szczególnie na niższych szczeblach – w Polsce zachowywało się znacznie swobodnej niż w Rzeszy. A im bardziej jasna stawała się klęska III Rzeszy, tym bardziej alkohol pomagał odreagować strach.
Ale wróćmy do Polaków, beneficjentów wojennej rzeczywistości. Oprócz knajp „szarej strefy", gdzie stykali się Niemcy z Polakami, były też czysto polskie knajpy, gdzie „bez oglądania szwabskich ryjów można było wydać ciężko zarobione pieniądze. Ludzie wojennych fortun nie mieli zbyt dużo do kumulowania swoich zysków, więc bardzo często wydawali je na alkohol, jedzenie i płatną miłość. Ale z odrobiny luksusu korzystali też nie tylko aferzyści.

We wspomnianej już powieści Kisielewskiego opisana jest postać konspiracyjnego zwierzchnika bohatera nazwiskiem Edmund Rudnicki. Był to człowiek wysoko postawiony w wywiadzie podziemia. Bohater książki dostaje odeń któregoś dnia zaproszenie „na wódkę" i trafia do lokalu, którego istnienia nigdy się nie domyślał. „Rudnicki znał i lubił takie spelunki w gruzach czy w pół spalonych domach. Trafiały się tam francuskie wina i koniaki, ostrygi, nie mówiąc już o sardynkach. Niemcy kradli w całej Europie, a dużo z tych rzeczy lądowało w Warszawie. Pochodziły z częściowo odczepianych na stacjach i rozbijanych wagonów, częściowo z różnych afer handlowych. Wśród Szkopów zdarzali się spekulanci pierwszej klasy. Czy Rudnicki bezprawnie korzystał z pieniędzy, jakimi dysponowało Polskie Państwo Podziemne? Czy też miał prawo uznać, że w zamian za ryzyko konspiracji ma prawo co jakiś czas wyskoczyć do lepszej restauracji? Niełatwe pytanie.

Gdzieś w tle tej kwestii jest zjawisko przepływu sporych sum z Londynu, jakie trafiały do okupowanej Warszawy poprzez kurierów i lotnicze zrzuty. Ten dziwny mechanizm gospodarczy opisywał Józef Mackiewicz.

– Skąd właściwie ten dobrobyt w Warszawie? – pyta bohater „Nie trzeba głośno mówić", który przybywa z wybiedzonego Wilna i zaskoczony jest relatywnym dostatkiem w okupowanej stolicy. Jego warszawski przewodnik Julian odpowiada: „Bardzo naturalne zjawisko ekonomiczne. Zrzuty. To miasto, w które wpompowuje się miliony dolarów, funtów i złotych monet. Nie licząc dziesiątków milionów w »młynarkach« i niemieckich markach. Pieniądze idą normalną drogą w obrót i, jak zauważyłeś, obraca nimi cała Warszawa. Wiesław Chrzanowski w czasie powstania służył przy obronie ulicy Czackiego i na terenie jego rewiru odkrył luksusową restaurację księcia Potockiego na ulicy Mazowieckiej. Jak się dowiedział, knajpa działała za zgodą władz podziemnych, gdyż służyła jako miejsce do delikatnych negocjacji z wysoko postawionymi gestapowcami w sprawie wykupywania za grube pieniądze wyjątkowo ważnych dla podziemia osób złapanych i katowanych na Szucha. W momencie wybuchu powstania książę Potocki słusznie założył, że Warszawę i tak diabli wezmą, więc hojnie otworzył drzwi do restauracyjnej piwniczki młodym i dzielnym powstańcom. Chrzanowski podkreśla, że częstowano się wieloletnimi burgundami, ale bez jakiegoś chorobliwego opilstwa. Jak wspomina: „Picie na umór nie było w powstaniu w żadnym stopniu tolerowane. Oficer, który przekroczył miarę w piciu, musiał się liczyć z tym, że sprawnie i bez zbędnego rozgłosu zostanie zatrzymany przez żandarmerię powstańczą".

Prof. Krzysztof Kosiński, autor prac o problemie alkoholizmu w polskich dziejach XX wieku, zaznacza: „Wypada przestrzec przed przecenianiem znaczenia alkoholu w czasie wojny. W podziemiu i konspiracji obowiązywała wyraźna dyscyplina wynikająca ze świadomości, że niekontrolowane spożywanie wódki jest zabójcze dla dyscypliny i zachowania tajemnicy wojskowej..

Zapić sumienie

Najbardziej złowróżebną rolę w rzeczywistości okupacyjnej odgrywał alkohol jako znieczulacz sumień tych, którzy pomagali Niemcom w ich dziele terroru i zbrodni. Powieść Stanisława Rembeka „Wyrok na Franciszka Kłosa" to opowieść o przedwojennym, wzorowym policjancie, który pod wpływem wódki mającej zagłuszyć sumienie zamienia się w zbrodniarza pomagającego Niemcom przy najbardziej odpychających zbrodniach.

Wódka była towarzyszem masowych kaźni przeprowadzanych na Polakach i Żydach. Józef Mackiewicz opisuje swoje osobiste przypadkowe trafienie na miejsce masakry Żydów w podwileńskich Ponarach.
„Zaraz za brzeźniakiem (Leon) wpadł na wartownika. Był to Estończyk z krajowych oddziałów SS. Czerwony na twarzy, jakby podpity dobrze. (...) Pod karłowatą sosenką, wyrastającą jak wiele w tych okolicach dwoma pniami w kształcie liry, stał drewniany stół. Na stołach kilka wysmukłych butelek litewskiej monopolowej wódki, pocięty chleb i zwoje kiełbasy (...). „Po co oni piją tu tę wódkę – pomyślał nagle (Leon) i wyjechał przed pociąg. Bardzo długi pociąg wypchany Żydami. Pociąg jest obstawiony policją. Za chwilę zacznie się potworna rzeź w wykonaniu Niemców i litewskich policjantów – napojonych wódką ze stoliczka pod karłowatą sosenką.

Wróćmy raz jeszcze do powieści Kisielewskiego, który opisuje kolaboracyjną, rosyjską brygadę Kamińskiego, której Niemcy przekazują wziętych do niewoli powstańców. Rosyjscy pomocnicy SS to zbieranina zanurzona w pijackim, agresywnym amoku.

„Przedziwne było to wojsko, jak z sennego koszmaru, po wielkim przepiciu. Umundurowani fantastycznie, a nieporządnie, niektórzy w samych koszulach i bez czapek, wszyscy zupełnie pijani. Mówili, raczej ryczeli, albo po rosyjsku, albo jakimiś zupełnie niezrozumiałymi, mongolskimi chyba językami. Tłukli nas i kopali, krzycząc nie wiadomo co, zdzierali z rąk zegarki i obrączki, przystawiali do piersi odbezpieczone automaty. Uzbrojeni po zęby, bali się w gruncie rzeczy nas bezbronnych, jakby sami nie wierzyli w swoją przewagę. Pokrywali wszystko brutalnością i sadyzmem".

Wojna pozostawiła po sobie ponure dziedzictwo w postaci rozplenienia się bimbrownictwa. Komunistyczne władze reagowały niezwykle ostro. Prof. Krzysztof Kosiński wskazuje: „Już w grudniu 1944 roku prosowiecki PKWN wydał surowy dekret »O zwalczaniu potajemnego gorzelnictwa«. Za produkcję samogonu groziła kara do 15 lat więzienia – dla porównania przed wojną kodeks karny groził za podobny czyn karą od roku więzienia do trzech lat. W akcji przeciwko bimbrownikom posługiwano się dość chwytnym argumentem, że na produkcję alkoholu idzie sporo zboża, co w głodującym społeczeństwie trafiało do przekonania. Ale równie istotnym impulsem do zwalczania „produkcji pod chmurką" była chęć wzmocnienia wpływów do budżetu z monopolu spirytusowego.

„W Polskę idziemy...

Bo ludzie nadal pili. Strach okupacyjny zamienił się teraz w strach przed UB i denuncjacją z byle powodu. Silny był też nawyk uzupełniania wódką braków w kaloryczności porcji żywnościowych.

Była też zwykła ludzka rozpacz z powodu utraty rodziny, majątku, deklasacji czy niepewności losu, którą nadal najłatwiej było utopić w alkoholu. Mieli swoje powody do picia zepchnięci na margines bohaterowie z AK. Jeszcze do późnych lat 60. w knajpach toczyły się długie, nocne Polaków rozmowy o przegranym życiu i utraconej niepodległości. Ich śladem jest piosenka Wojciecha Młynarskiego „W Polskę idziemy" z gorzką frazą: „Czerwone maki / serce, ojczyzna. / Trzaska koszula, tu szwabska kula, tu – popatrz – blizna.

Marek Nowakowski wspomina, jak zepchnięci na margines dawni akowcy ożywali, gdy zetknęli się ze wspomnieniem wojennej chwały.

„To było w barze Arkady chyba po 1956 roku. Piłem piwo z dwoma starszymi kolegami, o których wiedziałem, że byli w powstaniu. I nagle wchodzi stary człowiek w sfatygowanym płaszczu z teczką. Stałem do niego plecami. Więc zaskoczyło mnie, jak w jednej sekundzie dwójka moich znajomych przeżyła metamorfozę. Wyprostowali się i trzasnęli obcasami. Ten starszy człowiek okazał się ich zwierzchnikiem z AK. Były zwierzchnik uśmiechnął się i ściszonym głosem powiedział: »Spocznij, nie wygłupiajcie się«. Po chwili posypały się kolejne pięćdziesiątki wódki i wspomnienia o wojennych czasach. Nagle zobaczyłem ich jako młodych chłopców wierzących w zwycięstwo. Tylko tu w barze Arkady, przy tych paru kieliszkach w towarzystwie dawnego zwierzchnika mogli poczuć się w brei PRL kimś wyjątkowym".
Link to comment
Share on other sites

Archived

This topic is now archived and is closed to further replies.

×
×
  • Create New...

Important Information