Skocz do zawartości

Temat został przeniesiony do archiwum

Ten temat przebywa obecnie w archiwum. Dodawanie nowych odpowiedzi zostało zablokowane.

bodziu000000

10 odsłon września '39

Rekomendowane odpowiedzi

Cykl krótkich opisów wydarzeń z września 1939.

http://www.rp.pl/artykul/357571,356743_Polowanie_na_Polakow_w_Wolnym_Miescie_Gdansku.html

Polowanie na Polaków w Wolnym Mieście Gdańsku

Księża, harcerze, deputowani, urzędnicy. Do drzwi ich mieszkań zakołatały kolby karabinów

Listy aresztowań polskiej ludności w Gdańsku Gestapo i NSDAP sporządzały od miesięcy. Są na nich działacze polskich organizacji, polscy księża, harcerze, deputowani do gdańskiego senatu i polscy książęta. Na osobnych listach – polscy pocztowcy, celnicy i wreszcie kolejarze (w Wolnym Mieście koleje były pod polskim nadzorem).

1 września wraz z salwami pancernika Schleswig-Holstein i atakiem na polską Pocztę w Gdańsku zaczyna się polowanie na ludzi. Walenie kolbami w drzwi i wywlekanie z mieszkań. Często przy asyście nienawistnych uwag sąsiadów i kopniaków członków SA, którzy pysznią się czyszczeniem Gdańska z „polskiego robactwa”. Pocztowców nie udało się złapać, od 4.45 niemal wszyscy bronią się w budynku na Heveliusplatz.

Aresztowani Polacy zwożeni są do zamienionej na więzienie i katownię Victoria Schule na dzisiejszej ulicy Kładki (wówczas Holzgasse). Już w holu „na przywitanie” ofiary muszą przebiegać truchtem przez szpaler esesmanów bijących gumowymi pałkami. Na podwórzu spisywanie i segregacja według skali „zagrożenia dla Rzeszy” i dalsze katowanie.

Gdy przywożeni są najbardziej znani i znienawidzeni przez Niemców Polacy, tacy jak Antoni Lendzion, polski poseł do Landtagu, hitlerowcy urządzają prześmiewcze powitania.

We wspomnieniach polskich gdańszczan utkwiła grupa zwykłych Niemców stojących przed gmachem i lżących rodziny aresztowanych, które próbują się dowiedzieć czegoś o ich losie.

Najbardziej znienawidzeni są duszpasterze polskiej wspólnoty: ksiądz Bronisław Komorowski – w latach 1923 – 1934 jedyny polski radny we władzach miasta – czy ksiądz Franciszek Rogaczewski. Obaj przybywają do Victoria Schule w poszarpanych sutannach, ze śladami pobicia. Naczelny inspektor ceł doktor Stanisław Mielech zostaje postrzelony już w czasie aresztowania.

Do katowni przy ulicy Kładki przewiezieni zostają też polscy urzędnicy z Generalnego Komisariatu RP w Gdańsku. Pałkarze oznajmiają im, że stracili prawo do immunitetu i są zwykłymi bandytami.

Radca komisariatu Wiesław Arlet staje się jedną z ofiar sadystycznej zabawy w „polską gimnastykę”. Ofiary bite pałką w głowę zginają się, a wtedy ustawiony z tyłu esesman z karabinem z bagnetem je „wyprostowuje”.

Do „magla” – tak więźniowie nazywają gestapowską katownię – trafia też dyrektor polskiego banku związku spółek zarobkowych Radke. Wraca z okiem zbitym na krwawą miazgę.

Poczta gdańska kapituluje ok. godziny 19. Obrona trwała aż 14 godzin, mimo użycia przez SS artylerii i samochodów pancernych, którym opierali się pocztowcy uzbrojeni w trzy karabiny maszynowe, mauzery i granaty.

Z budynku udaje się uciec sześciu pocztowcom. Pozostałych Niemcy aresztują i więżą w Prezydium Policji. Ranni i poparzeni obrońcy poczty trafiają do szpitala miejskiego. Grupę więzioną w prezydium po kilku dniach Niemcy przeniosą do Victoria Schule, by w dwóch późniejszych procesach skazać bohaterskich obrońców na rozstrzelanie.

Do 15 września przez katownię przy Holzgasse przewinie się 3 tys. Polaków. Po 15 września więźniowie Victoria Schule zaczną być rozwożeni, najwięcej trafi do Stutthofu."

na zdjęciu: Polacy aresztowani w Gdańsku przez bojówki SA 1 września 1939 roku

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

http://www.rp.pl/artykul/357571,357262_Janosik_wbija_II_RP_noz_w_plecy.html

Janosik wbija II RP nóż w plecy

Słowacja była drugim obok III Rzeszy uczestnikiem wrześniowej agresji na Polskę

Państwo słowackie pod wodzą księdza Jozefa Tiso powstało po rozpadzie Czechosłowacji w marcu 1939 r. Od początku było kontrolowane przez Niemcy. To wskutek nacisku Berlina, ale i ambicji słowackich władz 1 września o 5.00 wojska tego kraju przekroczyły granicę RP u boku Wehrmachtu. Do ataku rzucono trzy zgrupowania dywizyjne piechoty, którym nadano kryptonimy: „Janosík”, „Razus” i „Śkultéty” – dwie ostatnie wzięły nazwy od sław słowackiej literatury.

Decyzja o pomocy Hitlerowi w zniszczeniu Polski dowodziła pełnego uzależnienia Słowacji od Berlina. Ksiądz Tiso wykorzystał też rozgoryczenie rodaków wymuszoną przez Polskę w październiku 1938 r. korektą granic, w ramach której polskie oddziały zajęły Jaworzynę i parę wiosek na Spiszu i Orawie.

Trzy słowackie dywizje atakowały w trzech kierunkach: podhalańskim, nowosądeckim i bieszczadzkim. Najkrwawsze były walki w okolicach Czeremchy i Ochotnicy między 2 a 5 września. W pamięci Podhalan szczególnie zapisało się wejście Słowaków do Zakopanego i ich defilada w zdobytym mieście.

Urzędowy bilans słowackich strat wynosił 18 zabitych i 71 rannych. Do niewoli wzięto 1350 polskich jeńców.

III Rzesza hojnie nagrodziła Słowację, oddając jej zajęte przez Polskę w 1938 r. tereny i dorzucając blisko 30 miejscowości z przedwojennego powiatu nowotarskiego.

Te stosunkowo niewielkie walki propaganda państwa Tiso rozdęła do wielkiego sukcesu. Wyszukiwano górali o słowackich sympatiach, którzy demonstracyjnie dziękowali za „wyzwolenie”.

Honor Słowaków ratował poseł tego kraju w Warszawie Ladislav Szathmary. 1 września 1939 r. w liście do szefa polskiego MSZ Józefa Becka uznał użycie terytorium Słowacji przez Hitlera do ataku na Polskę za hańbę dla swojego kraju. Dzień później wezwał przez radio rodaków do walki z Hitlerem.

Szkoda, że w 70. rocznicę wrześniowej agresji w uroczystościach na Westerplatte zabrakło premiera Słowacji Roberta Fico."

na zdjęciu: Wódz Słowacji ks. Jozef Tiso wizytuje słowackie oddziały, które w 1939 r. najechały na Polskę

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

http://www.rp.pl/artykul/357571,357744_Smierc_generala_von_Fritscha.html

Śmierć generała von Fritscha

Pod Warszawą zginął Werner von Fritsch, jeden z najwyższych oficerów Wehrmachtu zabitych podczas II wojny światowej

22 września. Na Targówek nacierają masy niemieckiej piechoty, silnym ogniem wspiera je 12. Pułk Artylerii Meklemburskiej. Niemcy zajmują ówczesny folwark Zacisze i niewielką fabrykę atramentu leżącą na przedpolu polskich pozycji. Polscy strzelcy, najprawdopodobniej pod dowództwem por. Jana Borkowskiego, ruszają, by odbić zakład.

Borkowski osobiście koryguje celownik karabinu maszynowego, gdy z folwarku wychodzi trzech niemieckich oficerów. Obserwują pole walki i studiują mapy, myślą, że karabin jest unieszkodliwiony. Jeden z nich ma czerwone lampasy i charakterystyczną siodłatą czapkę. Borkowski naciska spust i oficerowie padają na ziemię.

Polski porucznik jeszcze nie wie, że trafiony przez niego niemiecki oficer w czapce to generał-pułkownik Werner von Fritsch, były naczelny dowódca niemieckich wojsk lądowych i jeden z najsłynniejszych oficerów Wehrmachtu. Kula z polskiego automatu – jak wiadomo ze źródeł niemieckich – rozrywa mu arterię w nodze.

Jego adiutant porucznik Rosenhagen zdejmuje szelki generała i próbuje podwiązać ranę. Von Fritsch czuje jednak, że jest ona śmiertelna. Do końca zachowuje spokój. Wyjmuje z oka monokl i zwraca się do młodszego oficera: „Proszę to zostawić”. Minutę później umiera. Żołnierze transportują jego ciało na tyły. Wykorzystując zamieszanie w szeregach wroga, Polacy odbijają fabryczkę.

Von Fritsch był nie tylko pierwszym generałem Wehrmachtu, który poległ podczas II wojny światowej, ale również jednym z najwyższych rangą niemieckich oficerów zabitych podczas tego konfliktu. Jego śmierć wywołała w Niemczech szok. W Berlinie urządzono mu uroczysty państwowy pogrzeb, a w okupowanej Polsce wszczęto śledztwo mające ustalić okoliczności jego śmierci.

Choć władze III Rzeszy oficjalnie opłakiwały generała, rok wcześniej Adolf Hitler przy pomocy Heinricha Himmlera doprowadził do jego upadku. Na podstawie sfabrykowanych dowodów von Fritsch w 1938 r. został oskarżony o homoseksualizm i zmuszony do dymisji. Koleżeński sąd wojskowy później go oczyścił, ale nigdy nie odzyskał dawnej pozycji. Na wojnę z Polską pojechał jako „honorowy dowódca” 12. Pułku Artylerii.

Upokorzenie przez Führera wywołało pogłoskę, że Fritsch na polu bitwy „szukał śmierci” i specjalnie podszedł pod ogień karabinu maszynowego. W świetle relacji świadków i ustaleń historyków wersja taka jest jednak mało prawdopodobna."

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

http://www.rp.pl/artykul/357571,358287_Stare_renowki_przeciw_panzerom.html

Stare renówki przeciw panzerom

Do największej bitwy pancernej doszło we wrześniu 1939 r. w Brześciu nad Bugiem

Po stronie niemieckiej walczyło ponad 200 czołgów i samochodów pancernych, po polskiej – dwa pociągi pancerne i ponad 30 czołgów Renault FT-17 z końca I wojny światowej. Uzbrojone w armatkę lub karabin maszynowy nadawały się co najwyżej do szkolenia. Były słabo opancerzone i poruszały się z prędkości zaledwie 8 kilometrów na godzinę.

Do Brześcia przybyły dwie będące w odwodzie naczelnego wodza kompanie FT-17, po 15 maszyn każda. 112. kompania pod dowództwem por. Wacława Stoklasa trafiła do twierdzy brzeskiej, a czołgi 113. kompanii por. Jerzego Ostrowskiego rozmieszczono w ogródkach działkowych na północ od cytadeli. I na nie właśnie 14 września spadła niemiecka nawała.To było dramatyczne starcie. Polacy zostali zaatakowani przez II batalion niemieckiego 8. pułku pancernego. Ok. 70 nowoczesnych maszyn uderzyło na 15 przestarzałych renówek. Można sobie wyobrazić, jak czuli się nasi pancerniacy, widząc dziesiątki maszyn wroga.

Niemcy byli zaskoczeni, że polskie czołgi stanęły do walki. Nie spodziewali się oporu. Natarcie było jednak miażdżące. Po kilkunastu minutach wśród drzewek owocowych dymiło 12 rozbitych polskich czołgów. Pozostałe wycofały się w kierunku twierdzy. Niemców udało się jednak zatrzymać, zwłaszcza że polskim czołgistom na pomoc przyszły pociągi pancerne „Śmiały” i „Bartosz Głowacki”.

W twierdzy lepiej wykorzystano stare renówki. Rozlokowano je wzdłuż wałów, w specjalnych wykopach, jako ukryte, opancerzone gniazda dział i karabinów maszynowych. Z kilku czołgów zrobiono barykadę w bramie. Heinz Guderian, dowódca niemieckiego XIX Korpusu, pisał we wspomnieniach: „próba zdobycia cytadeli nagłym atakiem czołgów rozbiła się o to, że Polacy ustawili w poprzek bramy wjazdowej stary czołg typu Renault, tak że nasze czołgi nie mogły się przez nią przedostać”. Obrońcy twierdzy odparli aż siedem niemieckich natarć.

Nocą z 16 na 17 września większość polskich żołnierzy wycofała się na lewy brzeg Bugu. Niemcy zdobyli twierdzę i kilka dni później przekazali ją Sowietom. Na ulicach Brześcia wspólnie defilowały czołgi niemieckie i sowieckie."

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
No to ostatnie to chyba jednak nie była największa bitwa pancerna września 1939 - autor przesadził.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Poza tym, czołgi Renault FT-17 nie były tak słabo opancerzone. Grubość pancerza wynosiła od 6 do 22 mm. Pancerz kadłuba miał grubość 16 mm, a wieży 22 mm. Paradoksalnie, był to nasz (po Renault R-35 i Hotchkiss H-38) jeden z najsilniej opancerzonych czołgów.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

http://www.rp.pl/artykul/357571,358803_44_dni_odysei_ORP__Orzel__.html

44 dni odysei ORP "Orzeł

Okręt podwodny "Orzeł, który przebił się do Anglii, to jeden z najbardziej znanych symboli wojny obronnej 1939 roku

Pomysł zbudowania okrętu podwodnego dla polskiej Marynarki Wojennej był inicjatywą oddolną. Zbiórkę zarządzono w połowie lat 20. XX w. wśród zawodowych oficerów i podoficerów Wojska Polskiego. Każdy miał oddawać na ten cel pół procentu swoich poborów. Ostatecznie zgromadzenie funduszy powierzono Lidze Kolonialnej i Morskiej.

Okręt zbudowali Holendrzy, opierając się na jednej z najnowocześniejszych konstrukcji tamtych czasów znanej pod symbolem O-19. Zwodowano go 15 stycznia 1938 r. Polską banderę podniesiono rok później. Dowództwo objął wtedy komandor Henryk Kłoczowski. Ale to nie jemu okręt zawdzięcza swoją bohaterską historię.

W przeddzień wojny Kłoczowski popełnił błąd, zezwalając podoficerom nocować na lądzie. W rezultacie 1 września 1939 r., gdy Niemcy bombardowali Gdynię, okręt stał na cumach. Dopiero godzinę po nalocie, na szczęście nieuszkodzony, wyszedł w morze. Pierwszy dzień wojny spędził, leżąc na dnie, tylko czasem wynurzając się na głębokość pozwalającą na użycie peryskopu.

2 września chciano użyć "Orła, by zatopić pancernik Schleswig-Holstein, który rozpoczął II wojnę światową. Niemiecki okręt nie opuścił jednak kanału portowego, co uniemożliwiło odpalenie torped.

Dwa dni później "Orła zaatakowały niemieckie samoloty, zrzucając bomby głębinowe. Komandor Kłoczowski doznał wtedy załamania nerwowego. 14 września postanowił, że wysiądzie na ląd w estońskim Tallinie.

Estończycy, którzy się zgodzili, by okręt zawinął do portu, podstępem go internowali i zaczęli demontować uzbrojenie. Wtedy kapitan Jan Grudziński zorganizował spektakularną ucieczkę. 17 września okręt wyszedł w morze bez map, szyfrów oraz części uzbrojenia.

Początkowo operował na Morzu Bałtyckim. 7 października zapadła decyzja o przebijaniu się do Anglii. Tydzień później, po 44 dniach odysei, ORP "Orzeł po raz pierwszy znalazł się w bezpiecznym porcie – w Rosyth.

Potem z Brytyjczykami walczył przeciw Niemcom. 3 kwietnia 1940 r. zasłynął zatopieniem niemieckiego okrętu "Rio de Janeiro. 23 maja 1940 r. wypłynął w ostatni rejs. Jaki był koniec "Orła, do dziś nie wyjaśniono."

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

http://www.rp.pl/artykul/357571,359622_Potyczka_kutra__z_czolgami.html

Potyczka kutra z czołgami

To było pierwsze w II wojnie światowej takie starcie. Wygrał polski okręt

Flotylla Rzeczna – zespół kilkudziesięciu monitorów, kanonierek i kutrów okrętów – przez lata działała na rozlewisku rzeki Piny. Miała bronić II RP przed agresją sowiecką. Ale na początku 1939 r. kilka jednostek przeniesiono na Wisłę, do ujścia Brdy, gdzie utworzyły Oddział Wydzielony Wisła. Wkrótce się okazało, że była to słuszna decyzja.

W skład oddziału wchodziły ciężki kuter uzbrojony „Nieuchwytny” oraz pięć kutrów uzbrojonych i meldunkowych, wyposażonych w lekkie działka i karabiny maszynowe. Zważywszy na długość dolnej Wisły, były to bardzo skromne siły.

Od pierwszych dni wojny wykorzystywano je do obrony przeciwlotniczej – zestrzeliły kilka samolotów. Wkrótce dostały poważniejsze zadania. Gdy 5 września w okolicy Chełmna Niemcy przeprawiali się przez most pontonowy, do oddziału trafił rozkaz dowódcy Armii „Pomorze”: most zniszczyć!

Cztery kutry z wyłączonymi silnikami, płynąc na wiosłach, powoli zbliżają się do mostu. 600 metrów przed celem marynarze spuszczają do wody ławicę min typu rybka. Po chwili trafiają one w pontony i wybuchają. Za nimi płyną płonące kajaki – „brandery”, a kutry otwierają ogień. Most zostaje całkowicie zniszczony.

7 września okręty popłynęły do Włocławka, dwa dni później do Płocka. We Włocławku pozostał KU-4 jako straż tylna. Ten niewielki okręt, a właściwie 14-metrową motorówkę, zbudowano podczas I wojny światowej w Austro-Węgrzech. Jej załogę stanowiło sześciu marynarzy dysponujących działkiem i karabinem maszynowym.

KU-4 wyruszył do Płocka po południu. I wtedy ostrzelały go niemieckie czołgi. Okręt odpowiedział ogniem. Potyczka zakończyła się zwycięstwem Polaków. Jeden czołg został zniszczony, pozostałe musiały się wycofać, a okręt dotarł bez przeszkód do Płocka.

Niestety, epopeja flotylli wiślanej zakończyła się niedługo potem. Lato 1939 r. było bardzo gorące i stan wody w Wiśle pozostawał we wrześniu bardzo niski. Z wody wystawały piaszczyste łachy, pełno było mielizn. I to one zatrzymały KU-4 i inne jednostki. Trzeba je było zniszczyć. Z całego oddziału ocalał KU-30, który jako jedyny, omijając mielizny, dotarł do Twierdzy Modlin. Służył tam przede wszystkim do obrony przeciwlotniczej, zestrzeliwując trzy samoloty.

Gorszy los spotkał resztę rzecznych okrętów, te, które pozostały na Pinie i okolicznych rzekach. Po 17 września zostały zniszczone przez załogi, a marynarze trafili do sowieckiej niewoli."

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

http://www.rp.pl/artykul/153227,360072_Kula_w_czaszke__czyli_zlamane_slowo_Chruszczowa.html

Kula w czaszkę, czyli złamane słowo Chruszczowa

Polacy poddali Lwów Sowietom, gdy dostali gwarancję, że oficerowie nie będą aresztowani. Niemal wszyscy trafili do Katynia

22 września 1939 r. Lwów broni się od dziesięciu dni. Z jednej strony Wehrmacht, z drugiej Armia Czerwona. Kierujący oddziałami polskich obrońców gen. Władysław Langner uznaje, że dalszy opór nie ma sensu, i podejmuje – jak się później okazało, tragiczną w skutkach – decyzję: „poddajemy miasto nie Niemcom, tylko Sowietom”.

Dochodzi do spotkania z sowiecką delegacją. Czerwoni parlamentariusze bez żadnych zastrzeżeń przyjmują polskie postulaty. Miasto ma zostać przekazane na warunkach honorowych. Polscy oficerowie mają mieć zagwarantowaną wolność osobistą i prawo do wyjazdu do Rumunii. Zapewnienia te składa osobiście komisarz polityczny Frontu Ukraińskiego Nikita Chruszczow.

– Rosja zawsze dotrzymuje swoich zobowiązań – mówi przyszły przywódca Związku Sowieckiego.

Być może właśnie słowo honoru dane przez znanego komunistycznego działacza przekonuje Langnera. Po podpisaniu kapitulacji polski generał mówi: – Z Niemcami prowadzimy wojnę. Miasto biło się z nimi przez dziesięć dni. Oni, Germanie, wrogowie całej Słowiańszczyzny. Wy jesteście Słowianie...

Sowieci łamią dane słowo niemal natychmiast. Polskie wojska wychodzą z miasta w kolumnach eskortowanych przez sowieckich żołnierzy. W Winnikach wszyscy oficerowie – szli osobno – zostają aresztowani.

– Tylko nielicznym udało się uciec. Reszta trafiła do obozu w Starobielsku. Padli ofiarą zbrodni katyńskiej – mówi prof. Grzegorz Hryciuk, autor książki „Polacy we Lwowie 1939 – 1944: Życie codzienne”.

Tymczasem na ulicach Lwowa dochodzi do dantejskich scen. Sowieccy żołnierze grabią miasto, którego bogactwem są oszołomieni. Do pracy natychmiast przystępuje NKWD. W egzekucjach giną polscy policjanci. Zamordowany zostaje dyrektor miejskiej elektrowni Stanisław Kozłowski.

Niektórzy polscy żołnierze wbrew rozkazowi gen. Langnera podejmują desperacką próbę obrony przed łupieżcami. W kilku punktach miasta dochodzi do starć. Polacy strzelają z okien i dachów.

Prezydent Lwowa Stanisław Ostrowski składa sowieckiemu dowództwu oficjalny protest w sprawie gwałtów i grabieży. Nie odnosi on skutku, a sam Ostrowski – podobnie jak wielu wybitnych lwowiaków – zostaje aresztowany. Wywieziony do Moskwy, dwa lata spędza na Łubiance pod surowym śledztwem. Wiosną 1941 r. dostaje wyrok ośmiu lat łagru za „działalność antysowiecką” i trafia do Krasnojarska nad Jenisejem. Pracuje przy wyrębie lasu, życie ratuje mu pakt Sikorski – Majski.

Do Moskwy wywieziony zostaje również autor fatalnej decyzji o poddaniu Lwowa Sowietom gen. Władysław Langner. Nie trafia jednak do więzienia, tylko prowadzi rozmowy z czerwonymi generałami, domaga się uwolnienia aresztowanych oficerów. Odesłany do Lwowa, ucieka do Rumunii i przedostaje się do polskiej armii na Zachodzie. Do końca wojny nie otrzymuje jednak przydziału bojowego. Po wojnie osiada w Walii, gdzie prowadzi gospodarstwo rolne. Umiera w 1972 r."

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

http://www.rp.pl/artykul/153227,360554_Cuszima_ratuje_przed_Katyniem.html

Cuszima ratuje przed Katyniem

Gen. Jerzy Wołkowicki. Ocalił go gest z młodości opisany w książce, którą lubił Stalin

Po 27 września generał brygady Jerzy Wołkowicki, podobnie jak dziesiątki innych oficerów, jako jeden z ostatnich żołnierzy Września zostaje wzięty do niewoli przez Sowietów.

Gdy podaje swoje dane, sowiecki oficer spisujący nazwiska jeńców pyta z przekąsem: – A pan być może jest krewniakiem tego Wołkowickiego, który głosował na „nie” w bitwie pod Czuszimą?

– To właśnie ja sam – odpowiada spokojnie Wołkowicki.

Scenę tę spopularyzował Stanisław Cat-Mackiewcz, który poznał po wojnie Wołkowickiego.

Dlaczego sowieckiego oficera zelektryzowało nazwisko generała? W ZSRR, w którym cała carska przeszłość została wyklęta, wojna rosyjsko-japońska z lat 1904 – 1905 została – pod wpływem nienawiści Stalina do Japonii – na zasadzie wyjątku uhonorowana jako słuszna walka z agresorem. A najsłynniejszym dziełem antyjapońskim była napisana w 1932 roku powieść „Cuszima” Aleksieja Nowikowa-Priboja, która wskutek pochwał Stalina wydawana była w milionowych nakładach. Tytułowa „Cuszima” to bitwa morska, którą Rosja wydała flocie japońskiej, by bohatersko pójść na dno. W finałowej scenie książki, na naradzie wojennej, dowódca floty pyta podwładnych, czy poddać się, czy też walczyć do końca? Najmłodszy z oficerów – miczman, czyli podporucznik Wołkowicki – wlewa w serca zebranych nadzieję swoim gromkim wezwaniem: – Nie poddawać się!

Nie wiemy, czy Wołkowicki wiedział coś o książce Nowikowa-Priboja i swojej „literackiej” karierze w państwie Stalina.

Po upadku caratu, w 1918 roku organizował polska flotę, by potem uzyskać przeniesienie do wojsk lądowych, zrobić efektowną karierę w polskim wojsku i wraz z nim trafić w 1939 roku do sowieckiej niewoli.

Dzięki sowieckiemu mitowi, a być może dzięki sentymentowi Stalina – oddzielono go od oficerów więzionych w obozie w Kozielsku, których potem zamordowano w Katyniu. Wołkowicki został przeniesiony do Griazowca. W 1941 r. po amnestii Stalina i stworzeniu armii Andersa został zastępcą dowódcy 6. Dywizji Piechoty armii polskiej w ZSRR. Po wojnie zamieszkał na emigracji w Anglii. Zmarł w 1983 r."

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
http://www.rp.pl/artykul/357571,361107_Misja__ocalic__Grunwald__Matejki.html

Misja: ocalić „Grunwald” Matejki

Niemcy chcieli za wszelką cenę zdobyć słynny obraz. Polscy muzealnicy zrobili wszystko, by to uniemożliwić

Jest 7 września 1939 r. Na Warszawę sypią się bomby z samolotów Luftwaffe. Spod gmachu Zachęty wyrusza konna platforma z pięciometrową skrzynią. Nieliczni przechodnie, którzy mijają pojazd, przypuszczają zapewne, że przewozi potężną lufę do armaty lub czołgu.

Są w błędzie. Osoby prowadzące konwój nie są wojskowymi, tylko znanymi muzealnikami. To dyrektor administracyjny Zachęty Stanisław Radecki-Mikulicz i malarz Stanisław Ejsmond. Na platformie leży zaś zwinięta w rulon „Bitwa pod Grunwaldem” Jana Matejki.

Muzealnicy nie mają wątpliwości, że jeżeli przypominający o upokarzającej porażce sprzed pięciu wieków obraz wpadnie w ręce Niemców, to zostanie zniszczony. Postanawiają wywieźć go do Lublina.

To zadanie wyjątkowo trudne. Luftwaffe niemal całkowicie panuje nad Polską. Charakterystyczny pojazd rzuca się w oczy i jest doskonałym celem dla lotników. Muzealnicy dwukrotnie muszą zmieniać postrzelone konie. Wreszcie nad ranem

9 września docierają do Lublina. Gdy obraz zostaje przeniesiony na dziedziniec tamtejszego muzeum, rozpoczyna się niemiecki nalot na miasto.

Płoną okoliczne domy, wali się jedno ze skrzydeł muzeum. Stanisław Ejsmond ginie przywalony gruzami. Radecki-Mikulicz i intendent lubelskiego muzeum Władysław Woyda przy pomocy napotkanych kobiet próbują przenieść skrzynię do piwnicy. Ważące półtorej tony pudło ani drgnie. Muzealnicy rozbijają skrzynię siekierami i ukrywają obraz w budynku.

Przetrwał, ale Niemcy są coraz bliżej, a o obrazie wiedzą już mieszkańcy. Radecki-Mikulicz i Woyda decydują się na blef. Naprawiają skrzynię i proszą, aby polscy żołnierze wywieźli ją za miasto i wyrzucili. Lublinianie są pewni, że obraz pojechał do Rumunii. W rzeczywistości zostaje starannie ukryty.

Szybko okazało się, że szefostwo Zachęty miało słuszne obawy. Gestapo natychmiast rozpoczyna poszukiwania obrazu. Joseph Goebbels wyznacza nagrodę za informacje prowadzące do odnalezienia „Bitwy” – 2 mln marek. Śledztwo zostaje wstrzymane dopiero, gdy polskie radio w Wielkiej Brytanii nadaje fałszywą wiadomość o przybyciu obrazu na Wyspy.

W 1944 r., gdy rozpoczęła się druga, tym razem sowiecka okupacja, lublinianie postanowili ukryć obraz również przed komunistami. Na skutek donosu Sowieci wpadli jednak na trop „Bitwy” i wkrótce w blasku fleszów i kamer kroniki filmowej wydobyto obraz ze skrytki. To „dobrowolne przekazanie” go PKWN miało dowodzić rzekomego poparcia narodu polskiego dla nowych okupantów."

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

http://www.rp.pl/artykul/153227,361702_Rycerze_walczacy_w_powietrzu.html

Rycerze walczący w powietrzu

Zestrzeleni Niemcy dziwili się, że opatrzył ich polski lotnik Stanisław Skalski. Polacy na takie gesty liczyć nie mogli

Świeżo upieczony oficer eskadry myśliwskiej z Torunia Stanisław Skalski już 1 września wziął udział w zestrzeleniu niemieckiego samolotu rozpoznawczego. Wychowany na wzorcach z I wojny światowej po akcji wylądował obok załogi henschela Hs 126 i uratował zestrzelonych wrogów oraz opatrzył im rany. Niemcy nie posiadali się ze zdumienia.

Bo choć w 1939 r. na czele Luftwaffe stał Hermann Göring – ostatni dowódca pułku legendarnego w czasie I wojny światowej Manfreda von Richthofena – to już nie były czasy Czerwonego Barona. Jednym z pierwszych, którzy się o tym przekonali, był inny as polskiego lotnictwa Zdzisław Krasnodębski.

3 września Krasnodębski został zestrzelony przez messerschmitta 110. Polak wydostał się z kabiny. Gdy opadał na spadochronie, zobaczył zawracającego Me 110, który strzelał do niego z obu luf. Gdyby Niemca nie przegonił inny polski pilot, Krasnodębski byłby martwy.

Takie zachowanie nie mieściło się w głowie polskim lotnikom. Równie niepojęte było ostrzeliwanie kolumn cywilnych uciekinierów, bombardowanie miast i wsi niemających militarnego znaczenia.

Polskie lotnictwo w tym brutalnym starciu nie miało najmniejszych szans. Niemcy dysponowali 1,5 tys. bombowców i 1,1 tys. najnowocześniejszych wówczas myśliwców Me 109 i Me 110. Naszą siłę stanowiło niespełna 400 samolotów, w tym zaledwie 150 myśliwców. W dodatku były to przestarzałe konstrukcje P-11 i P-7.

Niedoskonałości maszyn Polacy przezwyciężali umiejętnościami. W starciu z szybszymi samolotami niemieckimi próbowali szczęścia, atakując z lotu nurkowego. Jednak wobec liczebnej i technicznej przewagi polskie lotnictwo de facto przestało istnieć w pierwszym tygodniu wojny. Swoje umiejętności lotnicy z września mogli w pełni pokazać dopiero podczas bitwy o Anglię."

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach
Przeglądając różne dzieje marszałka Piłsudskiego, natknąłem się na stronie Sulejówka(dworek marszałka)na taką informację na temat generała von Fritscha .
Inna wersja śmierci generała von Fritscha (gdzieś w połowie tekstu).

http://zorza39.sulejowek.info/150939_mini.pdf

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach



×

Powiadomienie o plikach cookie