Jump to content

Archived

This topic is now archived and is closed to further replies.

bodziu000000

Niemieccy towarzysze broni

Recommended Posts

http://wyborcza.pl/1,75480,8329310,Niemieccy_towarzysze_broni.html

Niemieccy towarzysze broni

We wrześniu i październiku 1939 roku w Wojsku Polskim służyło ok. 8 tys. Niemców. 137 z nich zginęło, m.in. w walkach z oddziałami Wehrmachtu. Rozmowa z prof. dr. hab. Waldemarem Rezmerem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, specjalistą od historii wojskowości
17 września 1939 r. w Puszczy Kampinoskiej pod wsią Polesie Stare w walce między niemieckim 12. Pułkiem Piechoty a polską kawalerią zginął oficer Ernest Müller. Müller nie służył jednak w niemieckiej armii, tylko był porucznikiem rezerwy 6. Pułku Ułanów Kaniowskich Podolskiej Brygady Kawalerii. Ilu Niemców służyło w naszej armii podczas kampanii wrześniowej?

- Według spisu powszechnego z grudnia 1931 roku w Polsce mieszkało 741 tys. Niemców, którzy stanowili 2 proc. ludności kraju. Tak jak wszyscy obywatele Rzeczypospolitej podlegali oni powszechnemu obowiązkowi służby wojskowej. We wrześniu 1939 roku teoretycznie powinno służyć w Wojsku Polskim od 12,3 tys. do 12,9 tys. osób narodowości niemieckiej, w praktyce było to ok. 8 tys. Ale to tylko wyliczenia szacunkowe, bo nie wiemy, ilu zostało zmobilizowanych wszystkich żołnierzy WP, nawet bez podziału na narodowości: Polaków, Ukraińców, Białorusinów, Żydów czy Niemców. Plan mobilizacyjny z maja 1939 roku przewidywał powołanie 1,5 mln ludzi, z tego na froncie miało walczyć 1 milion 50 tysięcy osób. Ale na skutek bardzo szybkiego i niekorzystnego dla strony polskiej przebiegu kampanii mobilizacja powszechna nie została ukończona. Przyjmuje się, że zmobilizowano od 850 do 900 tys. mężczyzn. Niemcy bardzo szybko wkroczyli na Pomorze, do Wielkopolski, na Śląsk, gdzie ludności narodowości niemieckiej było najwięcej. Kilka dni po 1 września nie można było prowadzić tam czynności mobilizacyjnych, bo był tam już Wehrmacht. Na początku naszej rozmowy zacznijmy jednak od terminologii. Prosiłbym, żeby nie używał pan terminu "kampania wrześniowa.

Dlaczego?

- Posługując się nim, ulegamy propagandzie goebbelsowskiej, która wymyśliła termin "Feldzug September. Jeśli mówimy "kampania wrześniowa, to godzimy się na to, że wszystko skończyło się we wrześniu 1939 roku.

...a skończyło się w październiku.

- Właśnie! Faktem jest, że określenie "kampania wrześniowa jest najbardziej popularne i najmocniej zakorzenione. Jednak używając tego terminu, stawiamy pod znakiem zapytania sens śmierci prawie 450 żołnierzy, którzy zginęli w bitwach pod Wytycznem i pod Kockiem w pierwszych dniach października 1939 roku. Jeszcze w październiku z siłami Wehrmachtu i Armii Czerwonej walczyło nadal ponad 30 oddziałów.

Jak więc powinniśmy określać to, co działo się we wrześniu i październiku 1939 roku?

- Zgodnie z zasadą, która głosi, że wojna składa się z kampanii, proponuję używać terminu "kampania polska 1939 roku. Mieliśmy przecież kampanię francuską, norweską i włoską. Mówiąc kampania polska, uwzględniamy całość wydarzeń militarnych, które miały miejsce na obszarze Rzeczypospolitej we wrześniu i październiku: agresję Niemców i ich sojuszników Słowaków 1 września oraz napaść Armii Czerwonej 17 września.

W literaturze można znaleźć sporo przykładów Niemców, którzy nie chcieli zdjąć polskiego munduru. Juliusz Pollack w książce "Jeńcy polscy w hitlerowskiej niewoli pisze o poruczniku Gerhardzie Büllowie, który przebywając w oflagu Woldenberg nie chciał rozmawiać po niemiecku. Gdy przyjechali jego kuzyni, pułkownicy Wehrmachtu, musieli mieć tłumacza. Büllow nie zgodził się na zwolnienie z obozu, twierdząc, że jest polskim oficerem. Wielu żołnierzy odmówiło podpisania volkslisty. Urodzony w Wiedniu major Józef Trenkwald, zastępca dowódcy 9. Pułku Strzelców Konnych, do wyzwolenia pozostał przez to w niewoli.

- Faktycznie, porucznik Büllow ukończył w 1931 roku Szkołę Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Przydzielono go do 17. Pułku Ułanów w Lesznie, zresztą podobnie jak jego starszego brata Konstantego, absolwenta szkoły grudziądzkiej z 1930 roku. Po zmobilizowaniu Gerhard objął dowództwo I plutonu 3. Szwadronu Pionierów Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, brał udział w bitwie nad Bzurą.

Podobnych przykładów można podać więcej, nawet jeszcze głośniejszych. Kontradmirał Józef Unrug, dowódca polskiej Floty i Obrony Wybrzeża w 1939 roku, urodził się w Brandenburgu jako syn generała majora gwardii pruskiej i saskiej hrabianki Isadory von Bünau. W czasie I wojny światowej był oficerem floty niemieckiej, dowódcą okrętu podwodnego, komendantem szkoły podwodnego pływania i dowódcą flotylli okrętów podwodnych. Od 1919 roku służył w Wojsku Polskim. W 1939 roku, podczas rozmów dotyczących kapitulacji Helu, Unrug rozmawiał z przedstawicielami niemieckimi tylko po polsku, korzystając z tłumacza. Dziwili się: "Jak to? Oficer Kaiserliche Marine nie zna niemieckiego?. Odpowiadał: "Jestem Polakiem i oficerem polskim. Po kapitulacji Helu 2 października 1939 roku trafił do niemieckiej niewoli. Więzili go w kilku oflagach aż do 1945 roku. Unrug wszędzie z władzami obozowymi rozmawiał tylko po polsku albo angielsku, za pośrednictwem tłumaczy, nigdy nie podawał im ręki. Na pytanie, dlaczego nie mówi po niemiecku, odpowiadał, że zapomniał tego języka 1 września 1939 r. Rodzina próbowała go namówić, żeby zadeklarował, że jest Niemcem i podjął służbę w Kriegsmarine, ale on konsekwentnie odmawiał. W sierpniu 1940 roku za niesubordynację trafił do karnego oflagu w Colditz. Po wyzwoleniu znalazł się w Anglii, został I zastępcą szefa Kierownictwa Marynarki Wojennej.

Są jakieś dane, ilu Niemców zginęło w 1939 roku w polskim mundurze?

- Hitlerowska Centrala Grobów, którą utworzono w Poznaniu jesienią 1939 roku, wyliczyła, że z kampanii polskiej do domów nie powróciło 1057 Niemców - żołnierzy Wojska Polskiego. 137 z nich poniosło śmierć, a 920 uznano za zaginionych. Wielu Niemców, którzy polegli w bojach z oddziałami Wehrmachtu, spoczywa na cmentarzach wraz ze swoimi polskimi kolegami, np. Karl Fischer z Rakoniewic, który zginął nad Bzurą, leży na cmentarzu w Bednarach, Alfons Kümmel z Szopienic na cmentarzu w Zamościu. Porucznik rezerwy Albert Breyer zginął w oblężonej Warszawie, por. rez. dr Franz Bürger z Grudziądza zmarł od ran w szpitalu w Radomiu, por. rez. lekarz dentysta Maximilian Aleksander Ernst ze Zgierza zmarł w szpitalu w Zamościu, por. rez. Rudolf Fischer z 61. Pułku Piechoty z Bydgoszczy zmarł w wyniku ran w szpitalu w Sochaczewie, a por. lek. Johannes Zenker z Grudziądza zginął podczas nalotu Luftwaffe pod Łowiczem.

Większość zaginionych Niemców, polskich żołnierzy, trafiła do sowieckiej niewoli lub została internowana na Litwie, w Rumunii, na Węgrzech.

Związek Sowiecki był sojusznikiem III Rzeszy. Jak byli tam traktowani Niemcy w polskich mundurach?

- Z raportu majora Piotra Soprunienki, szefa Zarządu NKWD do spraw Jeńców Wojennych, wynika, że w połowie października 1939 r. w sześciu sowieckich obozach przetrzymywano 417 Niemców - byłych żołnierzy Wojska Polskiego. W rzeczywistości było ich więcej, bo zestawienie nie objęło tych, którzy znajdowali się w tym czasie w punktach odbiorczych. Od 23 października Rosjanie zaczęli ich przekazywać władzom niemieckim. Ale nie wszystkich, np. Jan Barts, Erwin Keppe i Wolfgang Janus przebywali w obozie NKWD w Spasozawodsku jeszcze w 1943 r.

Wielu Niemców z Wojska Polskiego trafiło do niemieckiej niewoli.

- Szybko byli zwalniani i z zachowaniem stopni wojskowych wcielani do Wehrmachtu. Ppor. Adolf Erwin Heilmann, nauczyciel z Osieka Wielkiego, jako żołnierz 1. kompanii 59. Pułku Piechoty w Inowrocławiu bronił Bydgoszczy i walczył nad Bzurą. Do niewoli trafił 25 września, ale już cztery dni później został zwolniony, bo udowodnił, że jest Niemcem. Właściciel majątku Dąbrówka pod Grudziądzem Kurt Erik Temme wrócił z niewoli 19 listopada 1939 r. Zginął w 1944 r. w stopniu majora Wehrmachtu w walkach na terenie Holandii. Ernst Mielke ze wsi Lipa Druga koło Wyrzyska odbył całą kampanię jako ułan 16. Pułku Ułanów Wielkopolskich. Do niewoli dostał się 22 września pod Warszawą, po rozbiciu resztek Zbiorczego Pułku Pomorskiej Brygady Kawalerii przez Luftwaffe.

Większość polskich Niemców w 1939 roku opowiedziała się jednak po stronie III Rzeszy. Powszechne było raczej unikanie poboru. Latem 1939 roku wzywały do tego niemieckie organizacje.

- Rzeczywiście, apele Jungdeutsche Partei, Volksbundu, Gewerkschaft Deutsche Arbeiter in Polen czy Organizacji Zagranicznej NSDAP spotkały się z dużym odzewem. Do 16 sierpnia 1939 roku rozpoczęto procedurę pozbawienia obywatelstwa polskiego w odniesieniu do 6,4 tys. osób uchylających się od służby w Wojsku Polskim. Chociaż w grupie tej zdecydowanie przeważali Niemcy, wśród unikających poboru byli także Polacy i inne narodowości. Tylko w Wielkopolsce w ciągu jednego tygodnia, od 20 do 26 sierpnia, sporządzono 572 wnioski w sprawie pozbawienia obywatelstwa polskiego Niemców, którzy zbiegli do Rzeszy. Aby zniechęcić do ucieczek, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ustanowiło 26 lipca 1939 roku przymusowy zarząd nad majątkiem opuszczonym przez uciekinierów i polecało dokonanie jak najszybszych licytacji. Władze polskie, nie mogąc doręczyć kart mobilizacyjnych ukrywającym się, ogłaszały o ich powołaniu w obwieszczeniach. Tylko od 29 lipca do 26 sierpnia 1939 roku w "Poznańskim Dzienniku Wojewódzkim zamieszczono 290 tego rodzaju obwieszczeń dotyczących niekiedy kilku osób naraz. Chodziło głównie o Niemców, ale niekiedy propagandzie szerzonej przez organizacje mniejszościowe dawali się nabierać także i Polacy, szczególnie bezrobotni. Spodziewali się, że po nielegalnym przekroczeniu granicy znajdą pracę w III Rzeszy.
Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że w całym okresie międzywojennym Niemcy należeli do tych, którzy najmniej dezerterowali i rzadko uchylali się od służby w Wojsku Polskim. Wśród Polaków też zdarzały się dezercje. Na przykład w 1927 roku do poboru zgłosiło się proporcjonalnie nawet więcej powołanych Niemców - 91,5 proc. - niż Polaków, których stawiło się 87 proc.

Z czego to wynikało?

- Niektórzy twierdzą, że z wpojonego im od dziecka poczucia obowiązku i dyscypliny, inni tłumaczą, że były ciche instrukcje organizacji niemieckich, aby nie uchylali się od służby i pobyt w polskim wojsku wykorzystali do zdobycia kwalifikacji żołnierskich. Proszę pamiętać, że do 1935 roku w Niemczech na mocy kończącego I wojnę światową traktatu wersalskiego nie było obowiązkowej służby wojskowej. Niemcy za pieniądze polskiego podatnika zdobywali więc kwalifikacje żołnierskie. Ponadto zainteresowany ich obecnością w naszej armii był także niemiecki wywiad, dla którego było to bardzo wiarygodne i sprawnie działające źródło informacji. Wielu polskich Niemców, którzy latem 1939 roku nie zgłosili się do jednostek lub zdezerterowali, podczas kampanii zostało wykorzystanych jako przewodnicy, instruktorzy i doradcy w niemieckich dowództwach na poszczególnych odcinkach frontu. Znali miejscowe realia, więc służyli wskazówkami, jak działać na naszym terenie. To właśnie oni byli w grupie dywersyjnej, która sfingowała polski napad na niemiecką radiostację w Gliwicach.

Nasz kontrwywiad musiał mieć oko na Niemców w wojsku.

- Jak było z lojalnością polskich Niemców, pokazują raporty Samodzielnych Referatów Informacyjnych przy Dowództwach Okręgów Korpusu, w których można było przeczytać: "Niemcy. Narodowo uświadomieni. Okazują zrozumienie służby wojskowej. Zamknięci w sobie. Jako kolegów dobierają sobie przeważnie Niemców. W języku polskim na ogół słabi. (...) Obowiązkowością i karnością mogą służyć za wzór innym, należy jednak wątpić w szczerość ich intencji, ze względu że zalety te im są wrodzone. Podkreślano, że z jednej strony wykazują się bardzo dobrymi walorami żołnierskimi: zdyscyplinowaniem, chęcią zdobywania jak największych kwalifikacji żołnierskich, ale nie ma mowy o ich polonizacji. Trudno było nawet uzyskać to, co udawało się z Ukraińcami i Białorusinami - neutralizować antypolskie przekonania, z którymi bardzo wielu przychodziło do wojska. Niemcy, gdy trafili do jednostki, trzymali się razem. Czuli rozdarcie duszy: z jednej strony starali się być dobrymi żołnierzami, z drugiej chcieli być lojalni wobec swojego niemieckiego narodu i państwa.

1 września 1939 roku Niemcy służący w Wojsku Polskim stanęli przed dylematem, do kogo strzelać: do swoich rodaków po drugiej stronie frontu czy do kolegów i dowódców z oddziału.

- Pomimo intensywnej propagandy większość polskich Niemców wypełniła swój obywatelski obowiązek. Można przyjąć bez popełnienia większego błędu, że tak postąpiło dwie trzecie tych, którzy otrzymali powołanie do wojska. Zdrada, dezercja, przejście z bronią w ręku na stronę przeciwnika, niesubordynacja czy prowadzenie defetystycznej propagandy oczywiście występowały, ale nie miały charakteru masowego.

29 września zbuntowała się 13. kompania przeciwdesantowa rozmieszczona na cyplu helskim od strony pełnego morza. Marynarze chcieli dojść do portu handlowego Hel, zająć kilka kutrów rybackich i przepłynąć na drugi brzeg Zatoki Puckiej, obsadzony już przez wojska niemieckie. Bunt udało się stłumić przy pomocy ściągniętych odwodów. Następnego dnia bunt ogarnął 12. kompanię przeciwdesantową. Połowa żołnierzy porzuciła swoje stanowiska koło Jastarni i koło wsi Bór wywiesiła białe flagi. Potem pomaszerowała do Jastarni, skąd kutrami i łodziami rybackimi zamierzała przeprawić się do Rewy. Nie udało im się, bo Dowództwo Floty ściągnęło ze stanowisk część 11. kompanii Korpusu Ochrony Pogranicza i wysłało w kierunku Jastarni, by odciąć drogę buntownikom. Niedługo potem pojawiła się wzmocniona kompania kadrowa marynarki. KOP-iści i marynarze otoczyli niedoszłych dezerterów i zmusili do poddana się.

Kim byli buntownicy?

- Kompanie, które zbuntowały się, zostały sformowane 2 września, kiedy przysłano do dyspozycji dowódcy Rejonu Umocnionego Hel około 400 rezerwistów. Ich przyjęciem i podziałem miał się zająć mjr Jan Wiśniewski, dowódca batalionu KOP "Hel. Według jego relacji "była to zbieranina, przypuszczam nawet nie przeklasyfikowana przez P.K.U. [Powiatowe Komendy Uzupełnień]. Wszystko starsze roczniki, żaden w W.P. nie służył, część służyła w niemieckiej armii i niemieckiej marynarce. Podoficerów nie było; jeżeli byli, to ze stopniami z dawnej niemieckiej armii czy marynarki, do czego się nie przyznawali. Zameldowałem swoją obserwację, że nie są do użycia. Odpowiedź: P.K.U. ich przysłało, musimy ich przyjąć. (...) Już po kilku dniach okazało się, że to nie tylko element nie przeszkolony, niechętny i niekarny, ale po prostu negatywnie (nawet wrogo) nastawiony do naszych wysiłków, uważający, że im ta wojna nie jest potrzebna.

Niemcy praktycznie nie mieli szans na karierę w Wojsku Polskim. Według zaleceń władz do szkół podchorążych przyjmowano tylko 5 proc. przedstawicieli mniejszości narodowych. Niemcy, Ukraińcy, Białorusini i Żydzi nie mogli także służyć m.in. w łączności, żandarmerii, marynarce wojennej. Skąd wobec tego wzięli się oficerowie o niemieckich nazwiskach, którzy walczyli po naszej stronie w 1939 roku?

- Nie spotkałem się z przypadkiem, żeby któryś z Niemców zrobił u nas oszałamiającą karierę. Unrug, który był oficerem zawodowym kajzerowskiej marynarki, należał do wyjątków. W II Rzeczypospolitej na skutek obostrzeń Niemcy mogli ukończyć najwyżej szkoły podchorążych rezerwy. Np. w Grudziądzu było Centrum Wyszkolenia Kawalerii i w niemieckich rodzinach arystokratycznych z Pomorza i Wielkopolski było dobrze widziane, by kończyli je młodzi mężczyźni. Po ukończeniu szkoły otrzymywali stopień podchorążego, później było już tylko kwestią czasu, że awansują na podporucznika, czyli stawali się oficerami Wojska Polskiego, ale rezerwy. Latem 1939 roku ich także objęła powszechna mobilizacja.

Nasze Ministerstwo Spraw Wojskowych nie chciało, żeby Niemcy odbywali służbę wojskową na Śląsku, w Wielkopolsce i na granicy z Prusami Wschodnimi, a Ukraińcy i Białorusini służyli na Kresach Wschodnich, gdzie Polacy byli w mniejszości. Dlatego w maju 1922 r. wprowadzono eksterytorialny system przydziału poborowych.

- Władze obawiały się, że w przypadku wojny z zachodnim sąsiadem trudno będzie liczyć na pełną lojalność żołnierzy narodowości niemieckiej. Aby ograniczyć to niebezpieczeństwo, bardzo wielu z nich kierowano na wschód, do odbycia obowiązkowej służby w oddziałach Korpusu Ochrony Pogranicza...

...który strzegł naszych wschodnich granic.

- Nie tylko z ZSRR, ale także z Litwą, Rumunią. Jak pan ogląda westerny, to na początku lat 20. pogranicze polsko-sowieckie i polsko-litewskie przypominało granicę Meksyku z Teksasem z końca XIX wieku. Ciągle toczyły się tam walki, z jednej na drugą stronę przechodziły różne grupy dywersyjne wspierane przez władze sowieckie i litewskie. KOP powstał w 1924 roku na wniosek ministra spraw wojskowych gen. Władysław Sikorskiego i ministra spraw wewnętrznych Zygmunta Hübnera, po kompromitujących zdarzeniach dla państwa polskiego, kiedy to w sierpniu 1924 stuosobowa banda przeszła z terenu ZSRR i opanowała miasto powiatowe Stołpce, atakując siedzibę starostwa, plądrując sklepy i niszcząc posterunek policji. Inna banda we wrześniu 1924 roku zatrzymała pociąg relacji Pińsk - Łuniec, wybatożyła i pozbawiła ubrania wojewodę poleskiego, komendanta okręgowego Policji Państwowej w Brześciu i obrabowała biskupa Zygmunta Łozińskiego, który stracił krzyż.

Początkowo do KOP-u kierowano tylko i wyłącznie Polaków, piśmiennych i z rodzin chłopskich, bo chłopi byli najmniej podatni na komunistyczną propagandę. W 1926 roku władze rozluźniły rygory i zaczęły do Korpusu kierować przedstawicieli mniejszości narodowych, głównie Niemców.

Dlaczego właśnie ich?

- O ile istniało niebezpieczeństwo, że Niemcy pełniący służbę w zachodnim obszarze Polski mogą mieć problem z lojalnością wobec kraju, w którym mieszkają, na wschodzie było łatwiej. Służbę w KOP-ie przedstawiano im nie tylko jako służbę Polsce, ale także w interesie światowej walki z komunizmem, a oni z racji dyscypliny i poczucia obowiązku jak najbardziej się do tego nadawali. Polska i niemiecka propaganda stale mówiły o bolszewickim zagrożeniu dla Europy. Niemcy, pilnując polskiej granicy wschodniej, która była wtedy czymś w rodzaju dzisiejszej granicy schengeńskiej, bronili nie tylko Polski, lecz także Europy i Rzeszy.

W myśl zarządzeń z 1938 roku w piechocie KOP-u mogło służyć 95 proc. Polaków i 5 proc. Niemców, a w kawalerii, artylerii i saperach Niemcy mogli stanowić 12 proc. żołnierzy Korpusu.

- Co ciekawe, te same proporcje, które obowiązywały w poborze do wojska w okresie pokoju, były stosowane również w razie mobilizacji. KOP liczył ok. 27 tys. ludzi, we wrześniu i październiku 1939 roku służyła w nim co najmniej połowa z 8 tys. Niemców w Wojsku Polskim.

1 września wybucha wojna. Co się dzieje z formacjami KOP-u?

- Na bazie KOP-u mobilizowano nowe jednostki, które jeszcze w lecie 1939 roku wysyłano na zachód. Np. 1. Pułk Kawalerii KOP-u przydzielono do Armii "Kraków, kompania saperów KOP "Hoszcza pojechała na Pomorze, gdzie wykonywała roboty fortyfikacyjne. Luki osobowe trzeba było jednak wypełnić, dlatego zmobilizowano około 13 tys. rezerwistów. Mój ojciec był z Pomorza, w sierpniu 1939 roku został powołany do KOP-u do batalionu "Krasne i wysłany na strażnicę koło Mołodeczna. Ocenia się, że 1 września w KOP-ie na wschodzie było około 19 tys. żołnierzy, wśród nich kilka tysięcy Niemców.

Jak zachowywali się Niemcy w KOP-ie po sowieckiej agresji 17 września?

- Bardzo dobrze. Wtedy nikt nie znał tajnego porozumienia Hitler - Stalin, żołnierze nie wiedzieli, dlaczego wkracza Armia Czerwona. Gdyby prześledzić niemiecką i sowiecką prasę do jesieni 1938 roku, to przecież bolszewizm jest dla hitleryzmu największym wrogiem, a w Rosji sowieckiej faszyzm jest przedstawiany jako największe zagrożenie. Dla Niemców, którzy czytali niemieckie gazety wychodzące także w Polsce, porozumienie na najwyższym szczeblu między Berlinem a Moskwą było nie do pomyślenia. Oczywiście prasa doniosła o pakcie o nieagresji, ale nie o współdziałaniu w rozbiorze Polski. Kiedy więc wkroczyła Armia Czerwona, to dla Niemca, który był wcześniej wychowywany, że powinien stawić opór zalewowi bolszewizmu, czerwonoarmista był takim samym wrogiem jak dla żołnierza polskiego.

Zdarzały się przypadki dezercji Niemców z KOP-u?

- Gdyby nawet chcieli porzucić broń i iść do domu, to nie bardzo mieli jak i gdzie. Wokół wrogo nastawiona ludność, od wschodu wkraczała Armia Czerwona. Niemcy służący w KOP-ie pochodzili głównie z terenów Polski zachodniej, więc na Kresach czuli się jak w obcym środowisku, zresztą byli tam nawet postrzegani jako element obcy. Dla miejscowych, Białorusinów czy Ukraińców, żołnierze, którzy mówią po niemiecku, to był okupant.

Co ciekawe, znalazłem w dokumentach polskiej dwójki [Oddział II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, ówczesny wywiad wojskowy], że nawet Polacy pochodzący z Pomorza i Wielkopolski w kontaktach ze swoimi kolegami Niemcami służącymi w KOP-ie bardzo chętnie używali języka niemieckiego.

Dlaczego?

- Może młodzi ludzie chcieli się popisać, wyróżnić, że są lepsi, bo pochodzą z bardziej rozwiniętych gospodarczo i cywilizacyjnie dzielnic. Formacje KOP-u praktycznie do końca kampanii utrzymywały się jako zwarte oddziały. Nie było sytuacji jak na Zachodzie, że podczas walk z Wehrmachtem atakowane z powietrza przez Luftwaffe niektóre bataliony, pułki, a nawet dywizje ulegały demoralizacji i rozsypywały się.

Dla KOP-owców marsz na Zachód w zwartym oddziale był jedyną szansą na przeżycie i niewpadnięcie w łapy zrewoltowanych band, które zaczęły się tworzyć na wschodnich obszarach w połowie września. Mamy informacje, dokumenty i relacje o rozstrzeliwaniu polskich żołnierzy i oficerów, napadach na polskie majątki. Dowódca Zgrupowania "Kobryń płk Adam Epler informował, że "w rejonie Kowel, Ratno, Kamień Koszyrski zdarzają się wypadki rozbrajania pojedynczych żołnierzy i napadów na drobne oddziały i ewakuującą się polską ludność cywilną przez liczne uzbrojone bandy chłopskie.

Część oddziałów szukała schronienia za granicą.

- Mój ojciec i jego batalion, w którym również służyli Niemcy, po kilkugodzinnej beznadziejnej obronie strażnic atakowanych przez przeważające siły czerwonoarmistów zaczął się cofać w kierunku Wilna, ale drogę zagradzała już Armia Czerwona, a na zachodzie był Wehrmacht, więc zdecydowali się pójść na Litwę. Po walkach z oddziałami sowieckimi na Litwę dotarły tylko resztki batalionu KOP-u "Krasne. Oddziały KOP-u przeszły także do Rumunii i na Łotwę, gdzie żołnierze zostali internowani. Później jeździły tam niemieckie komisje wojskowe. Kilka lat temu dostałem od kolegów z Litwy sporządzony przez taką komisję wykaz internowanych żołnierzy pochodzących z Pomorza. Na liście jest rubryka "narodowość. Co ciekawe, żołnierze zostali podzieleni na "P, czyli Polaków, "D - Deutsch i "K, czyli Kaschuben. Już jesienią 1939 roku Niemcy zaczęli bowiem wydzielać Kaszubów jako osobną grupę narodową. Szermowali argumentem, że do lutego 1920 roku byli oni obywatelami państwa pruskiego.

Było też zgrupowanie KOP-u generała Wilhelma Orlika-Rückemanna, które chciało się połączyć z Samodzielną Grupą Operacyjną Polesie gen. Kleeberga i maszerowało z Polesia aż na Lubelszczyznę. Po drodze, 29 i 30 września pod Szackiem, ok. 4 tys. żołnierzy KOP stoczyło bitwę z 52. Dywizją Strzelecką Armii Czerwonej.

Jak zachowali się KOP-owcy, kiedy ich oddziały weszły do centralnej Polski i zetknęły się z Wehrmachtem?

- Mogę tylko domniemywać, że Niemcy, którzy byli żołnierzami Wojska Polskiego, byli zdezorientowani politycznie. Nie wiedzieli, po co wkracza Armia Czerwona i jaki będzie ich los, bo przecież tak samo jak Polacy bali się bolszewików. Dla nich marsz na zachód, w stronę zbliżającego się Wehrmachtu, był jedynym rozwiązaniem. Kiedy wynik wojny był przesądzony, walka nie miała dla nich sensu, więc po przekroczeniu Bugu całymi grupami przechodzili na niemiecką stronę.

Goebbelsowska propaganda wydawała albumy z pierwszych dni kampanii. Na zdjęciach widać kilku-kilkunastoosobowe grupy żołnierzy w mundurach Wojska Polskiego maszerujących z hitlerowską flagą, podpisane, że to Niemcy, którzy rzucili broń i dołączają do swoich.

Tylko że wtedy to były pojedyncze przypadki. Pod koniec września i w październiku było to zjawisko masowe.

Co się działo z Niemcami służącymi w naszej armii po zakończeniu kampanii polskiej?

- Internowani w Rumunii i na Litwie i ci, którzy dostali się do niewoli sowieckiej, jeśli składali deklarację, że są Niemcami, po jakimś czasie wracali do domów. Ci, którzy trafiali w ręce niemieckie, byli natychmiast zwalniani, oczywiście po wcześniejszym sprawdzeniu danych personalnych. Jeżeli wszystko było w porządku, to po jakimś czasie taki Müller czy Kraus trafiał do Wehrmachtu.

* Prof. dr hab. Waldemar Rezmer - kierownik Zakładu Historii Wojskowej w Instytucie Historii i Archiwistyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, autor przeszło 200 prac dotyczących historii Wojska Polskiego, sił zbrojnych krajów ościennych i historii konfliktów zbrojnych. Doctor honoris causa Uniwersytetu Witolda Wielkiego w Kownie"

Share this post


Link to post
Share on other sites



×
×
  • Create New...

Important Information