Jump to content

Archived

This topic is now archived and is closed to further replies.

grzeb

Legia Cudzoziemska - Polak ujawnia prawdę o legendarnym wojsku

Recommended Posts

Krew, pot, brutalność i… jeszcze trochę krwi, potu i brutalności. Tak, według obiegowych opinii, wygląda codzienność w Legii Cudzoziemskiej. A jaka jest prawda? Specjalnie dla Wirtualnej Polski Marek Kogut, były legionista i członek Stowarzyszenia byłych żołnierzy i przyjaciół Legii Cudzoziemskiej w Polsce opowiada o morderczych szkoleniach, czołganiu w błocie, śpiewaniu na mrozie i prostytutkach. Rozprawia się również z mitami narosłymi wokół Legii.

Legia Cudzoziemska to formacja wojskowa na wpół legendarna. Do tego stopnia, że niektórzy słysząc o niej, z szeroko otwartymi oczami pytają: - To ona istnieje naprawdę? Myślałem, że tylko w filmach kryminaliści mówią a, zaciągnę się do Legii Cudzoziemskiej".

Kompania spod ciemnej gwiazdy

Barczysty Rosjanin, który po kilku głębszych wysłał" do szpitala czworo ludzi. Cygan o szelmowskim uśmiechu, trudniący się kradzieżą biżuterii. I cała masa ludzi z przeszłością, ale bez przyszłości, których kuszą dowódcy: aciągnijcie się do Legii Cudzoziemskiej. Tam nie będą wam zadawać zbędnych pytań". Tak w filmie Maszeruj albo giń" wygląda rekrutacja do owianej legendą jednostki francuskiego wojska. To już tylko wspomnienie.

Legia Cudzoziemska już od dobrych kilkudziesięciu lat nie jest przyczółkiem dla wyjętych spod prawa zwyrodnialców. Co prawda ciągną do niej różni ludzie. - Tyle jest powodów przyłączenia do Legii, ilu jest legionistów. Każdy ma własną historię i nie można generalizować - tłumaczy Marek Kogut. Jest to w dalszym ciągu wojsko, do którego trafiają ludzie z przeszłością". Ale jest też warunek - ci ludzie muszą mieć przyszłość. Gdy ochotnik zgłasza się do któregoś z punktów rekrutacyjnych, jego tożsamość z miejsca jest weryfikowana. - Razem ze mną do Legii zgłosił się pewien Niemiec. Już następnego dnia przyjechała po niego niemiecka policja. Zgarnęli go na miejscu. Okazało się, że jest poszukiwany za morderstwo. Legia od razu sprawdziła jego dane i okazało się, że jest na czerwonej liście poszukiwanych - wspomina Marek Kogut.

Legenda Legii jako ostatniego miejsca na ziemi, w którym mogą skryć się kryminaliści, narastała przez lata. Tuż po drugiej wojnie światowej formację zdominowali niemieckojęzyczni wojskowi. Uciekający przed rozliczeniem za zbrodnie wojenne naziści przekraczali granicę z Francją, zaciągali się do Legii i ciągnęli na fronty w Indochinach i Afryce. W latach 60. i 70. przeważali z kolei Anglosasi, a po gorbaczowskiej odwilży - legioniści rodem z państw sypiącego się bloku ZSRR. W tym mnóstwo Polaków. - Na początku lat 90. Legię wręcz zalała fala Polaków. Stanowili 8-9% na ponad 60 narodowości. Byliśmy drugą narodowością po Francuzach - mówi były legionista, który służył w latach 1991-1997. Już wtedy jednym z warunków przystąpienia do rekrutacji było posiadanie ważnego dokumentu tożsamości.

Jednocześnie Legia stara się nie wcielać w swe szeregi tych, którzy popełnili przestępstwo. Ale dopuszcza do rekrutacji mężczyzn, którzy mają na sumieniu drobne grzeszki. Być może dlatego narósł kolejny mit o Legii jako przyczółku dla niepoprawnych dzieciorobów". - Są ludzie, którzy mają małe problemy z prawem i jakoś przemycają się do Legii. Czasem uciekają przed rodziną. Zdarzają się też tacy, którzy uciekają od płacenia alimentów. Ale nie można generalizować - przekonuje Kogut. Wszystko bowiem wychodzi w praniu".

15 kilo mniej w miesiąc

Pranie" zaczyna się od filmu, który ogląda każdy kandydat na legionistę. Ma on pokazać, co go czeka. Później pada pytanie: zostajesz? Jeśli tak, sprawdzają go od stóp do głów. Popsute zęby, problemy z sercem, sznyty", duże tatuaże, za słaby wzrok czy garb eliminują już na starcie. Później jest cała masa testów sprawdzających wytrzymałość, sprawność, inteligencję. I wreszcie wywiad. Kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt razy zadawane te same pytania. Co? gdzie? kiedy? z kim? po co? - aż do znudzenia. Wielogodzinne przesłuchania" to jednak nie strata czasu. Z tłumu spragnionych wrażeń pozwalają wyłowić konfabulantów, którzy szukają tylko przygody albo parasola ochronnego".

- Nigdy nie wiadomo, według jakiego klucza dowódcy wybierają legionistów. W moim przypadku zdecydowało to, że chcę zmienić swoje życie. Ale nie chciałem odcinać się od rodziny. Przerwałem studia, bo doszedłem do wniosku, że nie pasuje mi bycie ekonomistą i siedzenie w biurze. Od urodzenia wydawało mi się, że mam profil żołnierski. I to się sprawdziło. Powiedzieli mi: to dobre miejsce dla Ciebie. I mnie przyjęli. A byli wśród nas ludzie znacznie lepsi ode mnie pod względem wyglądu czy fizyczności, a którzy zostali odrzuceni - opowiada Kogut.

Po wstępnej selekcji przychodzi kolej na czteromiesięczne szkolenie (wcześniej trwało sześć miesięcy). Przyszli legioniści mają dzień zajęty od świtu do nocy. Pobudka nad ranem, sprzątanie, apel, śniadanie, ćwiczenia, szkolenia, sprzątanie, zupa, apel, sprzątanie, ćwiczenia, szkolenia, kolacja, apel i dobranoc. Albo i nie, bo często są dodatkowe zajęcia nocne. Niektórzy są rozczarowani - Legia jawiła im się jako jednostka wojskowa, w której staną się maszynami do zabijania. Sprzątanie petów ma z tym niewiele wspólnego. - Dużo osób dezerteruje właśnie w tym czasie, głównie z powodu zderzenia z rzeczywistością, która jest odmienna od wyobrażeń, z którymi ktoś przychodzi do Legii - tłumaczy Kogut.

Nie jest kolorowo - ani tym bardziej ciepło i przytulnie. - Był listopad. Spaliśmy tylko pod dachem, bez ścian. Zimno było zawsze. Naprawdę zimno - Marek Kogut wspomina pierwszy miesiąc na farmie w Pirenejach. Żołądek prawie przyrasta do kręgosłupa. - Najpierw wydawano nam posiłki, a później kazano śpiewać na baczność. W tym czasie jedzenie stygło. Schudliśmy po 10-15 kg w ciągu miesiąca - mówi. Wisienką na torcie jest Raid Marche (Marche Kepi Blanc, czyli Marsz Białego Kepi; odbywa się po miesiącu szkolenia i daje prawo do założenia pierwszy raz Kepi, stąd jego nazwa). To nie jest szkółka harcerska. Młodzi legioniści muszą zmierzyć się z 120-160 kilometrową trasą w nieprzychylnych Pirenejach. Tam czekają na nich mordercze testy i ciężkie do pokonania tory przeszkód. Mają na to cztery-pięć dni. Nawet z doskonałą kondycją fizyczną można paść na pysk. - To była katorga. Po pierwszym dniu ściągałem buty razem ze skarpetami i skórą - wspominał inny były legionista.

Parlez-vous français?

Legia jest najbardziej zróżnicowaną armią świata. Służą w niej ludzie z kilkudziesięciu krajów, wierzący w różnych bogów, mówiący dziesiątkami języków, różniący się kolorem skóry. Większość oficerów jest z pochodzenia Francuzami albo frankofonami (obywatelami krajów francuskojęzycznych, głównie dawnych kolonii francuskich), a wszystkie komendy, szkolenia i rozmowy prowadzone są w języku francuskim. - W Legii służą ludzie z kilkudziesięciu krajów, więc nawet jeśli przyjdzie ktoś, kto mówi w suahili, to znajdzie się legionista, który mówi w tym języku - wyjaśnia Kogut. I wspomina: - Za moich czasów nie było jeszcze kadry podoficerskiej z dużym stażem mówiącej w języku polskim, więc byłem przesłuchiwany przez Anglika. Ale obecnie prawie każdy jest przesłuchiwany w swoim ojczystym języku. Tak samo jest z testami - są opisane w macierzystym języku kandydata.

Szczęśliwcy, którzy przechodzą wstępną selekcję i trafiają na szkolenie, muszą jednak szybko nauczyć się języka urzędowego". - Pierwsze zajęcia z francuskiego przeważnie prowadzi szef sekcji na unitarce (szkoleniu - przyp. red.), a pierwszym, wręcz kultowym zdaniem, którego uczą się rekruci jest C'est une canette de bière", czyli To jest puszka piwa" - mówi były legionista. A później jest nauka języka non stop. W Legii stosowany jest system tzw. binomage’u. Chodzi o to, by na jednego cudzoziemca nie znającego francuskiego przypadał Francuz lub frankofon, który mieszka z nim w pokoju i musi stale rozmawiać z nim po francusku. - On ma za zadanie uczyć mnie francuskiego, a ja mam za zadanie tego francuskiego nauczyć się tak szybko, jak to tylko możliwe. Na koniec, gdy przychodzi test ze znajomości języka, on dostaje taką samą ocenę, jak ja - wyjaśnia Kogut.

Cztery ściany, prycza, suchy chleb i Lorena

Po szkoleniu następuje selekcja, a wraz z nią kolejna porcja testów psychofizycznych. W końcu tworzy się lista, na której szczycie są ci, którym poszło najlepiej. Do nich należy wybór pułku bojowego, w którym spędzą najbliższe lata. Największą popularnością cieszy się 2 Cudzoziemski Pułk Powietrznodesantowy (2REP) - ulokowana na Korsyce jednostka spadochroniarzy, w której służył rozmówca Wirtualnej Polski. - Zawsze będę dumny z tego, że jest Legia i są spadochroniarze - zapewnia.

Swą legendę spadochroniarze zawdzięczają także surowszej dyscyplinie. - U nas, na Korsyce, pułk nazywany jest zakonem", bo dyscyplina jest znacznie ostrzejsza - mówi Kogut. Podczas gdy we wszystkich regimentach obowiązkowy jest tylko poranny apel, w 2REP-ie legioniści muszą również stawiać się na wieczornej zbiórce. Podobnie jest z kontrolą czystości.

Na tym różnice się nie kończą. - Trudno jest otrzymać pozwolenie, by mieszkać na mieście. W pozostałych pułkach jest inaczej. Z tego, co wiem, obecnie legioniści o 17 wychodzą do domu i praktycznie nie żyją w koszarach. Zupełnie jak w normalnej pracy. Wyjątkiem jest 24-godzinna służba np. na warcie. Ale nawet starsi szeregowi czy szeregowi mają mieszkania, dziewczyny. Za moich czasów tego nie było i do tej pory nie ma tego na Korsyce - wyjaśnia. Jest też więcej ćwiczeń fizycznych, szkoleń, zajęć na basenie czy w terenie. To się przekłada na sprawność żołnierzy. Ale nie tylko.

- Nigdy nie wiadomo, według jakiego klucza dowódcy wybierają legionistów. Testy psychofizyczne czy test na inteligencję odgrywają dużą rolę. Wbrew pozorom fizyczność nie ma wielkiego znaczenia. Ciało można wyćwiczyć. Dlatego ważniejszy jest odpowiedni profil psychologiczny. Legionista musi mieć profil żołnierza - stwierdza Kogut.

- To, że ktoś był w Legii, nie znaczy, że jest super komandosem. Najważniejsza jest mentalność i dyscyplina, świadomość obowiązku i świadomość misji, która jest powierzona. Jeżeli ktoś mi powie, że mam nie spać trzy dni i obserwować dane miejsce, to przez trzy dni nie zasnę i nie spuszczę z niego oka. Legia wykształciła w nas poczucie samodyscypliny i umiejętność adaptacji do wszelkich warunków, w jakichkolwiek byśmy się nie znaleźli - wyznaje Kogut.

Żywot legionisty to nie tylko sprzątanie, szkolenia, ćwiczenia i apele. - Można wieczorem wyskoczyć na miasto - na piwo, zabawić się czy pójść na zwykły spacer - ale trzeba mieć zgodę podpisaną przez kapitana. Taki bilecik autoryzuje nieobecność na wieczornym apelu. Trzeba po prostu wrócić na poranny apel, czyli na 6 rano - opowiada Kogut. Jednak nawet wówczas, gdy dowódca nie podpisze papierka", legioniści nie żyją jak asceci .

Pokoje są w pełni wyposażone - od mebli przez telewizory i sprzęt muzyczny aż po laptopy. - Z tego, co wiem, obecnie legioniści mogą mieć nawet telefony komórkowe - mówi Kogut. Do tego dochodzą jeszcze basen, sale do dżudo, tenisa i innych sportów, a nawet kompanijna knajpa.

- Nie trzeba pić ukradkiem. Na stołówce są kraniki, gdzie można nalać sobie tyle piwa, ile się chce. Wino jest podawane do posiłku. Rzecz w tym, żeby o 14 być w stanie wyjść i wykonywać swoją pracę - wyjaśnia Kogut. I dodaje, że jeżeli ktoś chciał, mógł pić w środku tygodnia, ale wiedział wówczas, że nazajutrz będzie musiał przebiec 10-15 kilometrów. - Jak się bawimy, to na całość. Ale jeżeli pracujemy, to też na całość - mówi. Piwo w męskim towarzystwie nie zastąpi jednak kontaktu z kobietami. Jeszcze w latach 80. funkcjonowały tzw. PUF-y, czyli koszarowe domy uciech. - Były to normalne burdele, bilety kupowało się w klubie kompanii, a lekarze wojskowi pilnowali, żeby wszystko było w porządku, tzn. żeby nikt nie łapał chorób wenerycznych - opowiada Kogut. Ostatni koszarowy dom publiczny Legii istniał w Gujanie Francuskiej. Zamknięto go za sprawą pewnej pani pułkownikowej, której nie podobało się, że legioniści często tam chadzali. Ale i bez koszarowej agencji towarzyskiej" mężczyźni sobie radzą. - Na Calvi monopol na tego rodzaju usługi miała Lorena, bardzo zadbana i wysportowana prostytutka. Osobiście nie skorzystałem z jej usług, ale i tak miała mnóstwo roboty. Jak tu obsłużyć 800 chłopa? - śmieje się Kogut.

24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu

Służba w Legii to nie tylko nieustanne szkolenia, twarda dyscyplina i sprzątanie niedopałków. Od początku istnienia tej formacji, czyli od 1831 roku, legioniści walczyli na wielu frontach, od Meksyku po Indochiny. Przez prawie 180 lat historii Legii życie za Francję oddało 35 tysięcy mężczyzn. Ginęli w obu wojnach światowych, Rwandzie, Kambodży, Somalii, Bośni i Hercegowinie, Republice Środkowoafrykańskiej, Wybrzeżu Kości Słoniowej, Iraku i Afganistanie.

Marek Kogut opowiada o jednej z największych operacji powietrzno-desantowych po drugiej wojnie światowej. - Maj 1978, Zair, Kolwezi. Siedmiuset spadochroniarzy dostaje rozkaz nagłej interwencji. Nie mają wystarczającej liczby spadochronów. Przed załadunkiem do samolotów dostają amerykańskie spadochrony i przechodzą bardzo szybkie szkolenie. Skaczą. Ratują życie kilku tysiącom cywili - mówi. Dodaje, że było wiele innych działań bojowych, ale o charakterze defensywnym. W Kongo czy Wybrzeżu Kości Słoniowej oddziały Legii były ostrzeliwane i odpowiadały ogniem. W tym ostatnim miejscu legioniści przeprowadzili też udaną ofensywę - jedna sekcja z REP-u przeprowadziła udany atak na lotnisko.

Ostatnim zabitym na froncie legionistą był sierżant Konrad Rygiel z 2REP. Zginął w czerwcu w Afganistanie. Marek Kogut wspomina swoją służbę w czasie wojny domowej w Bośni.

- Służyłem w Sarajewie w latach 1992-1993. To był czas niekończących się slalomów między wybuchającymi granatami, wiecznie przygotowanych do akcji strzelców na Alei snajperów", wymian więźniów i trupów. Mieliśmy wielu rannych, ale nie mogliśmy otworzyć ognia, bo byliśmy na Bałkanach w ramach misji pokojowej ONZ. Zginął jeden z naszych ludzi, Benek, Słowak, a nasz dobry kolega, Polak, stracił nogę. Żeby przetrwać, kryliśmy się w podziemiach. Ryzyko? 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. I tak przez 6 miesięcy - opowiada.

Legia nie zapomina

W dalszym ciągu pokutuje mit, że Legia ściga dezerterów do upadłego. A gdy ich wreszcie dopada, lepiej nie pytać. Jak się okazuje, formacja rzeczywiście nie zapomina o swoich ludziach… ale w pozytywnym sensie. Marek Kogut coś o tym wie. - W 1994 roku wróciliśmy z Gabonu, który był strefą wysokiego zagrożenia zarażeniem malarią. Każdy z nas dostawał lekarstwa, które trzeba było przyjmować przed wyjazdem i po powrocie. Jak zwykle po takiej misji dostawaliśmy urlopy. Teoretycznie nie mogliśmy opuszczać terytorium Francji, ale wiadomo, że wszyscy wracaliśmy do ojczyzn albo podróżowaliśmy. Gdy dowódcy dowiadywali się, że ktoś wyjechał w czasie urlopu, karali go 40-dniowym aresztem. Wśród nas, wracających z Gabonu, było dwóch Litwinów. Pojechali na urlop do domu. Jeden z nich zaczął chorować. Okazało się, że nie brali niwakiny (trutki zabijającej zarodki śmiertelnej odmiany malarii we krwi - przyp. red.) po powrocie i lekarze nie byli w stanie mu pomóc. Ten drugi, mimo iż wiedział, że będzie miał poważne konsekwencje, zadzwonił do nas do pułku i powiedział, jaka wygląda sytuacja. W ciągu 24 godzin samolot wojskowy wyleciał do nich z Francji z ekipą lekarzy - opowiada były legionista.

Litwina nie udało się uratować. Kogut zapewnia jednak, że był to jeden z wielu przypadków, gdy Legia udowodniła, że zawsze i wszędzie staje murem za swoimi ludźmi. Do końca ich dni. - Na północ od Marsylii znajduje się farma, na której mieszkają staruszkowie, którzy służyli jeszcze w Indochinach. Zamiast być kloszardami, jak to się niekiedy zdarza, produkują wina, robią figurki, zajmują się rękodzielnictwem - mówi Kogut. Każdy nowy legionista musi spędzić z weteranami kilka dni, by przekonać się, że Legia nigdy nie pozostawi go samemu sobie.

Zdarza się, że dowódcy sami wydają legioniście nieformalny ozkaz", by zniknął z jednostki. - Dwie rzeczy były totalnie nie tolerowane: nawet drobna kradzież i homoseksualizm. Największym przestępstwem było okraść kumpla. Ktoś, kto się tego dopuścił z reguły dostawał ultimatum, żeby w ciągu 48 godzin zdezerterować. Podobnie jest w przypadku homoseksualizmu - wyjaśnia Kogut. I zapewnia, że za dezerterami nikt się nie będzie uganiał. - Znam ludzi, z którymi zaczynałem służbę, a którzy zdezerterowali po dwóch, trzech latach. Do tej pory mieszkają w Paryżu, nikt ich nie ściga - mówi, wyjaśniając jednocześnie dlaczego. - Realia są takie, że we wrześniu 1991 roku, gdy się angażowałem, na jedno miejsce było 8-10 kandydatów. Jaka miałaby być logika w tym, żeby zmuszać kogoś do służby, skoro na jedno miejsce jest tylu kandydatów? Skoro dowódcy mogą wybierać ich dowolny profil psychologiczny? To już nawet nie irytuje, ale śmieszy - stwierdzenie, że Legia, mając w szeregach dziewięć tysięcy ludzi (obecnie niecałe osiem tysięcy - przyp. red.) i na każde miejsce 10 razy tylu chętnych, miałaby uganiać się za jednym człowiekiem. Skórka nie jest warta wyprawki - kwituje.

Maszyny do zabijania

- Opinii o Legii jest tyle, ilu jest legionistów. Każdy widzi na swój własny sposób. Są ludzie, którzy bardzo negatywnie wypowiadają się o służbie, ale jest to kwestia osobistych doświadczeń.- ocenia były żołnierz. - Nie jesteśmy maszynami do zabijania czy zaprogramowanymi tylko na walkę robotami. Jesteśmy po prostu profesjonalistami, godnie wykonujemy swoją pracę - dodaje.

Aneta Wawrzyńczak, Wirtualna Polska

Stowarzyszenie byłych żołnierzy i przyjaciół Legii Cudzoziemskiej w Polsce zostało zarejestrowane w KRS 12 grudnia 2007r. Nie wystarczy być byłym legionistą, aby zostać członkiem naszego Stowarzyszenia. Trzeba mieć zaliczony przynajmniej pięcioletni kontrakt i uzyskać certificat de bonne conduite - świadectwo wzorowego żołnierza. Żadni dezerterzy ani osoby karane na terytorium Polski nie mają wstępu w nasze szeregi. Dlatego jesteśmy Stowarzyszeniem starannie wyselekcjonowanych mężczyzn. Stowarzyszenie - jak można przeczytać na naszej stronie: www.legia-cudzoziemska.pl - nie udziela informacji ani nie pośredniczy w angażowaniu się do Legii Cudzoziemskiej. Byłych legionistów i sympatyków Legii Cudzoziemskiej zachęcam do zapoznania się z naszym Statutem i zapraszam do nas.
Prezes Zbigniew Truszczyński

http://konflikty.wp.pl/title,Polak-ujawnia-prawde-o-legendarnym-wojsku,wid,12960639,wiadomosc.html?ticaid=1b73c

Share this post


Link to post
Share on other sites



×
×
  • Create New...

Important Information